Zmiana sposobu prezentacji

11 august 2026

prose

Marek Jastrząb
Marek Jastrząb

Misja

Truizm: są dwa światy naszego przebywania na Ziemi: realny i internetowy. Przed pierwszym należy się bronić, przed drugim – też.

Stępa lub forsownym truchtem, jak głupi Grześ przez wieś, tak ja wędruję przez sieć. Czytam blogi, odwiedzam portale i niecnotliwe strony. Dobre, złe, wszystkie, jakie się nawiną. Zaglądam do skinów, faszystów i innych kuglarzy miłujących niepokój. Podziwiam ich tupety i bzdety łykając wstręt. Niekiedy zatrzymuję się moment, czasami na dłużej i włażę na strony paskudne, jak daleka memu sercu biblia dla satanistów.

Wtedy ogarnia mnie szewska pasja, wierutne obrzydzenie. Wtedy byłbym gotów latać z naostrzoną siekierą, wywijać nią młynka i zrobić nią komu gustowny przedziałek na ondulacji.
*
Internet jest takim magicznym miejscem, że ma się wrażenie wolności nieskrępowanej rygorystycznymi przepisami. Ma się wrażenie, iż jest się innym człowiekiem. Człowiekiem wyzwolonym z dotychczasowych ograniczeń. Barier wymuszonych przez los (och, jak bosko mieć wrażenia!) .

Można powiedzieć, że przebywając w internetowej przestrzeni, stajemy się bogatsi. Nie w sensie materialnym, wyraźnego pomnożenia ilości dóbr materialnych, ale w sensie natężenia sił psychicznych. Zwielokrotnienia i potwierdzenia wagi tych, które mieliśmy wcześniej. To znaczy wtedy, gdy dopiero zaczynaliśmy buszować po sieci. Gdy zaczynaliśmy odkrywać w niej (...)

--- full text ---

4 august 2026

prose

Marek Jastrząb
Marek Jastrząb

Odwiedziny

W trakcie okolicznościowych imprez, pogrzebów czy ślubów, gdy całą familią gromadziliśmy się przy stole, wujowie, pachnący tropikalnymi podróżami, prosto z pociągu, skradającym się truchtem, w spodniach prasowanych na kant, albo w portkach udających dżinsy, dostojni, chętni do kłapania ozorem, spragnieni ciekawostek, zziębnięci, przemoczeni, dodawali sobie animuszu pijąc gorącą herbatę lub wcierając ręce w kaflowy piec - nadciągali z odległych miejsc Wpadali na moment, schodzili się zewsząd, przybywali znikąd, niekiedy na dłużej, a niekiedy pomiędzy nowymi wyprawami.

A za nimi pojawiały się ciotki. Pojawiały się hurmem, gwarnie, wkraczały do naszego domu, czyniąc wokół siebie rumor. Niegdyś młode i z pretensjami do urody, lecz niestety już teraz przywiędłe ślicznotki z widokami na na garbaty los, czując się jak przystawki do własnych mężów, będąc w roli potakujących atrap, lądowały na kanapie obok zegara.

Dumne kawalkady kobiet z uczesanym i wyszorowanym przychówkiem, z bachorami podtykanymi do całowania, przytulanymi i częstowanymi cukierkami, układając twarze w inteligentne grymasy, rozprawiały o zakupach i pogodzie, jakby te właśnie tematy nurtowały je bez ustanku.
*
Na ostatku zjawiał się wuj Ząbek, bywały tu i ówdzie ekscentryk, przyjmowany z otwartymi ramionami, przystojniak o spojrzeniu dogłębnym, konkwistadorskim i penetrującym. (...)

--- full text ---

3 august 2026

prose

Marek Jastrząb
Marek Jastrząb

Wypisy z podręcznika dla paralityków

Ludziom zdrowym przyświeca świadomość braku czyhających na nich zagrożeń dopiero wtedy, gdy własne ciało odmówi im posłuszeństwa. Brak instynktu samozachowawczego, zdolności przewidywania i chęci na zastanowienie, pomaga zdrowym w automatycznym poruszaniu się po ziemi. Nie widzą czyhających przeszkód. Omijają je, nie zdając sobie sprawy z ich istnienia i w każdej chwili mogą się od nich oderwać, wejść na chodnik i być tam, gdzie chcą.
Dla nich nie istnieją trudności w pokonywaniu schodów. Natomiast dla chorych istnieje koszmarny zbiór pułapek i upadków. Zamiast omijania przeszkód, mają swój świat bezruchu.

