Moja Lizbona / Dzieciaki z Pimlico
I - MOJA LIZBONA
Och, Google Docs! Wirują w tobie wspomnienia sprzed pół godziny. Przerzucić się na Google Docs, kiedy Note-Pad nie jest satysfakcjonujący. Powinienem głębiej uchwycić tę możliwość, choć przecież stoi mi przed oczami sylwetka Walta Whitmana i myślę nad surfingiem pośród fal chaosu. O obserwacjach dotyczących aktu twórczego. Pisać tak, jakby mówiło się do kogoś; górnolotne sformułowanie - pieśń strzaskanego serca.
Pisałem gdzieś o szarościach, ale czy to nie było srebro? Lubię szarość, tam jest cała gama, szarość mojego Wiednia, która właściwie ma błękitne tony. Jak inaczej opisać miasto? Wirują w tobie wspomnienia sprzed pół godziny. Zapełniłem niejedną stronę, próbując uchwycić drogę i drzewa, ale właśnie wtedy wyparowały. Poniekąd, nie jest to kokieterią.
W tych akapitach największą satysfakcję sprawiło mi zapisanie “Och, Google Docs!” To było zdarzenie, kiedy notowałem te słowa - to było zdarzenie. Właściwie, otrząsnąłem się z pierwszego wrażenia i pomyślałem, że nie ma w tym nic szczególnego. Myślałem o wierszach składających się z jednej linijki, linijka z trzech do pięciu słów. To miało być o milczeniu.
Myślałem też o rzeczach w rodzaju Raymonda Queneau, chociaż go nie czytałem. Ale wyobrażam sobie, że on pisał to, o czym teraz myślę. Trochę formalizmu. Ale naprawdę, jak odmalować obraz miasta? Czyż nie wystarczy napisać “Miasto”? Miasto pisane z wielkiej będzie kojarzyć się z czymś mistycznym. Powinienem napisać jeszcze coś, żeby akapit miał cztery linijki (bo moja wizja tego, jak wygląda miasto, jest powyżęj).
II
Nikt nie powie mi, że pisanie nie jest ciężką pracą.
Parę lat temu, jadąc autobusem, słyszałem, z ust nastoletniej blondyneczki, krótki elaborat o Schopenhauerze. Oczywiście, kursowała w Internecie taka istność jak mem, mem miał co do zasady trafiać w sedno na sposób humorystyczny.
Ująłem to następująco: cóż zresztą mówić o Schopenhauerze, jest właśnie tak, jak on pisze. Nie trzeba więc wiedzieć, co on pisze, ponieważ on pisze właśnie tak, jak jest. Przez co mam na myśli, że jeśli ktoś wie, jak jest, to wie, co pisze Schopenhauer. A każdy wie, jak jest.
Ulice, budynki, drzewa.
Empirycy głoszą - istnieć czyli oddziaływać. Oddziaływa na mnie czcionka. Mogę wpatrywać się w czcionkę na białym tle, to może być jedna linijka złożona z kilku słów.
Lubię szarość mojego Wiednia.
III
Budynek o tysiącu, być może, oknach. Taki, jakie znajdują się w miastach Wschodu. Niewiele wiem o historiach jego mieszkańców, ale cóż, skoro historiom towarzyszy zapewne jakiś archetyp. Bardziej interesują mnie twarze, niż historie. Owszem, słyszałem w życiu kilka dobrych historii. Te, które słyszałem, wydawały się nawet lepsze niż te, o których czytałem.
