nienawidzę obcej grawitacji zagnieżdżonej
w brudnobiałym laboratoryjnym fartuchu
w perfidnym archipelagu wysp Castorama
w misterium babińca przy półsłodkiej amforze
w tysiącu i jednym niegodnych drobiazgach
zdolnych z taką łatwością odginać orbity
twoją od mojej
odmierzam zatem samotnie gorzkie zaćmienia
brnę w słoneczne wiatry pozbawione ciebie
dotykam dotyków powtarzam zapamiętane szepty
mrugam ku bladym mirażom na wszelki wypadek
chucham na powierzchnię lustra przed którym
przymierzałaś rano kolejne wersje zewnętrzne
aż do skutku
tak cierpliwie zaklinam kosmiczne meandry
że jednak wracasz - nic w tym nadzwyczajnego
port zazdrosnych myśli przyciąga najpełniej
jestem Orfeuszem któremu słoń nadepnął na ucho
więc zamiast liry mogę tylko zacisnąć kciuki
i wierzyć że każdy dźwięk dzwonka będzie fanfarą
za wyczekanie
Bardzo na tak i ta końcówka:" jestem Orfeuszem któremu słoń nadepnął na ucho więc zamiast liry mogę tylko zacisnąć kciuki i wierzyć że każdy dźwięk dzwonka będzie fanfarą za wyczekanie" Pozdrawiam:)
report
Też ci MM wali minusy?:))) Bardzo dobrze rozplanowany kawałek. I bardzo kosmoczny:) Mogę nie rozwijać?:)
report
ano. pewnie różnią nam się wierszopoglądy... :) Jeśli ci się podoba to "rozwijanie" jest wyłącznie pieszczotą ego poety... ale jeśli ci się nie podoba, to obiecuję nie popełniać seppuku gdy mi napiszesz "dlaczego" :) najgorzej jest wtedy gdy to jest "re-opinia" :) panimajesz szyfr? :)
report
Bardzo mi się podoba:) Ale pożyczyłam sobie od emema, bo to stosowne słowo:)
report