Creator et Redemptor. (Nad PnP - radykalny bełkot)
Laska która pasjonuje się kryminalistyką projektuje swoje lęki na kumpla który się w niej buja od 18stu lat a jest artystą.
Albo Almadovar w świecie Bareji - po próbie samobójczej niewidomy kumpel mówi temu co leżał na torach - dobrze wyglądasz... A on w tej sadzi, olejach, gównach...
Wierzę w Matrycę - bo jest empiryczna. My, Jednodniowi, jesteśmy jacy jesteśmy, wiadomo. Wolność, poniekąd, może nawet determinizm grzechu i Łaski jak u Weil i Donso-Corteza.
Ale żeby aż życie po śmierci? Ale to, że w nie nie wierzę, to nie znaczy, że go nie ma...
Nie wiem, dlaczego nie wierzę. Może to moje nie-wierzenie - to kosmiczny dowcip. Cóż nareszcie znaczy imię Izaak? Bóg się śmieje... (śmiech potężniejszy niż u głupiego Nietzschego).
Free hugs, anyone?
Constantly falling...
To jak Tutsi, co się cieszyli, kiedy piorun trafił w stodołę, bo wierzyli, że to Bóg ich nawiedził.
Przychodzi nareszcie na skrzydłach wiatru. (W. Łysiak)
(Ale i tak zwycięży poligamia. Jak śmierć. Albo entropia. Gdzieś tam kilka bastionów. Koń u Twardocha zaciąga się do kompanii, bo jego życie warte tyle, co papierek na wietrze. Wiatr zawiał - papierka nie ma.)
(Mam na myśli ten antropologiczny eksperyment. Żebyż kochać jedną, ale kocha się wszystkie. To gorsze nawet niż u Kierkegaarda.)
Poświęcenie alegorią. Czegoś, czego nie rozumiemy. Umiera Freudowska komórka, obumiera ziarno.
(Formę i może mam góralską. Mistykę mam góralską. Ale gdzieś tam - West End Girls...)
Nazywałem Ją Moonchild...
(Bania, bania, bania...)