Wczoraj wieczorem namoczyłam groch, więc rano był tak miękki, że mogłam rozpołowić ziarenko paznokciem. No to po kawie i drugiej idę pod prysznic i się ubieram. Zaraz wstawiam grochówkę, bo nikt z domowników, chociaż każdy widział ten groch, nie protestował. Kawał wędzonej wieprzowiny z kością, seler naciowy, marchew, por, trzy ząbki czosnku, dwa duże ziemniaki pokrojone w kostkę – uzbierało się tego w sam raz na cały garnek. Niech się powoli gotuje, a ja tymczasem włączę pralkę, bo jest tam trochę, potem zdejmę firanki, żeby umyć okna. Na werandzie dużo niepotrzebnych rzeczy: piłka plażowa, niklowany pojemnik na osprzęt wędkarski, papierowa torba wypełniona ciuchami dla takiej młodej samotnej matki, która czasami przychodzi po chleb, po pieniądze na coś tam, i dostaje to, czego mamy za dużo...Tak dawno jej nie było, że bez sensu ta torba stoi na stole, więc trzeba ją wynieść na strych. Nienoszone buty, kartonik z muszelkami zebranymi przez młodszą latem nad morzem, kosmetyki do makijażu i demakijażu, puszka białej farby olejnej, wielka cukinia (na dwór), laczki, których nikt nie zakłada, koszyk orzechów, miska zielonego koperku (na kaloryfer!).
Mój się wybiera do lasu po piasek: jeszcze przed mrozami musi wybetonować ścianę w silosie, do którego napuści wodę i przeniesie ryby z prawie wyschniętego stawu. Ja wieszam na linkach wyprane firanki – jest jasno i dość ciepło, jak na przedostatni dzień października, ale w ogrodzie ogólny bajzel z tymi suchymi liśćmi, gromadkami chrustu, sterczącymi badylami po słonecznikach. Jeszcze jabłka nie zerwane, stół obsrany przez ptaki...
Widzę, że się spocił, poczerwieniał – nie mógł wyjechać samochodem z piaskuli, no to poszukał jakichś kamieni, podłożył pod koła i pełny gaz! Kiedy to mówi, dzwoni telefon: czy przyjedziemy w sobotę, i czy wstąpimy na kawę, więc odpowiadam, że kwiaty kupione, znicze też, a na kawę i owszem, ale tylko chwilę, ponieważ tutaj musimy... na nasz grób. A tak w ogóle to zawsze po Wszystkich Świętych jestem chora. Grochówkę doprawiam chili, tartym majerankiem i czarnym pieprzem. Następny telefon, że za dwadzieścia minut wpadnie - czy jest coś na obiad?
Tak synu, jest grochówka. Na przyczepce ma jakieś profilowane listwy na podbitkę pod dach klienta. Lubię zapach sosny. I jeszcze zabierze swoją piłę (robi dolewkę).
Młodzi przyjeżdżają z pracy, jedzą i jadą do Tesco.
Kładę się, bo jakoś mi zimno, w każdym bądź razie w domu zimniej niż na podwórku. Okna umyję później, a może jutro? Kiedyś to się robiło i robiło, i chciało się. Tyle energii mieliśmy, że każdy dzień był za krótki, a dzisiaj? Ledwo człowiek wstanie, pokręci się, połazi i już wieczór.
Tak do śmiechu mówimy, że teraz to czas zapierdala jak głupi, kiedy my już jakby mądrzejsi.
Młodzi wracają z zakupami, przywożą litrową puszkę piwa, pączki i pudełko ciasteczek z siedmiu zbóż. No tak – jeszcze dwa dni temu pamiętałam, że mój się urodził 30 października.
.
A pisać kiedy? Do tego potrzebne skupienie i samotność.
report
tak to wygląda, Wando, na pół gwizdka - dobrego dnia:*
report
Pucel codzienności, a każdy kamyczek swoje miejsce zna.. choć biegać już tak nie musi. Częstuję suszonymi śliwkami. Najlepszego dla solenizanta :)
report
przekazałam, jeśli tylko, i uśmiechnął się pod wąsem:)
report
i zgrabnie to opisałaś, tak ot, dobry dzień :)
report
tak w skrócie, deRuda, impuls przed snem - dziękuję za czytanie;*
report
a Ty niesamowita, wiesz bylo dlugie, ale przeczytalem no i jestem szczesliwy, Gabrysiu:)))masz talent mala duza, wybierz sobie:)))))
report
yyyytam, Bazyliszku, ino improwizuję:)
report
bardzo dobrze mi się to czytało:)
report
to znaczy, że wiedziałam kiedy skończyć, Aśćku:)
report
wesołych świąt ;]
report
i to jest dowcip, jakie lubię, Zoi:)
report
dziękuję :*
report
Marzenko:*
report
moim zdaniem znakomicie napisane, czytając, nie czułam się ani podglądaczem, ani intruzem, nie czułam skrępowania - a to częste wrażenie z lektury tekstów w Dziennika kiedy można przypuszczać, ze oddalając się od literackiej fikcji wkraczają na teren prywatny autora
report
wiem o czym piszesz, Aniu - też bywam zażenowana i wycofuję się czasami z czytania, kiedy odnoszę wrażenie, że za chwilę będę już tylko zwykłym podglądaczem z ciemnej ulicy....:*
report
fajnie że rozumiesz
report
rzadko czytam teksty a tu mnie wciągnęło. Pewnie grochówka i goniąca Ciebie codzienność i te drobiazgi rozbiegane jak mrówki na rozkopanym mrowisku. No i o samej Gabrysi tak realnie obrazowe. To wciąga. Super! :)
report
nie spodziewałam się, Damian - to był taki normalny dzień;)
report
dzień bez 'nadymania'. Ten najzwyklejszy chwyta swoim urokiem, Gabrysiu :)
report
:)
report