Zmiana sposobu prezentacji
Gasł bukoliczny czas beztroski. Na powiekach zasiadły ćmy karmiąc snami ananke. Wokół dominował chaos, którego spiritus movens była bestia. Bałem się jej gniewu, krzyku, wyzwisk, potłuczonych naczyń, szarpania, bicia, ciągnięcia za włosy, tak bardzo, że postanowiłem uciec.
Dokądkolwiek. Byleby mnie nie znalazła. Póki co starałem się być nieodczuwalny.
Po eksplozji wściekłości następowała absolutna cisza.
Później wołała mnie po imieniu, przepraszała, obiecywała poprawę. Byłem nieugięty, jednak tego dnia omamiony jej słowami, wyszedłem.
W powietrzu zalśniło srebro, a ja spąsowiałem. Wtedy przestałem się bać. Ogarnął mnie niewysłowiony błogostan, a twarz przejaśniała radością. Bestia zawyła, lecz nie pozwoliła mi odejść.
Jeden jeden dwa...
__
(konkursowe)
Obecnie zimy nie są jak dawniej ze skrzypiącym śniegiem po pas, malowanymi mrozem szybami, ciepłymi kaflakami na węgiel. Dziadek często wspominał dawne czasy, kiedy przez zasypane drogi dzieci nie mogły chodzić do szkoły, albo przez srogi ziąb wygłodniałe, dzikie zwierzęta podchodziły pod domostwa w poszukiwaniu pokarmu, a często same nim się stawały.
Szczególnie lubił wracać do jednej historii, którą powtarzał z pewną nostalgią.
Jednej zimy dziadek pracował podwójnie. W dzień rozwoził towar, nocami stróżował u prywaciarza na skraju wsi. Tam nic się nie działo. Do nocy, kiedy stanął oko w oko z wygłodniałą bestią.
"Była wychudzona, ale wciąż silna. Wstrzymałem oddech i patrzałem* na zapadnięte boki. Dowolny ruch mógł zachęcić ją do ataku. Nie było wyjścia. Powoli cofałem się do stróżówki, dopadłem drzwi i szybko zamkłem. Łypnełem w okno, a ona nadal tam była. Wziełem chleba z kiełbasą i rzuciłem przez szpare. Wtenczas odeszła. Przyszła na kolejną nockę. Pytałem innych, czy ją widzieli, ale potrząsali głowami, że nie. Po kilku tygodniach przyszła z młodymi. Co miałem zrobić? Głodnych trzeba nakarmić. Gdy zelżał mróz – znikła.
Wróciła latem z watahą, ale do stróżówki przyszła sama. Znowu staliśmy oko w oko. Nie miała już zapadniętych boków, a oczy lśniły jeszcze mocniej niż wcześniej i były takie inne, ludzkie. (...)
--- full text ---
W małej wiosce nad jeziorem, gdzie tradycje były najważniejsze, zbliżały się coroczne święta ryb. Najważniejszym symbolem obchodów był karp — ryba, która według legendy przynosiła szczęście i dobrobyt.
Wojtek, chłopiec niezwykle ciekawski, spędzał wiele godzin nad jeziorem. Pewnego zimowego wieczoru zauważył coś niezwykłego — wielkiego karpia, który przemówił ludzkim głosem.
— Wojtek, potrzebuję twojej pomocy — powiedział karp. — Jestem strażnikiem tego jeziora, ale zły czarownik chce zatruć wodę i zniszczyć naszą wioskę.
Chłopiec zaniemówił, lecz szybko poczuł, że musi działać. Pobiegł do wioski, by opowiedzieć o spotkaniu, ale mieszkańcy mu nie uwierzyli.
— Karp nie może mówić — rzekła babcia Halina. — To tylko twoja wyobraźnia albo masz gorączkę. Daj czoło do ucałunku.
— Nie mam gorączki i przysięgam, że to prawda. — powiedział chłopiec.
Wojtek wracał nad jezioro, rozmawiał z karpiem i poznawał tajemnice tego miejsca. Karp wyjaśnił, że czarownik od dawna czyha na wodę, by zatruć ją i przejąć władzę nad okolicą.
— Musimy działać szybko — mówił karp. — Jeśli zatruje jezioro, wszyscy zginą z głodu.
Chłopiec zebrał grupę przyjaciół, którzy uwierzyli w jego historię. Razem z karpiem przygotowali plan obrony. Dzieci patrolowały brzegi, a karp uczył ich rozpoznawać znaki (...)
--- full text ---
Mikołaj wyszedł z sań i zmęczony położył się na sianku pod choinką. Wokół zebrały się renifery i wszyscy odetchnęli z ulgą, że zdążyli z prezentami na czas. Mikołaj, ziewając, powiedział:
*Dobrze, że to ostatni rok. Będę miał święty spokój, gdy wreszcie w wieku siedemdziesięciu dziewięciu lat przejdę na emeryturę.*
Wtem odezwał się karp:
*Z żalem cię informuję, Mikołaju, że będziesz pracował jeszcze długie, długie lata i będziesz rozdawał prezenty samotnym seniorom.*
Mikołaj zerwał się na równe nogi:
*Czy ty, rybo, z choinki się urwałaś?!*
Gałązka zakołysała się i karp z hukiem spadł na ziemię.
*Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej mnie przysłało. Nie filetuj mnie, Mikołaju.*
__
(Konkursowe)
Pomieszczenie kuliło się w mroku. Oprócz jednej osoby, nie było nikogo, kto by tchnął życie w zmurszałe ściany pokoju. Małe, brudne okienko dawało niewiele światła, co potęgowało ponurość tego miejsca jeszcze bardziej. W kącie siedziała mała dziewczynka z książką. Lubiła po szkole tu przychodzić i zaszywać się na długie godziny zupełnie nie bojąc się być samej w tych ciemnościach. Jeszcze kilka miesięcy temu towarzyszką jej zabaw była babcia, która równie mocno lubiła to pomieszczenie, co dziewczynka. Od jej śmierci, tylko Nina odwiedzała to mroczne lokum w nadziei, że może zobaczy babcinego ducha w ciemnościach. Ale im mocniej wierzyła w zjawiska nocnych widziadeł, tym mocniej pozostali domownicy stukali się w głowę.
Dziewięcioletnia dziewczynka miała dwóch młodszych braci, którzy unikali jej z jakiegoś powodu. Przypuszczała, że bali się jej, tak samo, jak i ponurego miejsca, które Nina uczyniła swoim królestwem. Nina nie czuła strachu, potrafiła w środku nocnej burzy wyjść na ganek obserwując świetliste pioruny przeszywające ciemny pułap. Nie rozumiała rodzeństwa, które w takich momentach wołało mamę i zakrywało głowy kołdrami. Patrzyła wtedy na nich z uśmiechem i podchodziła bliżej okna.
Mama była dla niej zjawiskiem tak samo odległym, jak gwiazdy okrywające niebo. Opieka nad młodszymi braćmi i domowe obowiązki wzmacniało niewidzialną przepaść między (...)
--- full text ---
Początek jesieni, a ludzie w paltach, kapotach i jesionkach z rudymi, lisimi główkami.
Kawalkada śpiesznych nóg.
Nieobecnych głów.
Byle szybciej do mieszkania z ciepłym kaloryferem i wrzątkiem z gwiżdżącego czajnika.
Miasto topi się w szarówce.
Co ten pan tu robi? Sam?
Nie jest sam, ma towarzystwo. Misia.
Przychodzi codziennie. Przygląda się zasłoniętym kołnierzami twarzom.
Od lat z tym samym misiem, na tej samej ławce.
Czeka.
Odchodzi, kiedy brudna noc wylewa z zatęchłych piwnic, aby wrócić następnego dnia
Kilka razy został spisany przez mundurowych.
Teraz już nikt nie reaguje na mężczyznę z misiem w parku.
Dzisiaj nie przyszedł. Miś został sam.
__
(Konkursowe)
[Europa, lata 70-te]
Drewniana chałupka oblepiona białymi okiennicami i wielobarwnymi kwiatami na parapetach, właśnie zaczęła budzić się ze snu przy pianiu tłustego koguta, gdy rozległo się głośne wołanie kobiety:
– Joszka! Joszka!
Cisza.
– Wstewej Joszka, bo ci awtokar uciknie!
– Już wsteję mama!
Kogut ponownie zapiał, jednak Joszka nie zamierzała wstać. Naciągnęła pierzynę głębiej na głowę i z uśmiechem odwróciła się na bok, szczęśliwa, że trochę oszukała matkę. Matka jednak dobrze znała swoją najmłodszą córkę, więc wygramoliła się z drewanianego łóżka i poczłapała do pokoju Joszki:
– Kugutek zapiął, to już dawno po czwertej, a ty śpisz, jakbyś pracy nie mioła, Joszka wstewej, bo awtokar uciknie i będziesz musieć autami jechać do miasta.
Dziewczyna wychyliła głowę spod kołdry i spojrzała na matkę z wyrzutem. Żałowała, że dała się wyciągnąć na ognisko w Krepcznowej, ale Ivanka nalegała i nie była w stanie odmówić. Zamknęła oczy. Po czym szybkim ruchem odgarnęła pierzynę i wstała wpadając w ramiona matki.
– Bym pospała jeszcze mama – powiedziała głośno ziewając.
Matka chwyciła Joszke za rękę i zaprowadziła do kuchni, nalała córce wody do miski i wstawiła mleko na piec. Joszka wyszła do wychodka, po kilku minutach wróciła, (...)
--- full text ---
Smutne Lato pakował walizki. Miał odlecieć do filii w Afryce, razem z wicedyrektorem Boćkiem.
Tak zdecydował niezadowolony z naszej pracy Zarząd. Fak!
