Zmiana sposobu prezentacji
Brnąłem dzikim wąwozem
i darłem jeżynę dojrzałą
w wykrocie pachniało coś nawozem
a tak w ogóle - dniało.
Chwile bez Trumla obfitowały w mało przyjemne zdarzenia,
ale jestem już i przepraszam Was za chwile milczenia.
Pozdrawiam trumlowiczów.
Nikojan
W Bassano del Grappa
jam jeszcze chrapał
lecz contorolle
trącił mnie w bok:
- Mój drogi panie,
tu przesiadanie,
a do pociągu
jeden krok!
I dzięki temu
panu dobremu
do Santa Lucia
dotarłem wnet.
Nogi moczyłem
na placu Marka
i do gondoli
usiadłem też.
Szalenie dziwna sprawa wynikła.
Wczoraj wstawiłem kilka słów do dziennika
z cytatem wiersza – pieśni z filmu Cristiada:
„Między niebem i ziemią
między światłem i ciemnością
między wiarą i grzechem
leży tylko moje serce
leży Bóg i tylko moje serce”.
Dzisiaj rano stwierdziłem z przykrością,
że ów wpis wcięło i teraz obmyślam przyczynę.
Cenzor srogi, czy niedomogi komputera?
Bo i wiadomości prywatne potrafią ulotnić się w eter
i fotografia pewnego Trumlowicza nie chce
wyglądać w miniaturce.
To że mój komputer przeżywa dni ostatnie
jest faktem niepodważalnym i ON o tym wie.
Ale żeby tak się mścić?
Poza tym – ok.:)))
Po świętach i powitaniu nowego roku
napisałem takie oto kuriozum rymotwórstwa
powszechnego, z myślą o dzieciach:
Świątecznie dzisiaj
wesołe dzwonki
ślady na śniegu
i czapek ogonki
fruwają na wietrze
pomponem czerwonym
cieszą się dzieci
i cieszą się wrony.
Czekali na gwiazdkę
nosem przy oknie
widzieli chmury
i drzewo co moknie
gwiazdka mignęła
prezentów dodała
uśmiechem kiwnęła
i poleciała.
Niczego zdrożnego w wierszyku nie zauważyłem,
a jednak… ”Po co te wrony”?!!!
Przygaszony niewiarą we własne pomysły
i zdegustowany komentarzem pomyślałem
o wrażliwości podobnej do zderzaka kolejowego
w chwili dojechania do niego 80-tonowego wagonu
z węglem na stacji Gliwice-Sośnica.
Ziemia ciągle się obraca i jeszcze
niejedno takie oto wypluje na orbitę.
Z komina ścieliły się nisko dymy
i wieczór obłapiał czerwonym niebem,
kiedy zacząłem białe rymy
tworzyć zawiłe. Dlaczego - nie wiem!
Grono Szanownych Trumlowiczów
zapewne zgodzi się z ową przemianą,
bowiem rym biały trudniej policzyć
i treści nadać formę udaną.
Gdy nie wypali i zhańbię się klęską,
poszukam w innym ładnym kolorze,
dobiorę odcienie, wygładzę chusteczką,
lecz jaki - nie wiem! Rym czarny może?
Ten jednak wystraszy serce moje
i nocą postawi na baczność przy ścianie.
Po co mi takie niepokoje?
Czerwony! Dobrze spełni zadanie.
Chociaż bez przerwy ze mną się droczy,
a jego wyczyny smagają biczem,
mydlą na duszy i piaskiem w oczy!
Przegrywam bez atu, odchodzę z niczem.
Och, były czasy, gdy rym żelazny
prowadził drogą wybojną i krętą.
Czyjeś marzenia stratował na miazgę,
bo był właściwą ku temu przynętą.
Zanim decyzję podejmę szaloną
i pióro chwycę do prawej dłoni,
na małą chwilę, bo już noc kona,
do miękkiej poduchy przytulę skronie.
Kilka lat temu mieszkałem w innym rejonie Wrocławia,
w starym poniemieckim domu, w którym trzeba było samemu
sobie napalić w centralnym ogrzewaniu, do czego niezbędny był koks. Problem nie tyle z przywiezieniem, lecz ze znalezieniem miejsca do zwalenia z samochodu około czterech ton,
bowiem na chodniku stały zaparkowane auta.
Pilnowałem więc miejsca naprzeciwko okienek do piwnicy.
Kiedy zajechała śliczna limuzyna i wysiadła z niej cudnej urody
blondynka, powiedziałem, w czym rzecz.
- Ja za dziesięć minut odjadę.
- To świetnie, wyskoczę do domu na kawę.
- Dziękuję bardzo, niedawno wypiłam.
Żeby sobie polepszyć, wybrałem się na krótki spacer.
Spotkałem znajomego celnika i od razu skojarzyłem pewne,
dosyć odległe zdarzenie z wędrówki po Karkonoszach.
Zbliżał się wieczór, więc Śnieżkę minąłem w wielkim pędzie
i pognałem w stronę karkonoskiej przełęczy, skąd ścieżka
w dół sprowadzić miała do Jagniątkowa.
Drogę zastąpił mi żołnierz WOP i poprosił o dokumenty.
Podałem dowód osobisty – niektórzy pamiętają zapewne
dowody starego typu. Przybijano pieczątkę uprawniającą
do przekroczenia granicy z NRD. Takowy miałem, a duży
prostokątny stempel nosił datę 12 kwietnia itd.
Wopista pieczołowicie przewracał kartki, każdą z nich
prześwietlał świdrującym wzrokiem i po chwili:
- Pan ma tu napisane, że 12 kwietnia był pan w NRD.
- Proszę pana, nie byłem, a tu jest tylko pieczątka uprawniająca.
Ceremonia przeglądania biednego dowodu trwała dalej.
- Ale pan ma tu napisane, że 12 kwietnia przekraczał granicę NRD.
- Tłumaczę panu, że jest tylko pieczątka. Nie byłem w NRD i nie zamierzam.
- Ale pan ma napisane….
- Nie chcę dyskutować.
- To idziemy na posterunek.
- Dobrze.
Z przeciwnej strony drugi wopista.
- Co się stało?
- Bo ten pan ma napisane, że 12 kwietnia przekraczał granicę z NRD.
- Pokaż ten dowód.
Rzucił krótkie spojrzenie, (...)
--- full text ---
Biegnie ten czas i już po świętach
minęły normalnie lub z wielkim patosem
niejeden łez w oku nie zapamiętał
które ocierał i wciągał nosem.
Goście do własnych domów pobiegli
opowiadają znajomym ciekawie
jak świętowali a wcześniej piekli
i co u kogo piszczało w trawie.
Jak to północną świąteczną godziną
wiązali nadzieje ze świętych losem
gorliwie śpiewali wraz z całą rodziną
i odzywali się ludzkim głosem.
A dzisiaj wskoczyli do szybkich bolidów
żeby wyprzedzać na pasach rozdzielczych
bo nie wypada najeść się wstydu
gdyby pojawił się nieco śmielszy.
