Infantyle wzorki na serwetce
z przydrożnego baru,
dwie piędziesiątki i śledź,
nie wiedzieć czemu po japońsku.
Tak czy inaczej trauma,
ze szczególnym uwzględnieniem
czwartej tuż przed wschodem,
gdy bełkot staje się adekwatny
do zastanej sytuacji.
Piszemy wiersze, szlaczkiem.
Na stole zalanym kompotem,
podobno z brzoskwiń.
Chociaż nie rosną po tej stronie
knajpy.
Oczy bolą jak wszyscy diabli
z nadzieją pukający do okien.
Tradycyjnie zamkniętych na pętelkę
z hetką, czy jakoś podobnie.
A wolne konie cwałują, hołubce
na oślej łące. Uparty tętent w głowie.
Czas kończyć, iść w stronę światła.
Tylko razi a tunel cholernie wąski
i żal niedokończonej wycinanki.
Żal natury, że martwa.
report
Nie lubię tu komentować ( na Trumlu oczywiście), bo wszyscy się zaraz obrażają, wiec przemilczę... Cóż, poezja to sztuka, a samo pisanie nie. Miłego wieczoru.
report