Pewnie za karę po wysokoprocentowych, nocnych baletach oraz za projekt Sierpień, który faktycznie udupiliśmy na maksa. Za to projekt Lipiec wyszedł nam malowniczo. Raz się żyje! Będzie co wspominać za rok.
Na miejsce zdegradowanego Lato przysłali nam jakąś emerytkę, Jesień. Co za gnuśny babsztyl!
Monitorowała nasze kontakty z Lato, chociaż wiedziała, że bardzo tęskniliśmy!
Po naszych protestach i strajkach łaskawie pozwoliła nam się zobaczyć na momencik, ale tylko online.
Trzymaj się Lato!
Kiedyś znowu zrobimy imprezę w plenerze...
– Bartek, spójrz, jak słodko razem wygladają!
– No, słodko.
Bartek przysunął się i objął ramieniem rozczuloną żonę, stali przez chwilę patrząc, jak ich syn śpi ze swoją ukochaną nianią.
Wczoraj Pawełek skończył dwa latka, zdrowy, pogodny chłopiec, którego wszędzie było za dużo. Marta nie nadążała za swoim dzieckiem, i była wdzięczna za każdą pomoc przy małym. Najbardziej cieszyła się z obecności Dagi, która nie odstępowała Pawełka na krok. Pawełek do kuchni Daga za nim, Pawełek do ogródka Daga za nim, Pawełek na schody Daga za nim. Pawełek lulu Daga z nim w łóżeczku.
Wszędzie.
Marta przywiozła Dagę, bo nikt nie chciał starego, kulawego psa po wypadku. Ale Marta chciała, chociaż początkowo miała problem z przekonaniem Bartka. Małżonek nie chciał obcego psa w domu.
– Gdyby to był malutki piesek, którego można wziąć pod pachę, albo do torby – przekonywał żonę – ale to wielki, stary bernardyn! A jak nas zaatakuje?!
– Bartek, zapewniam cię, że bernardyny nie atakują ludzi, którzy są dla nich dobrzy, żaden pies nie atakuje bez powodu.
W końcu go przekonała, że skoro nie mają dzieci, wtedy jeszcze nie mieli, to towarzystwo czworonoga będzie dla nich sprawdzianem, czy w ogóle nadają się na bycie rodzicami. Po roku od adopcji Dagi, urodził się Pawełek, i wówczas ich dom nabrał właściwego znaczenia. Było im (...)
--- full text ---
— Tatku, mam problem: na uczelni poznaję dużo chłopców. Niektórzy mi się podobają, są przystojnymi właścicielami wysportowanych ciał, ale po czasie okazuje się, że to puste kukły, a jak trafi się całkiem fajny rozmówca, który nie gada o odżywkach i swoim samochodzie, to albo jest rudy z pryszczami, albo ma nos de Bergerac'a, albo tłuste włosy, grube okulary i nosi swetry dziadka.
— Aha.
— Jestem na czwartym roku i chciałabym pożegnać hymen, ale z kimś estetycznie wyglądającym, miłym, wrażliwym, wesołym i fajnym i żeby mnie lubił bardziej od auta. Co mam zrobić?
— Kochanie, jest tylko jeden sposób.
— Jaki tatku?
— Wydłub sobie oczy.
Zawsze chciałam mieć starszego brata. O tym marzy chyba każda nastolatka i nie uwierzycie, moje marzenie się spełniło. Dostałam starszego brata od losu, kiedy moja mama wyszła drugi raz za mąż. Starszy brat z fajnymi kolegami, który by mnie bronił, zabierał na imprezy, uczył grać na gitarze i nie pozwalał palić szlugów. Takiego go sobie wymarzyłam.
Filaret, mój nowy, starszy, o cztery lata brat, nie był tym wymarzonym. Nie potrafił grać na gitarze, nie miał fajnych kolegów, bo w ogóle ich nie miał i nie zabierał mnie na imprezy. Za to nie pozwalał jarać szlugów i bronił mnie przed samą sobą. No i był szczery do bólu. Do bólu.
— Misia, nie zakładaj tej sukienki. Jest za krótka, a ty masz krzywe nogi.
— Tato, picie kawy na czczo powoduje GERD. Wyglądasz, jakbyś był chory.
— Ciociu, farbowanie niszczy włosy. Mogą się spalić i nie odrosną. Będziesz łysa jak kolano. W niektórych miejscach już widać ci skórę.
— Misia, czekolada niszczy zęby, a twoje wyglądają, jakby miały szkorbut.
Miałam tak bardzo go dosyć, że chciałam wyprowadzić się do ojca i jego kochanki. Ale tej suki nienawidziłam bardziej niż nowego brata.
— Mamo, dlaczego mnie nie uprzedziłaś, że on taki jest? - pytałam płacząc.
— Michalinko, poznasz go lepiej i sama stwierdzisz, że to dobry chłopiec. Jan wychowywał go sam, kiedy (...)
--- full text ---