Nie potrzebuję przecież znać całej historii czyjegoś życia. Wolę fragment. Życie jako takie jest nudne i bezsensowne, prawdopodobnie. Natomiast kilka historii wyjętych z takich czy innych życiorysów. Ja na przykład, łapiąc stopa - samochód zatrzymał się 30 centymetrów ode mnie, zupełnie naprzeciw, mógł hipotetycznie mnie potrącić, gdybym nie uskoczył, a nie uskoczyłem. To był markowy samochód. Siadam z tyłu, pytam o kierunek, facet z fotela pasażera mówi: “naukowcy przed nami”, ja patrzę na szyld mijanej reklamy i mówię “nie wyciągaj mamuta”, może jeszcze padło jakieś sformułowanie, w każdym bądź razie kiedy dotarliśmy na miejsce kierowca przybił mi pięć szczerze rozbawiony. Właśnie takie fragmenty, takie historie mnie interesują.
IV
Mawiają, że Witwicki zanudził Platona, tymczasem dla mnie, podobnie jak Odyseja, ten jego dąb, koturn, marmur, oddaje właśnie to, czego szukam w sokratejskiej kolumnie doryckiej. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś mógł kojarzyć Sokratesa z kolumną jońską albo koryncką.
Był tym zainteresowany również Le Corbusier. Ale jak to ma się do pieśni trapera i Walta Whitmana? Budynki Bauhausu może rozsiane są gdzieś po Wiedniu. Każdy też wie, kim byli Lachert i Szanajca. To właśnie tego rodzaju architekturę próbowałem opisać przed chwilą, skracając opis we frazę - budynek o tysiącu, być może, oknach. Szczególnie to “być może” jest znaczące. Niewykluczone, że tych okien było około dwustu. Nie rachowałem tego, być może gdybym wiedział, ile ten budynek ma okien, kiedy patrzyłbym na większe bądź mniejsze mógłbym oszacować, ile mają okien.
Cóż mogło się dziać za tymi oknami? Obiady, sprzątanie, przepychanki, znudzone małżeństwa, samotni starcy, dzieciaki które chcą stąd uciec, obrażone dziewczęta, muzyka rozpisana na pokolenia, seriale, etc. etc. Prawdopodobnie każdy miałby kilka historii do opowiedzenia, niektóre bardziej zajmujące, inne mniej. Być może ktoś w kółko opowiada kilka tych samych historii, a być może również za każdym razem w nieco inny sposób.
V
Najgorszy jest lęk przed śmiercią. Z lęku przed śmiercią można zabić się. Czytałem kiedyś o człowieku, który nie mógł znieść lęku przed śmiercią i popełnił samobójstwo. To dobra historia, choć makabryczna. Z drugiej strony, czy aż tak makabryczna? Może miał rewolwer albo otruł się. Otwieranie sobie żył - jak stoicy przy Fedonie. To kłopotliwe, podobnie, jak poderżnięcie sobie gardła. Można również zabijać się na raty, paląc. Bardziej makabryczne jest skoczyć z wieżowca i zostać otoczonym przez tłum gapiów, albo reporterów, bo, jak wiadomo, telewizja jest czymś w rodzaju pornografii. Podobnie, kiedy brak wyobraźni, kiedy nie sposób przywołać sobie choć odrobinę stanu poetycznego, który ontologicznie, jak u Santayany, jest czymś w rodzaju życia, czymś w rodzaju eschatonu, Santayana, apofatyk, był przekonany, że stan poetyczny jest eschatologiczny, a więc, że te chwile będziemy przeżywać, albo że te chwile są Bogiem, albo że Bóg jest w tych chwilach, o ile, w stosunku do apofatyzmu, słowo Bóg coś znaczy. Tak czy inaczej wychodziłoby na to, że jest tylko stan poetyczny i pornografia - po dwu skrajnościach.