Nagle stwierdzają, że już nie są w stanie wstępować po schodach, ale że są zmuszeni wciągać się po nich. Że nie idą ich środkiem, lecz przy poręczy, nagle więc rzeczy dotąd błahe, przybierają postać istotnych. Na przykład gdy chcą się podnieść, schylić czy obrócić, muszą wykonać całą serię przygotowawczych ruchów. Uklęknąć, ale tak, by być w pobliżu czegoś do uchwycenia. By zachować równowagę – muszą przystanąć, gdyż kiedy chcą zmienić kierunek marszruty, nie potrafią iść płynnie.

A gdy już są przekonani, że osiągnęli dno i gorzej być nie może, zaczynają się następne fazy; do boju wyruszają nowe, „wypoczęte” sensacje związane ze sztywnieniem karku. Kończy się uwertura, a zaczyna koncert. (...)

--- full text ---

2 august 2026

prose

Marek Jastrząb
Marek Jastrząb

Trampolina

Maurycy usiadł w kątku, przy kontuarze, w pobliżu półotwartych drzwi, obok muzyka, którego zatrudniono w klubie Pod Wesołym Mamlaczem na etacie wirtuoza. Widział, jak kawiarniane opary wsysały do środka zastępy smakoszy. Co pewien czas wykopywały nasyconych, a brzuchaty szatniarz kłaniał im się cyklicznie.

Lubił tu bywać, kochał być „w przyczajeniu i rozmodleniu”, jak nazywał ten swój kibicowski proceder. Anonimowo patrzeć na gwarny ruch toczących się, dyskusyjnych sabatów. Intelektualnych podróży donikąd. Wędrówek, w których jeszcze nie tak dawno brał udział. O czym niechętnie i niemal z rozżaleniem wspominał sąsiadom od kieliszka. A między stolikami, po dywanowej wykładzinie, laskonogie kelnerki, wystrojone w służbowe uniformy i przyszywane uśmiechy, zwijały się mechanicznie: serwowały temu rachunek, tamtej – wino, a wszystkim bez wyjątku – ciepławe „sorry”.

Rozdygotane paniusie, wystrojone jak choinki na Wielkanoc, z mężami zamiast breloczków, kładły dłonie na szklankach cieczy a la kawa, podczas gdy krępy baryton dawał wycisk słuchaczom. Śpiewał co żwawsze kawałki z „pieśni do słów”, a ujeżdżający po klawiaturze pianista trzepał rytm. By nie wypaść z roli artysty, wadził się z własną nieudolnością, zachęcał, prosił, szturchał klawisze grubymi serdelkami. Grał z nerwem, nie zwracając najlżejszej uwagi na wyczyny (...)

--- full text ---

WIKTOR

Kiedy stwierdziła, że dorosłem i większy nie będę, pobiegła do lekarzy z pytaniami, co dalej. Spece od medycyny przekonali ją wtedy, bym dał sobie siana z marzeniami o długim życiu. Oznajmili, że mogę się powolutku żegnać z planami na przyszłość i powinienem odmeldować się z myślenia o podróżach dalszych, niż do wychodka. Że nadeszła dla mnie właściwa pora na medytację „o czarnych godzinach i najwyższych czasach”.

Mam zająć się przestawianiem zwrotnic z przyzwyczajeniami i studiowaniem nekrologów. Mówili, że mogło być znacznie gorzej, bo choróbsko nie wybrzydza, zabiera, co jest, i chodu, więc niech nie traci wiary, nie martwi się moją skoliozą, bo ostatecznie są jakieś wkładki i nakładki, wyjścia, przejścia i dojścia, sanatoria i domy z opieką.

Jeszcze nie ma tak, by było na 100 beznadziejnie! Przecież znane są przykłady, iż ludzie powracają do formy, mają remisje, a niektóre są długotrwałe, utrzymują się latami, więc nie trzeba się załamywać, mówić, że już nic i nigdy, i że tylko klops.

Powiadali, że koniecznie musi ją wypełniać pozytywna wizja, bo tak już jest: fizyczna utrata staje się czasem psychicznym zyskiem, co prędzej należy mnie nakłonić, bym odstawił zmartwienia, przekabacić na zdrowy rozsądek, podszepnąć, bym nie ustawał w (...)

