Znowu żulia zbiera na kolejne wino;
szarpią za rękaw i to już nie jest prośba.
To miasto traci oddech, domom pęka skóra.
Co jeszcze może zdarzyć się w miejscu, gdzie
nawet zegar na ratuszu stracił poczucie czasu?
A bohaterowie nigdy nie zmęczeni, śledzą
skwery, wygrzebują pety. Mała eldoradość.
Początek i koniec – zdobywany zygzakiem.
Umierają szybko, wcześnie i nietrzeźwo.
Właśnie ksiądz na pożegnianie skropił jednego
czystą, kumple się przeżegnali, któryś nawet załkał.
Prowadzimy go razem na ostatnią w życiu metę.
Zrzucę się na ich chandrę, coś położę na tacę.
Jeden z moich sąsiadów chciał podpalić żone i dzieci, ale podpalił dom i siebie. Bardzo długo umierał. Jego koledzy są w porządku. Kiedy przechodzę mówią bardzo grzecznie dzień dobry wyjmując ręce z kieszeni. Ja też się do nich uśmiecham.
report
Samo życie. A to Polska właśnie. Dobry wiersz, mała eldoradość. Pozdrawiam:):)
report
eldoradość poza Arizoną/ niechciejstwo zapisane konstytucyjnie w wewnętrznym kodzie charakteru i światopoglądu/ daj na wino Królowo/ jakże łatwo mnie kupić gdy się zna zaklęcia/ rozsypuje się Sezam po wyszczerbionych płytach chodnika/ a czterdziestu rozbójników znika w fatamorganach/ wschodzi eldoradość
report