VI
Podobnie i na jednej z klatek schodowych znalazłem napis “ziemia obiecana”. Byłem dziś w kaplicy, cokolwiek o tym sądzić, jeśli komuś zależy na tym, by to sądzić, tak czy inaczej pół godziny spędzone w kaplicy na jakiś czas wyostrzyły moją percepcję. Kiedy wysiadłem z autobusu spostrzegłem bliźniaczki i skojarzyłem je ze znanym filmem, o tytule, którego już zapomniałem. Nie wiem, czy to był film Lyncha, czy Kubricka, czy to nie było przypadkiem Lśnienie, jakkolwiek swojego czasu wyobrażałem sobie to czy co innego na temat estetyki gotyckiej, próbowałem zrobić coś z tym wszystkim, co nasuwa się na myśl w związku z poruszonymi właśnie zagadnieniami, w mojej percepcji, chciałem rzeczywistość zakląć, albo też nałożyć na nią filtr, nadać rzeczywistości styl, albo znaleźć go - mniejsza o sformułowania, można powiedzieć, iż pragnąłem możliwości głębszej afirmacji. Mrużyłem oczy, eksperymentowałem z psychodelikami, medytowałem - to z tych rzeczy mniej kontrowersyjnych dla wspomnianych przeze mnie studentów. Nie potrzebuję nikomu schlebiać, jakkolwiek dużo czasu poświęciłem na studia nad dogmatem chalcedońskim. I nie tylko, owszem, nie tylko. Może, jeśli nie zabiję się z powodu lęku przed śmiercią, napiszę kiedyś jakiś komentarz do Santayany.
VII
Zastanawiałem się przez długi czas, czego właściwie szukali, i czy cokolwiek znaleźli, ludzie pokroju Gadamera, Heideggera, Levinasa. Może po prostu pisanie sprawiało im przyjemność. Może śnili na jawie. Podobnie i ja, kiedy mówię, że każda poezja jest lingwistyczna, choć przecież to bez sensu. O tym wszystkim piszę po to, by uzmysłowić mój zamysł - mianowicie coś takiego jak, możemy to nazwać, struktura. Samo to słowo wywołuje w moim umyśle wiele skojarzeń bądź obrazów. Struktura - jest to odrobinę inżynieryjne, być może logiczne, w pewnym sensie pozytywistyczne. Jak np. przestrzeń Minkowskiego. Parmenidesowska czasoprzestrzeń jako blok, czy kula, wewnątrz której jesteśmy zanurzeni, z naszymi losami. Z zewnątrz nic się nie zmienia, a jednak my żyjemy w niej jak robaki zatopione w bursztynie, z perspektywy kogoś, kto obserwuje czasoprzestrzeń spoza niej samej, jesteśmy jak inkluzy. Może ma to jakiś sens, może nie.
VIII
Ale myślałem też o Zadie Smith, bo i ja żyję na przedmieściach. Jestem z tego pokolenia, które jeszcze liznęło klasykę. W jednym z moich wierszy lirycznych piszę o tym, że trzeba na przedmieściach odkryć to czy co innego. Jakkolwiek może to być kłopotliwym sformułowaniem, pisałem o miejscu zawieszonym pomiędzy Bronxem a Krymem. To sformułowanie jest kłopotliwym z tego względu, że styl, którego używam, jest, a przynajmniej wydaje mi się, bardzo nowoczesnym. Może maszynowym. Trudno byłoby przerzucić się w tym momencie na styl opisujący przyrodę. Ja natomiast kursuję pomiędzy kilkoma światami. Mógłbym napisać, w jaki sposób Mickiewicz szukał śmierci, a, jeśli się nie mylę, zrobił to zaciągając się do armii. W tym momencie, owszem - Mickiewicz, jest coś niezwykłego w tym nazwisku, mogę umieścić je w dowolnym właściwie kontekście. Być może dlatego, że o Mickiewiczu rozpisywał się nawet de Lautremont. Tymczasem, jak wspomniałem, ten rytm, z którego korzystam teraz, jest nowoczesny i maszynowy. Można mówić - Le Corbusier, Bauhaus, to czy co innego. Natomiast, jeśli mogę zdradzić się z moim pragnieniem, pragnieniem, które przyświeca mi od dawna, pragnieniem, które w jakiś sposób zdradziłem, mówiąc o tym, że myślę nad estetyką gotycką, która poniekąd wywodzi się z architektury gotyckiej. Tym samym, marzę o tym, by w mojej pieśni zawrzeć jeszcze i to. Jest przecież jeszcze Chopin i Duda-Gracz. Należy to wszystko dawkować, i jeśli wspomnę, iż jest jeszcze Penderecki - ktoś mi przyklaśnie. Natomiast jest jeszcze wielu innych, których chowam głęboko w sobie, i czekam, aż mauzoleum zacznie tętnić życiem.
