(Subiektywnie) o poezji codzienności
Prawdę powiedziawszy, to w dykcji poetów codzienności i relacji słyszę niekiedy jakąś ironię, ironię językową, ironię na niedostateczność tej codzienności i relacji, albo ironię na niedostateczność języka, żeby zejść jak najgłębiej w te słoje, w tą korę drzewną, dotknąć i przeniknąć, znaleźć klucz, te kolorowe samogłoski Rimbaud, "Byt" o którym tak przekonująco prawią metafizycy i Czesław Miłosz, tj. że trudno to jakoś wyobrować, że Heidegger zwiódł, że Celan jest już trochę zaprzeszły, a my teraz chcemy uprawiać miłość kosmiczną, o ile coś takiego istnieje. Nie wiem, czy się mylę, ale śledzę tą poezję i pomału do mnie dochodzi, że tam bardzo pęcznieje, są szczeliny, szersze, głębsze, mniej i bardziej, czasami tryska fontanna, czasami wpada kurz, czasami spada kawałek ogórka albo ogryziona baranina z kebaba, bo to się przecież dzieje na chodniku, z chodnika dobywa się tętno, może ten chodnik sięga Rowu Mariańskiego.
Poezja z chodnika/ z Mariańskiego Rowu/ bardzo mocno dotyka/ zwłaszcza wsobnego chowu.
report
Gdy na poezji zmarnować życie / nie straszne już nawet tycie. ; )
report
Otóż to :)) Wiwat poeci, niech czas błogo wam leci ;))
report