- "Doświadczyłem w życiu niejednego, z różnych pieców jadłem zakalec, jestem więc stary wyga, lecz mimo wszystko znajduję się tutaj, w ścisłym kółku paranoików.
Pełnię funkcję wykwalifikowanego idioty. Oczywiście naukowo wygląda to inaczej: wmawiają we mnie różne prześmieszne rzeczy, jak dysfazję i dystonię. Również nie obeszło się bez wertykalnego oczopląsu. Okropne.
A na dodatek sprawa światła. To zakrawa na świństwo: w nocy nie można, w dzień nie wypada, pilnują cały czas, te przeklęte żarówy oświetlają wszystkie łóżka i człowiek zmuszony jest zwlekać się z wyra, tam zaś w toalecie… co wam będę opowiadał, przychodzą do głowy historyjki, że tylko patrzeć, jak rano wyskoczy nowy objaw. No i ten zapach.
Jednak fakt pozostaje faktem, że już nie jestem blagierem i ostatnio czuję się lepiej. Jak rano jest obchód, to docent nie może się mnie nachwalić.
Wracając do sprawy, to liczy się tylko wnętrze, a wnętrze posiadam, bo już wiem, że nic nie zwojuję, co najwyżej poszwendam się po cudzych życiorysach i padnę na zawał sumienia.
Jakkolwiek niegdyś chciałem zrobić coś wielkiego, coś, co wstrząsnęłoby ludźmi, to teraz mogę najwyżej schować się za rogiem korytarza i stamtąd postraszyć kogoś, komu wydaje się, że żyje.
Odczuwam wtedy satysfakcję. Szczególnie, gdy uda mi się gruntownie zdemolować jego poczucie przyzwoitości. Z czego wynika, że prędzej można wśród wariatów znaleźć prawdziwego człowieka, niż z tamtej strony klamki, gdyż niewątpliwie, jest w tym ociupinka półprawdy, a cząsteczka mieszaniny, czy też odwrotnie, bo słowa nie odpowiadają znaczeniom, ale rzecz nie w tym, by mówić, co się myśli, tylko żeby myśleć, co się mówi, amen."
Odwrócił się, znużony.
Stali, bardziej zdumieni, aniżeli wówczas, gdy przyszli, a jego umysł, napompowany oburzeniem, bulgoczący nadmiarem rozpaczy, bełkotem, który wyciekał spoza zębów, przypominał niezrozumiały jazgot obranego ze skóry wieloryba.
- Żałosna karykatura – wychodząc na peta, powiedział trzeci, podczas gdy „kreatura” zamyśliła się, otrząsnęła i powróciła do zaokiennej rzeczywistości; mógł za nim ujrzeć skrawek rzeczki, mógł zaobserwować, jak wszystko mija.
*
- Jesteśmy- oznajmił pierwszy. Majestatycznie wypiął pierś i wyjrzał przez okno. Z rozpiętej marynarki wyglądało mu zdeformowane ciało. - Jak tam samopoczucie - oschle zapytał drugi. Wzruszył ramionami, czym do reszty go speszył.
Wyobraził sobie, że mógłby, jak we śnie, wykładać i nie jest, gdzie jest, na korytarzu, lecz w sali, przy tablicy, a ci ludzie, to uczniowie i że zaraz odezwie się dzwonek na przerwę, który będzie wyzwoleniem. Z czego - nie wiedział.
Wrócili godni, odprężeni, on zaś stwierdził, że przyszli, by ostatecznie przekonać się o rozmiarach jego rozkojarzenia. Ludzie, którzy poczłapali zafajczyć, całkowicie mu zobojętnieli. Zmuszać się wobec nich do gramatycznej ekwilibrystyki byłoby nonsensem.
- Przyszliście zobaczyć, jak się rozkładam - stwierdził, jakby nie ulegało to wątpliwości. Zgodnie z waszymi oczekiwaniami jestem na skraju przepaści. Przez wrodzoną uprzejmość będę znosił wasze odwiedziny, jak też dobrodziejstwo inwentarza w postaci piekła tutejszych zabiegów.
Zapanowało pobłażliwe milczenie. Słysząc ciszę - czy był to dzwonek obwieszczający pauzę? - postanowił wytrwać w narzuconym sobie tonie, jak zardzewiały żołnierz na granicy wojen.
- Tak więc nie żałuję, że tu leżę. Z różnych powodów. Choćby dlatego, że zdobyłem doświadczenia, które potwierdziły i wzbogaciły mnie, a czego się tu nauczyłem, z pewnością nie zapomnę. Nie zapomnę między innymi pierwszego wrażenia. Oto stoję przed wami w znanej postaci, te same ręce i nogi, jednak tylko zewnętrznie jestem, jak dawniej. Moje wnętrze zostało brutalnie spacyfikowane i nikt nie zapytał, czy chciałbym być czemukolwiek poddawany. Jedynym wtedy pragnieniem był spokój, absolutna bezszmerowość istnienia.
Jestem tu za człowieka niższej kategorii. Nikogo tutaj nie interesuje, że zgromadziłem książki, że piszę, bo co czytać i pisać może psychiczny? Najwyżej bzdury, które zdolne są wciągnąć klozetową babcię, ponieważ sądzą, że taki jak ja, nie potrafi wyciągnąć piernika spod wiatraka. Ale jeśli uda mu się przeleźć przez ich nieufność, zostanie poklepany po łopatce jako nieszkodliwy matoł i niedzielny fantasta.
Rozpalał się, gmatwał, jednocześnie miał wrażenie, iż mówi do ściany. Było mu przykro, jak wówczas, gdy przygnębiło go spostrzeżenie, że świat trzyma się w kupie tylko przy pomocy ustawicznych zmian ciśnienia. Bo jakże inaczej zrozumieć, że podczas niżu zamiera w człowieku chęć do walki.
Roześmiał się na myśl, że znajomi i niż są identyczni w działaniu (zauważył, że w jednej ze swoich książek natknie się na sytuację, w której się znalazł i że z niej dowie się, jakim jest kołkiem).
Byli mu teraz idealnie obcy. Otaczał ich mur, byli właśnie tym murem: nieprzystępni, ufortyfikowani, jednocześnie skoro cały świat jest szpitalem, zasługiwali na litość.
Stwierdził, iż wszystko jest zarazem: więzienną pajdą tortury i miastem, niezależnie od faktu, że ktoś taki, jak ci tutaj, udają istnienie: spoceni, otoczyli się nieprzystępnością, która pokrywała naskórkową troskę.
Patrząc na nich, zamiast trzech twarzy, widział jedną, za to idealnie wypucowaną z wątpliwości, a zamiast sześciu nóg - dwie, olbrzymie narośle, przy czym generalna japa konsekwentnie pusta.
Przeponowo na maskę ustawionym głosem.
report