Jeśli o czymś jeszcze marzę, to pozwolić mu przemawiać we własnym imieniu, bez popularnego dziś mis-readingu. Nie zależy mi na niczym zanadto nowoczesnym, w popularnym sensie tego sformułowania. Wolałbym powiedzieć, iż zdarzało mi się mieszkać na torfowiskach. Wolałbym wybrać się na moje torfowiska i tam, na bieżąco, relacjonować, stać się widokiem po to, by opieczętować go słowem zapisanym na papierze. Nie jest to, bynajmniej, próba dawkowania napięcia, po to, by zaskoczyć czytelnia czymś bezsensownym. Owszem, tak jest - temu powie się to, drugiemu co innego. Już kiedyś zauważyłem, że ludzie patrzą na mnie z uznaniem, tym kodem akolitów, kiedy stwierdzą, iż wyznaję również i ich bogów. Ma to swoje przyczyny, jak wszystko. Ja jednak pragnę wydobyć z mojego serca pieśń, cóż innego mogę, skoro już dane mi zostało istnieć jako takiego czy innego rodzaju literat. Pragnę zejść głębiej…
II - JA, DZIECIAK Z PIMLICO
I
Podczas Mszy myślałem nad prostym słowem - Veritas. Napisałem niedawno, iż jest gatunek człowieka, dla którego naczelną wykładnią Veritas jest coś w rodzaju paparazzich - nie jest to gra z czytelnikiem, zaś przytyk w stronę mediów. Jeśli zaś mówimy o Transcendentaliach - cóż, nie wiem, czy one nawet przez najbardziej naciąganą analogię tam w ogóle docierają. Mówiłem już o stopniach szarości pomiędzy stanem poetyckim a pornografią. Śmiałem się kiedyś z Baudrillarda, ale coś w tym jest. Natomiast przyszła mi do głowy inna myśl.
Simone Weil opisuje w jednym z esejów jak ukląkła przed Tabernakulum, słysząc głos, albo słysząc myśl, nazwijcie to jak chcecie - tu mieszka Prawda. Ja przez całą Mszę obracałem w kółko to słowo - Prawda, Veritas. Ale kiedy paliłem papierosa, już pod klatką schodową, myślałem - cóż właściwie w tej - Filozofii.
Filozofia. Miałem może ze 21 lat jak sięgnąłem po filozofię. Wzorem wielu, rozpocząłem od Heideggera. Mniej zaawansowani zaczynają i kończą na Tatarkiewiczu. Ja zaś zacząłem od Heideggera i przeczytałem z 5-7 jego rozpraw, prócz tego przeczytałem jeszcze wielu. Rozczarowałem się tym bardzo, tj. filozofią. Przyszło mi na myśl - w filozofii to było, pozwolę sobie użyć takiego słowa, podniecające, że wydawało się, że ona mówi o Prawdzie. Zacząłem nawet szermować wyrazem “bycie” i tłumaczyć je przyjaciołom. Z czasem zacząłem nabierać do tego dystansu. Na dzień dzisiejszy, gdyby ktoś zapytał mnie, o co chodziło Heideggerowi, to powiedziałbym - “o klimacik”. Ktoś powiedział - filozofię najlepiej studiować u profesora. Ale doszedłem do wniosku, że zostanę przy logice. Wiadomo z resztą, choć to inna dziedzina, że istnieją rośliny w ciąg Fibonacciego, i występuje on w tzw. mikrotubulach, częściach neuronów, w ludzkim mózgu.
