Zmiana sposobu prezentacji

Mama zabiera szklane kulki i znika

 
                                                     Dla Ludwika. A także dla Marka.
 
 
 
 
(Kiedy nasze matki umierają czas zacząć farbować siwe włosy i myśleć o przeprowadzce).
 
 
Częste przeglądanie szafy wchodzi mi w krew. Sprawdzam, w czym mogłabym wyjść. Ostatni raz występuję przed tobą, aż do zamknięcia bramy. Mówiłaś zawsze, że jestem bez poczucia rytmu, głucha całkiem na twoje słowa. A teraz tańczę. Popatrz: wiem, wiem - to takie brutalne. Nie bardziej niż tamto – wtedy…
 
- Mamo, mamo, a czy ty wiesz którędy idzie się do nieba? – pytałam. A ty mówisz ciągle - na pewno pójdziesz do piekła. To wtedy pytam, jak tam się idzie do tego piekła, a ty na to, że nie wiesz. Nie powiedziałaś mi nigdy nic więcej. Tylko to.
 
Nie wiem doprawdy skąd wiedziałaś, że ja pójdę do piekła, bo ja nie wiem, dokąd ty idziesz, choć też nigdy mnie nie słuchałaś. Nie jestem pewna, czy znowu chciałabym tam mieszkać z tobą, bo znowu wchodziłbyś do mojego pokoju zawsze nagle i bez pytania tylko z krzykiem – co robisz!? A potem miałabym znowu wszystko rozrzucone.
 
Tata mi mówił, że ma nadzieję, że jednak pan Bóg się zlituje nad tobą i przemyśli sprawę.
 
Dawno już nie wierzę w (...)

--- full text ---

16 april 2012

prose

Laura Calvados
Laura Calvados

Rep*

Nie bardzo było się gdzie schować.
Mały, kulawy ptak, głuchy na oboje uszu przyglądał mi się z lękiem cała drogę przez las. Węgielne oczy osadzone tak blisko siebie, że niemal mogły się pocałować zdawały się wywiercać mnie z tyłu głowy. Bałam się oczu w przekręconej głowie jakby te zgaszone węgle miały jednak poparzyć dłoń. Kulawy, z krótszą nogą był niewiele wyższy od mojego syna. Całkiem siwy, co drugi włos. Siwy zupełnie. Wszystko wtedy ugięło się pod ciężarem wiatru i zapachem jaśminu, który nagle zjawił się w mojej głowie równy z obrazem Twojej twarzy i pociągłej dłoni widzianej w grudniu dziewięć lat temu.
 
 
*
Teraz ciało ptaka w mojej dłoni już nic nie waży.
 
Teraz jest garść popiołu, a ciebie nie ma; nie widzę twojej twarzy tylko wiem, gdzie powinna być - na wysokości piersi. Nieco ponad; jak gdyby nigdy nie zmieniona.

11 february 2011

prose

Laura Calvados
Laura Calvados

Fortepian w schowku na psy

I
Przebywanie dziecka w szafie jest niejednorodne. Dziecko leży na półce, ciśnie się pod stertą sztywnych prześcieradeł. Matka wyprała dziecko, złożyła we czworo, schowała do szafy na później. Dziecko złożone we czworo staje się osobne. Teraz pod sztywnymi prześcieradłami leży czworo dzieci wyskładanych równo na potem. Dwie dziewczynki i dwie dziewczynki. Razem
cztery. Każda złożona dziewczynka mówi – moja mama.
Mama ma tylko jedną dziewczynkę w szafie. Pozostałe dzieci musza poszukać innej mamy – pójść do innej szafy. Mogą położyć się na półce pod telewizorem, być może znajdą tatę.
Dwie dziewczynki wychodzą z szafy, przenoszą się do szuflady komody. Komoda pachnie matką kiedy śpi, zatrutymi jabłkami i płaczem. Matka kiedy nie śpi – to płacze, a kiedy je zatrute jabłka, to właśnie wtedy śpi.
Dziewczynki kładą się na śpiącej matce. Matka ma ręce jak puste, drewniane wieszaki z metalowym hakiem. Ramion matki wystają i pulsują nierówno, spod skóry wystają żebra – białe jak konwalie.
Dwie części dzieci leżą w pierwszej szafie. Już długo poskładane – na potem. Matka nigdy nie przychodzi. Potem jest wiosna i jesień, na końcu zima. Latem, kiedy wszystkie ptaki już są martwe albo ledwo opierzone – matka otwiera szafę.
Dziecko złożone we czworo ma tylko trzy nogi. Matka nalewa mleko do torebki, mówi:  - potem (...)

--- full text ---

Contact with us



Report this item


You have to be logged in to use this feature. please Register