Kiedyś tego nieba nic nie przecinało, tylko dom
powiększony przez łzy. I gdyby się wtedy odezwać,
nic nie byłoby bardziej czarne niż koty na piecu, cień
tamtej żywej twarzy. (Pragnienie kształtu, niczym
rozdeptane skorupy winniczków).
Nie patrzyłabym z całych sił, jak cielaki, zarzynane raz
do roku. Barwiły piasek — surrealniała od niego łąka,
na brzegach rękawów jawiły się nieznane obrazy.
W plecionce dla królików światło, niby kłębowisko
żółtych liści. Czasem ktoś podchodził, wyciągał ręce,
które jeszcze coś o mnie pamiętały.
________________________________
z cyklu: schizofreniczny patchwork
Trudno przejść obojętnie obok tego wiersza. Skojarzyło mi się z moim „Gniazdem”, ale z Twoich wersów wypływa coś jeszcze – nie było to szczęśliwe gniazdo :(
report
Czasami parę chwil w takim "gnieździe" wpływa na resztę życia. Zależy od człowieka, od dziecka. Dziękuję za ślad, bosonoga.
report
byłam.. wracam..
report
Dziękuję.
report
piękne
report
Dziękuję.
report