A Rimbaud wyglądał jak dzieweczka. Podobnie Rilke - zmysł poetycki utożsamiał raczej z kobiecością. Czytałem jego Listy do młodego poety, w którym zachwalał służbę wojskową w państwie pruskim, tym samym, które Hegel uznawał za wcielenie ideału samoświadomego Ducha Obiektywnego, a którego teorie spłodziły ze dwunastu naczelnych rewolucjonistów ówczesnego świata, łącznie z Maxem Stirnerem.
Ale po prawdzie - cóż z tego? Czy to ja jestem Heglem? Czy to ja jestem Bakuninem? Pewien impuls jest zrozumiały, oczywiście do pewnego stopnia, te głupie proroctwa Nietzschego, które właściwie skierowane są, na dzień dzisiejszy moglibyśmy tak to ująć, przeciwko Starszym Paniom, tym samym, o których pisze później Różewicz, Starszym Paniom z Radomska. Nietzsche, zdaje się, spisał swoje dytyramby w buncie przeciw Starszym Paniom.
Z Hegla, choć nie wiem, czy kiedykolwiek słyszeli to nazwisko, niezadowoleni byli również młodzi twórcy amerykańscy z lat .80tych, tworzący pod egidą Grunge. Ja bym to streścił - nie było za co umierać, ale nie było też po co żyć. Swojego czasu, nawet, jeśli nie było po co żyć - bo prawdopodobnie niejeden młody człowiek rozczarował się tak zwaną miłością (właśnie napisałem mojemu przyjacielowi, że ona istnieje prawdopodobnie tylko u Tolkiena), ale tak, było za co umierać.
Lubiłem i lubię Kantora. Ale nie wiem, dlaczego żyły i umierały postacie u Kantora. Wydaje się, że sama nazwa “Teatr Absurdu” mówi nam już dużo na ten temat, taki dość oczywisty kalambur, otóż postaci u Kantora żyły i umierały po nic. Kantor czuwał nad tym życiem i umieraniem po nic, wprowadzał i wyprowadzał swoich bohaterów za rękę, za ramię, podpierając, swoje postaci na scenę i z powrotem. Czy trzeba coś dodać, w tym kontekście? Kto chce, niech ogląda Kantora. Po co jeszcze pisać.
II
Mogę tylko powiedzieć, na co zwrócić uwagę, mogę tylko powiedzieć, że Artaud uzależnił się od morfiny czy heroiny w szpitalu, mogę tylko powiedzieć, że Francja ma pojęcie “potache’a”, genialnego idioty, i że Artauda właściwie nie da się czytać, ale się go jakoś lubi, uważa się go za swojego chłopa, chociaż co do zasady jest się przecież ubranym w piękny gorset, który ma spętać wewnętrzne szaleństwo, jest się ubrany w ten piękny gorset by uratować siebie przed sobą i być może, przed sobą, jeszcze kogoś. Taki, poniekąd jest sens gorsetu, cóż, jak mówię, ja założyłem sobie gorset, żeby samemu siebie przed sobą uratować. Przynosi to korzyść, owszem, a wewnętrzne ciśnienie pozwala nawet tworzyć. Nie byle czym to jest, mam nadzieję, i wydaje mi się, że nie byle czym to jest, a więc nie tylko nadzieję mam, że nie byle czym to jest, ale też wydaje mi się, co już jest jakiejś mocy przekonaniem, że nie byle czym to jest, jak to piszę po raz trzeci, a piszę to po raz trzeci, żeby wam powiedzieć - ja też jestem wariatem! Śniło mi się kiedyś, że byłem jakimś odległym kuzynem Witkacego. Płaczę rzewnie za każdym razem, kiedy słucham Autoportretu w wykonaniu Jacka Bończyka. A więc - ja też, ja też, ja też jestem wariatem! Zagraj nam, Billy Budd, na skrzypeczkach, a Rimbaud, co wyglądał jak dzieweczka, zadeklamuje Statek Pijany. Szkoda tylko tego de Lautremont, przecież to był dzieciak. Właśnie dlatego założyłem sobie gorset. Nic innego nie mogę na ten temat powiedzieć, bo byłoby to nieprawdą.
