Zmiana sposobu prezentacji
Rano się nie płacze, powtarzam do lustra, nie mogąc pomalować oka. Trudna sztuka makijażu. Muszę zakamuflować ciężką noc. Opuchnięte powieki nie chcą ze mną współpracować, rzęsy gdzieś poznikały, czerwone oczy jak u królika patrzą na mnie smutnym spojrzeniem. Łzy płyną, nie chcą się zatrzymać, rysując na policzku brzydkie tory. Mam ochotę zostać w domu, pod kołdrą, spać. Tylko wtedy jest bezpiecznie. Ale muszę iść. Świat na mnie czeka. Świat na mnie liczy.
Tak, rano się nie płacze.
Tylko nie umiem już nie płakać.
Melancholia weszła już do mojego życia na dobre. Nie wyraziłam na to zgody, nie chciałam, by przychodziła, ale powoli zaczynam się z nią zaprzyjaźniać. Siada na swoim krześle w kuchni, patrzy jak jem śniadanie, potem maszeruje ze mną do łazienki, wkłada moje ubrania, uśmiecha się do mnie w lustrze. I kiedy wychodzi razem ze mną, nie jestem w stanie określić czy ona staje się mną, czy nadal żyjemy osobno. Czasem się ze mną kłóci, a właściwie to ja, kłócę się z nią. Ona milczy, słucha, popłakuje cicho. A gdy tak milczy, krzyczę coraz bardziej.
A potem dociera do mnie, że to ja krzyczę na siebie.
Piękna biała suknia, zgrabnie upięty, biały kapelusik, bo nie wypada zakładać welonu, włosy upięte w kok. Tłum gości powtarzających "co za piękna para". Październik, bo tylko wtedy odpowiednio. Szary krawat w ręcznie zdobionym kościele. Zwracam uwagę na detale. Drewniane ławki skrzypią od ciężaru butów. Samotna mucha brzęczy przy organach. Słyszę dudniące w uszach serce. Rozglądam się.
Dociera do mnie, że to nie ja jestem panną młodą. Powtarzam bezgłośnie słowa nie swojej przysięgi: "biorę ciebie..."
Moja miłość poślubiła kogoś innego.
Na palcach K. i A. widnieją złote obrączki. Bardzo chciałabym zdobyć się na odwagę i życzyć im szczęścia na nowej drodze życia, jednak drętwieje mi język.
Uświadamiam sobie, że nie życzę im szczęścia.
A potem upijam się do nieprzytomności i rzygam na nasze wspólne fotografie.
W lustrze gapi się na mnie jakaś dziwna postać. Zerkam na nią niepewnie, mając nadzieję, że choć na chwilę odwróci ode mnie wzrok. Ale nie. Skądże. Wystawiam język - ona robi dokładnie to samo. Nawet przez chwilę myślę, że jest ekspedientką, więc wykorzystuję okazję i proszę ją o nowy zapas pamięci, o nowe serce, o nowe życie. Gapi się, wybałusza oczy, milczy. Serce dudni w uszach wyczekująco, oddech przyspiesza i znaczy mgiełkę na tafli zwierciadła. Postać jednak kręci głową w odpowiedzi. A potem wybucha tak boleśnie gromkim śmiechem, że w jednej chwili uderzam pięścią w lustro. Krwawię. Dziwna postać znika. Moja twarz przebija się przez tysiące rys. Krwawię mocniej, słysząc jeszcze ten okropny śmiech.
Wracam do domu autobusem, jest po 20. Siedzę przy oknie, obok mnie usadawia się Pan z wyciągniętą ręką na temblaku (chyba w gipsie). Nie zwracam na niego uwagi, bawię się komórką. Nagle Pan mówi do mnie nieśmiało: „przepraszam”. Spoglądam na niego, czuję woń przetrawionego alkoholu, milczę. Gdy Pan powtarza „przepraszam” jeszcze raz, spoglądam na niego i cicho odpowiadam: „Nie szkodzi”. Pan znów powtarza:
- Przepraszam, przepraszam panią, przepraszam, przepraszam, przepraszam.
- Nie szkodzi, nie gniewam się – odpowiadam mu lekko zdziwiona.
- Dziękuję – odpowiada mi Pan. Znów gapię się przez okno, bawię telefonem.
- Przepraszam – zagaja ponownie – Przepraszam Panią. Moje życie jest do dupy. Moje życie jest cholernie do dupy.
- Na pewno nie jest tak źle – odpowiadam i przyglądam mu się. Jest na pewno po trzydziestce, łzy w oczach, trzydniowy zarost.
- Żona mnie zostawiła, proszę pani, żona mnie zostawiła. Nie chce mi się żyć. Moje życie jest do dupy. Nie ma nadziei. Nie ma nadziei. Nie ma nadziei… - powtarza w kółko jak zaczarowany.
- Ależ proszę tak nie mówić, na pewno nie jest tak źle. Proszę się nie załamywać. – odpowiadam, w nadziei, że chociaż przez chwilę go pocieszę.
- Dziękuję. Ale nie ma dla mnie ratunku. Dziękuję. Miłego wieczoru, już wysiadam.
- Wierzę, że jeszcze się Panu uda – odpowiadam na odchodnym – (...)
--- full text ---
Śniło mi się, ze mnie zostawiłeś. Tak jak zostawia się wiernego, ale juz niepotrzebnego psa. Przywiązałeś do drzewa pełnego wspomnień, pełnego Ciebie, Twojego zapachu i głosu. Oparta i wycieńczona na sznurze chwil mogłam jedynie się szamotać. Śniło mi się, ze odszedłeś.
A potem się obudziłam zlana potem, z rozpaczą na ustach.
I to nie był, kurwa, sen.