--- full text ---

Kangur

Staraniem sponsorów pisma „Wiedza Chodnikowa” powstała oficyna zajmująca się pochylaniem nad nieistotnymi problemami, a jej główne założenie, to popularyzacja nauki odpadowej.

Autorzy koncentrują się na formach występujących z rzadka. To oni, w wyniku długoletnich badań, rozszyfrowali kangurzy język dokonując podziału na pierwszy, używany podczas zdobywania pokarmu i drugi, stosowany podczas uprawiania miłosnych gier w krzesanego.

Omawiana pozycja jest przewodnikiem po królestwie zwierząt. Ale myliłby się ten, kto chciałby znaleźć w nim opis stworzeń standardowych. Tego rodzaju stereotypowe organizmy są umieszczane w mniej poważnych wydawnictwach.

To z jej podręczników dowiedziałem się o Tąpielicach Sromotnikowych, futrzakach mających wypadowe bazy za kaloryferami. To one otworzyły mi oczy na rzeczywisty świat Makrelownic Zbrojnych żyjących pod szafami. To dzięki nim poznałem intymne życie Beznosych Słonic. A teraz mam niepowtarzalną szansę zaznajomienia się z obyczajami kangura plecakowego.
*
Jak o tym świadczą prześwietlone zdjęcia satelitarne oraz nie przeprowadzone wykopaliska, tereny podmokłe i zarosłe trawą o pochodzeniu tatarskim, zamieszkane były przez przodka obecnych kangurów plecakowych. Różnił się od aktualnie żyjących nie tylko wielkością i owłosieniem, ale tym, że zamiast plecaka, nosił na brzuchu urządzenie podobne do sakwy, w (...)

--- full text ---

Wiktor

Uchodził za skrytego. Nie lubił się wyróżniać. Podlizywać komukolwiek i w ten sposób wyskamleć sobie dostęp do profitów. Ciężko znosił krzykliwe towarzystwo. W gronie większym od dwóch ludzi, czuł się nieswojo. A kiedy było tych osób trzy i zanosiło się na popijawę łącznie z balangą, wpadał w jakieś przestrachy, psychiczne rozchełstania i uniki. Wtedy spylał pod lada pretekstem, wymawiał się chorobą w rodzinie, nagłym pogrzebem, odwiedzinami nieżyjącej ciotki, powoływał się na swoje doły i łupania w krzyżu.

Aż się zbuntował przeciwko swojemu usposobieniu. Poczuł, że budzi się w nim zadawniona ciekawość do zwiedzania nigdy nie widzianych miejsc, rodzi ochota na przekraczanie tradycyjnych barier i pragnienie wejścia do krainy przeżyć z podróży. Toteż z chrapką i werwą zamierzał pogrążyć się w świecie egzotycznych przygód.

Lecz kiedy już na dobre zdecydował się na odmianę sposobu życia, poczuł, że jego marzenia są śmieszne, gdyż nie zostało mu nic innego, jak przyjąć do wiadomości fakt, iż za bardzo skurczył mu się zakres ruchu. Dlatego zamknął się w milczeniu, ogrodził od wszelkich sygnałów rzeczywistego świata i pogrążył się w lekturach szpargałów gromadzonych przez lata.

Wędrował po albumach z minionymi wrażeniami, a każdy album uświadamiał mu poniesioną stratę. Odsłaniał przed nim to, czego było mu brak: (...)

--- full text ---

TARAS

Prowadziliśmy na nim marudne i bezcelowe monologi z niewidzialnymi słuchaczami. Z rozmówcami, których ukryta obecność potwierdzała się naszym wołaniem w rozgwieżdżoną noc, a kończyła skokami ciśnienia; ciemność nie zezwalała na racjonalne myślenie.

Milcząc, ograniczaliśmy się do sygnalizowania rozpierającego nastroju w ten sposób, że niekiedy mój, albo jego ogienek papierosa wędrował w stronę mroźnych gwiazdozbiorów mknących w rozpędzoną przestrzeń.

Bo choć wiedzieliśmy, że powinniśmy trzymać się razem i robić dobrą minę do złej gry nie godząc się ze swoim losem, jakkolwiek mieliśmy nadzieję na jego odmianę i udawaliśmy, że życie jest ciągle przed nami, to zżerało nas przekonanie, iż nasze wspominki wpędzają nas w przygnębienie.

