Zmiana sposobu prezentacji
Miłość traktowana, jak znjomość
Codzienność przysłaniała jej cały świat. Żyjąc z dnia na dzień, zapominała o reszcie, swoich zamierzeń, planów, marzeń. Wszystko toczyło się tym samym, monotonnym rytmem.
Rano wstawała, jadła śniadanie, popijając je kilkoma łykami mocnej, czarnej kawy. Następnie wędrowała w kierunku łazienki, gdzie starannie nakładała kolejne warstwy kosmetyków. Pod nimi kryła prawdziwą siebie – dziewczynę wrażliwą i czułą. Romantyzm przykrywała mgiełką podkładu i pudru, który maskował jej niedoskonałości. Nakładając róż na policzki, przysłaniała skromność i nieśmiałość. Pokrywając rzęsy czarną kołderką tuszu chowała głęboko w sobie swoje prawdziwe postrzeganie świata i ludzi. Wreszcie czerwonym posunięciem szminki malowała na nich pewność siebie i zadziorność potrzebną w jej zawodzie. Tak uzbrojona zakładała ulubione szpilki i niemal biegła do wydawnictwa.
Tam, jak zwykle wypełniała swoje obowiązki. Pisała, redagowała, pomagała stażystom. Pochłonięta zajęciami nie wiedziała, kiedy przyszedł czas powrotu do domu. Tu też, wszystko odbywało się według konkretnego schematu codzienności. Wracając do domu robiła zakupy w pobliskim markecie, następnie taskała je do swojego azylu. W windzie wymyślała, co przyrządzi na kolację, a przekraczając próg swojego mieszkania w myślach nanosiła poprawki na kolejny artykuł.
--- full text ---
Rozmowy nocą - czyli co to jest słowotwórstwo?
Godziny nocne, to zazwyczaj czas snu i odpoczynku. Jednak dla niektórych są źródłem natchnienia i wspólnej rozmowy, często na bardzo poważne tematy.
Był wieczór. Każde z nas, z pozoru, robiło coś innego. On leżał na łóżku i oglądał film. Zmęczenie po ciężkim dniu pracy dawało o sobie znać, ale nie na tyle, by nie dokończyć seansu. Ja natomiast siedziałam na fotelu przy komputerze i stukałam w klawisze klawiatury, słuchając przy tym ulubionego radia. Piosenka po piosence, słowo po słowie i nadszedł kolejny dzień. Wprawdzie każde z nas już dawno powinno spać, a jednak nie było nam po drodze. Słowa padały z każdej strony. Nić porozumienia, jaka wywiązała się między nami, a dziewczyną prowadzącą audycję nakręciła nas na tyle, by wieczorem podjąć kolejny ważny temat, pomiędzy kolejnymi falami śmiechu. Bo cóż można robić, kiedy biel pościeli, jak „Baranek” zaprasza pod swoje pielesze, a droczenie się rytmicznie wystukuje jeden spontaniczny rytm „Warto odpłynąć”? Słowa są pokarmem duszy. Można je tworzyć w zależności od sytuacji.
- Kochanie, a powiedz mi, jak to jest. Mówisz cool i co przez to rozumiesz? – powiedziałam, opierając się o jego klatkę piersiową.
- Jak to, co? No cool – odrzekł podnosząc kciuk do góry.
- No tak, ale jakbyś miał to wytłumaczyć?
- No, świetnie? – oznajmił, marszcząc czoło. Sama musiałam przyznać, że jak na osobą nie (...)
--- full text ---
Miała może dwadzieścia trzy, a może dwadzieścia siedem lat. Była młodą, piękną blond, lub czarnowłosą kobietą. Miała wszystko – męża, dzieci, bardzo dobrze płatną pracę, a może też nie miała nic? Jej życie miała drugą, złą stronę. Na samym początku życia małżeńskiego choroba zaatakowała jej pierwsze dziecko. Zapadł wyrok – rak. Małe ciałko, miało w sobie szkodnika, który chciał pozbawić ją wzroku. Można, by przytoczyć słowa piosenki „Tylko wilki wiedzą, jak życie jest cenne.” By ratować życie i wzrok małej kruszynki sprzedała dom, dałaby o wiele więcej, aby tylko kupić jej zdrowie. Będąc w szpitalu, poznała małego chłopca. Mały, samotny blondasek zawładnął jej sercem.