Przychodzi mi teraz do głowy nazwa rzeki - Wisła, Vistula. Kto czytał, jak u Herberta ze ściany obskurnego apartamentu wyrastają czarne włosy, powinien wiedzieć, o co mi chodzi. Napisał - taką nas bogowie przebili ojczyzną. Czyta się Vonneguta w wieku 12stu lat, ale się nie rozumie, dopiero potem, dopiero potem, że to ten gorset, w Śniadaniu Mistrzów, że Bruce’owi przepaliły się kontrolki i zaczął mówić co myśli. Nigdy nie zapomnę kapitalnego odcinka z Na dobre i na złe, gdzie w szpitalu wylądował strażak, mówiąc, że to chyba dobrze, że nie czuje bólu, a pielęgniarka odpowiedziała mu, że ból ma funkcję ochronną. Wspomnijcie Artauda, którego w szpitalu uzależniono od heroiny! Nota bene zabawne, że Artur Żmijewski to twarz rozpoznawalna przez miłośników telenoweli, a także obrazoburczy performer, przynajmniej jak go pamiętam. A więc jest jak u Quine’a - niezdeterminowanie przekładu - dwie osoby mogą mówić Artur Żmijewski i się nie porozumieć. Ale jeśli telenowela, to tylko black-metalowa. Tam rodzice szukają młodego black-metalowca, który uciekł z domu i nocował w kanciapie u kolegi (chyba z resztą już nie ma kanciap). Ale poniekąd, można czasami sobie wyobrażać, że ten czy tamten na oko trochę gnije.
Ale moja pieśń jeszcze nie wybrzmiała. Chcecie usłyszeć coś jeszcze? Istnieje takie pojęcie jak Storge. Sprawdźcie to sobie gdzieś, chociaż nie wiem, czy jest na wikipedii. To trzeci rodzaj miłości - najpierw jest Eros, potem Agape, a prócz tego Storge. Ale jak mówię - miłość, z mojego punktu widzenia, jest tylko u Tolkiena. Wszystko przyjdzie kiedyś stracić - traciłem już tysiące razy, a teraz mam te słowa. Storge, hm. Chciałoby się coś kochać. Tak, chciałoby się coś kochać. Żyję nadzieją, że kiedyś jeszcze coś pokocham. Czy ja wiem, czy nadzieją? Możliwe, aczkolwiek nadzieja mnie nie prowadzi, ani nie daje mi sił. Być może ratuje mnie raczej ambicja. Ambicja, że jeszcze kiedyś coś pokocham. Sztuka, w moim mniemaniu, to niewiele, ponieważ istnieje na obrzeżach postrzegania. Sztuka jest przez chwilę, np. przez 5 minut, przez 30 minut, a później nie ma. Później się zbiera materiały na sztukę, ale sztuki nie ma.
Pieśń, pieśń pojawia się od czasu do czasu. Z pewnością wybrzmiewa. Jak to ujmują empirycy - istnieć to oddziaływać. Czcionka na mnie oddziałuje, teraz. Myśl taka czy inna na mnie oddziałuje, choć myśl na mnie oddziałuje, to kim jestem ja, może pojemnikiem na doznania. Nie powiedziałbym natomiast, wracając do wcześniejszego wątku, by oddziaływał stan poetycki, bo w nim jest się zanurzonym i uznaję to sformułowanie za precyzyjne i ścisłe. I zrozumiałe - każdy, kto się kiedykolwiek w czymś zanurzył, pojmie, co mam na myśli. En guarde?