Zazwyczaj znajdowaliśmy się w trakcie gorączkowego niemyślenia o swoim najbliższym „kiedyś”. Na ogół braliśmy udział w odmiennych sytuacjach, a nasze rozmowy zakreślały tory i prostowały ścieżki nie te, którymi dążyli pozostali mieszkańcy, lecz te które gwarantowały nam przetrwanie w zgorzkniałym rozpamiętywaniu przeszłości.

Ale nie tyko nam były niezbędne nocne odwiedziny na tarasie. Niekiedy pojawiali się na nim inni rezydenci: niewidoczni za dnia. Jak ślimaki pozamykane w swoich osobnych pokojach – skorupach, nocami zaś prowadzące aktywne życie.

Wówczas tak (...)

--- full text ---

DEWIZA

Powtarzalność zjawisk, może niepokoić brakiem wniosków. Tak by się wydawało, że powinny nasuwać się same, lecz nic z tych rzeczy! My, ziemski ludek, jesteśmy odporni na naukę i choć z pewnymi prawidłowościami spotykamy się często, nie czynią nam one krzywdy irytującymi refleksjami. Nie męczą przekonaniem, że oto dopadł nas NAJWYŻSZY CZAS przyspieszonego rezygnowania z głupoty.

Z dętego pustosłowia o nigdy-dość-wojnach, z wiecznego utyskiwania na korupcję, niesprawiedliwość, z dążenia do celu po trupach, wskakujemy w sofistyczne dysputy polegające na przerzucaniu się winą za cokolwiek nieudanego.

Wypadałoby poniechać szukania kozłów ofiarnych, zastępczych odpowiedzialnych i wskazywania palcem: oto prowodyr, sabotażysta, szuja, debil, zdrajca. Pora uderzyć się we własne piersi, przyjąć na klatę info w temacie sprawca i rzec, że jest nią jejmość EDUKACJA; zaniedbana od pokoleń, lekceważona przez wszystkie rządy, ma się rzężąco i sprawiająca, że dokonujemy złych wyborów.

Ale gdy mówić o jej wzbogaceniu i zwiększeniu na nią nakładów, o pobudzeniu i o tym że przydałaby się jej świeży impuls i orzeźwiający zastrzyk, z oślich rzędów sejmowych ław zrywają się hamulcowi ostudzacze głoszący demagogiczne słowa o „pilniejszych potrzebach, ważniejszych priorytetach i wyższych koniecznościach”.
*
Powiada się, że „najlepiej poinformowani (...)

--- full text ---

RYDWAN, TARAS I SKWEREK

Od kiedy zostaliśmy przyjaciółmi, jego ulubioną rozrywką było podróżowanie. Chodził jeszcze, lecz jedynie na krótkich odcinkach, zaledwie przy łóżku. Za młodu poruszał się automatycznie, ignorując przeszkody, które z łatwością omijał, a istnienie ich dostrzegł dopiero wtedy, gdy nasiliła się jego niemoc. Coraz częściej zdarzało mu się iść krokiem niezdecydowanym, przypominającym chód kraba zanurzonego w mazi.

W jego sanktuarium, przeważnie otwartym dla gości, zaraz za wiecznie uchylonymi drzwiami, znajdował się fotel, wyeksponowany, majestatyczny i niemal wygodny bujak, a obok, wózek: beżowy „postrach nieprzejezdnych szos”.

*
Latem umawialiśmy się w pobliskim, niewielkim, przylegającym do domu parku. W rzeczywistości nie był to park, tylko skwerek uchodzący za namiastkę ogrodu. Kiedy mało kto poruszał się po nim bez pośpiechu, bo dla większości personelu stanowił wygodny skrót do pracy, gdy na jego ławeczkach siedzieliśmy zapatrzeni w niebo, byliśmy zasłuchani w swoje opowiadania. Lecz ich znaczenia nie były tymi, co po latach, gdy po skwerku lub ogrodzie, zaginął wszelki ślad.

Wtedy mówiliśmy byle jak i byle co. Siedzieliśmy w ogrodzie i nie interesowały nas doczesne światy odwiecznych pomyłek. Nie podniecały odejścia od wiary w lepsze dni, oscylowania wśród pojęć prostych jak drut i słusznych jednocześnie. Albo mieliśmy bezsenne „schadzki” na (...)

--- full text ---

Contact with us



Report this item


You have to be logged in to use this feature. please Register