A co z mężem?
Był i mąż. Przystojny, szczupły szatyn. Stał na czele prawa. Ona jedna połówka pomarańczy – on druga. Pasowali do siebie, jak ulał. Ktoś widział parę, która zna się od malucha i nie kłóci? Nie? Powiecie: „Nie ma takich ludzi.” Ależ są! Spójrzcie! To ludzie idealni! Tworzyli idealną parę, małżeństwo. A może nie?
Nie minęło kilka miesięcy, a był jej synem. Adopcja była trudna. Wiedziała, że niedługo się pożegnają. Malutkie serduszko, obciążone wadą serca, miało policzone minuty bicia. Nie była na to gotowa. Spokój, który miał w oczach (...)
--- full text ---
Rozmowy nocą - czyli co to jest życie z wadami?
Jak zwykle wieczorem siedziałam przed monitorem komputera i przeglądałam różne strony. Trzymając w jednej dłoni kubek z gorącą herbatą, a w drugiej myszkę komputerową. Patrzyłam, jak mój małżonek mocuje się z drzwiczkami od naszej komody. Jak zawsze skupiony na swojej czynności nie zauważył uśmiechu, malującego się na mojej twarzy. Jedna śrubka, druga i drewniane wrota wróciły do pierwotnego stanu. Bardzo lubię go obserwować. Wtedy widzę w nim tą osobę, którą jest. Wszystkie cechy charakteru, które posiada kumulują się w jedną, spójną całość. Przyłapana na gorącym uczynku, obserwacji swojego ukochanego, oblałam się rumieńcem. Nie musiałam długo czekać na jego reakcję. Podszedł do mnie i bezceremonialnie usiadł na moich kolanach, kładąc jednocześnie głowę na moim ramieniu. Można, więc powiedzieć, że położył się na mnie. W takiej też pozycji zapalił papierosa i nic nie mówiąc przechwycił myszkę, zaczynając wybierać adres, interesującej go strony. Ja natomiast bezskutecznie próbowałam go połaskotać, choć wiedziałam, że nie ma to najmniejszego sensu, ponieważ mój mąż nie ma ani łaskotek, ani nie jest podatny na ból i jego skutki – czyli siniaki.
- Ale ty jesteś wybrakowany – powiedziałam, zmęczona ciągłym dzióbaniem go w bok. – Nie masz ani łaskotek, ani siniaków nie można ci zrobić.
- Życie – odparł, wypuszczając (...)
--- full text ---
„Na skrzydłach roztańczonych marzeń pofruń na zakochanych bal. Nim się pojawią trzej nędzarze. Nim przyjdzie rozpacz, ból… i żal!” - Tak zaczynała każdy dzień. Piruet za piruetem. Za pomocą białych, zniszczonych czasem balerinek wystukiwała kolejne takty pieśni duszy. Pieśni dyktowanej sercem. To tam rozgrywały się najpiękniejsze partytury. Tam na widowni siedział on i tylko on. Nie musiała bać się źle wytańczonego taktu. Widziała w jego oczach akceptację. Kochał ją. Tak wtedy ją kochał. Delikatna i lekka spódniczka energicznie opadała. Tak samo, jak oni oddani sobie podczas aktu miłości. Ciepły oddech przypominał jej o najśmielszych chwilach, spędzonych w jego objęciach. Nawet przez sen była w stanie poczuć jego dłonie, zapach, smak. Teraz dłoń Allongé – podniesiona starannie. Wyciągnięta tak, jak uczyła ją trenerka. Tej dłoni dotykał. Całował w wewnętrzną stronę. Tak to lubiła. Samotny widz na scenie jej życia. Nic innego się nie liczyło. Jego brawa były najważniejsze. Ten blask w oczach i uśmiech. Gęsia skórka. Zawsze ją miała, kiedy całował ją po szyi. Och i ten zapach – męski, esencjonalny. W dodatku połączony z ciepłym powietrzem , wydychanym przez spracowane nałogiem płuca. Myśli kłębiły się w głowie, a ona tańczyła. Składała mu w hołdzie swój kolejny taniec.
„Żyjmy tak jakby nasza miłość miała bez końca z nami trwać. Żyjmy (...)
--- full text ---
