21 april 2013

14 october 2012, sunday ( o najlepszej nauczycielce, jaką miałam szczęście spotkać )

U schyłku kolejnego 14 października w moim życiu chcę wspomnieć o mojej najlepszej nauczycielce.
Nie uczyła polskiego - co może niektórych zdziwi - ani religii, ani matematyki, ani nawet biologii.
Nie, nic z tych rzeczy.
Pani Ela uczyła mnie grać na fortepianie.

Pamiętam, że w przedszkolu odbywało się jakieś badanie, do którego konieczne było zdjęcie bluzki. Wydaje mi się, że chcieli zobaczyć, czy nie jesteśmy za bardzo pokrzywieni. Większego problemu nie było, dopóki nie nadeszła kolej małej zingeli. W moim ówczesnym pojmowaniu świata takie badanie musiało uwłaczać jakimś zupełnie oczywistym i podstawowym prawom, bo zbuntowałam się.
Tak, ta grzeczna zingela, zawsze stawiana za wzór (zwłaszcza podczas leżakowania - widać, od dziecka wiedziałam, co dobre), nieśmiała, posłuszna, cichuteńka - taka właśnie dziewczynka pokazała pazurki pod koniec swojej bytności w tej instytucji. Nie pomogły prośby ani groźby - zadzwoniono po mamę. Jako że z pracy do przedszkola miała dwie minuty - może dwie i dwadzieścia dziewięć sekund, jeśli doliczać przejście po schodach - przybiegła i próbowała zaradzić problemowi.
- Dam się zbadać, jak mnie zapiszesz na wszystkie zajęcia.
- Jakie wszystkie?
- Angielski, tańce i szkoła muzyczna.
W obliczu zniecierpliwionych pań przedszkolanek głupio się było nie zgodzić i tak oto dziecko, któremu słoń nadepnął na ucho, poszło do szkoły muzycznej.
Może z tym słoniem przesadziłam, bo rodzicielka moja zdolności muzyczne posiada, więc jakieś tam geny dostałam, ale pamiętam, że kiedy wracałyśmy ze wstępnych przesłuchań i śpiewałam nowo poznaną piosenkę, mama niemiłosiernie się krzywiła. A może to obraz zniekształcony i nadgryziony zębem czasu? Może lepiej się w to nie zagłębiać.

Teraz próbuję sobie uzmysłowić, za co tak polubiłam moją nauczycielkę grania na fortepianie.
Może za perfumy? Ich zapach był naprawdę sympatyczny, subtelny i stwarzał przytulną, domową i niezapomnianą atmosferę.
A może za palce? Długie, smukłe palce - typowe dla pianisty. Paznokcie zawsze przycięte krótko i równo, czasem mrugały bezbarwnym lakierem.
Może za charakter pisma? Pisała jak kura pazurem i przez długi czas jej hieroglify musiała odczytywać za mnie mama.
Nie wiem, za co tak polubiłam panią Elę. Wiecie, że przez cały okres nauki w muzycznej i jeszcze kilka lat po jej zakończeniu mówiłam o mojej nauczycielce moja pani? Pamiętam, że kiedy to sobie uświadomiłam, byłam w szoku. Wcześniej nie zwróciłam na to uwagi, dopiero kiedy opowiadałam o niej komuś, pomyślałam, że może mój rozmówca nie do końca wie, o kogo chodzi...

Ale nie było różowo. Ileż ja razy się na nią denerwowałam, kłóciłam się w myślach, a nawet krzyczałam. Często nie podobały mi się jej pomysły, złościłam się strasznie. Trzeba mi uczciwie wspomnieć, że nigdy nie byłam za dobra w grze na fortepianie - moje zdolności muzyczne ograniczają się tak naprawdę do niefałszowania i plumkania na klawiaturze. I ten mój brak zdolności, później połączony z brakiem zapału dawał się zauważyć. Pani musiała mieć anielską cierpliwość i szatańską siłę, żeby ze mną wytrzymać. Czasem krzyczała na mnie, tzn. często na mnie krzyczała, choć czasem chwaliła. To krzyczenie może jakoś strasznie brzmi, ale tak naprawdę rzadko podnosiła głos. Krzyczała w moim słowniku znaczy tyle co strofowała, napominała.
Ale na lekcjach dużo rozmawiałyśmy. Żartowałyśmy, śmiałyśmy się, dużo się na nich uczyłam, nie tylko o muzyce. Naprawdę zawsze ją lubiłam i myślę, że ona mnie trochę też. Opowiadała, że czasami dziewczyny płakały u niej na lekcjach, bo coś tam... I mi też się zdarzyło, w szóstej (ostatniej) klasie. Nakrzyczała na mnie, i to porządnie, a ja akurat miałam jakiś gorszy dzień i nie wytrzymałam... Pamiętam, że pocieszała, próbowała pomóc - to wydarzenie sprawiło, że dziś mogę powiedzieć, że chyba nie było rzeczy, której nie robiłam podczas lekcji grania.

Życzenia. Na Boże Narodzenie i Wielkanoc zawsze wysyłam jej esemesa. Początkowo od mamy, a kiedy już miałam swój telefon - ode mnie. Od początku mojej nauki w tej szkole do za pięćdziesiąt lat. Składam też życzenia na Dzień Nauczyciela, ale w nieco innej formie... Idę do kwiaciarni i kupuję roślinę, ewentualnie do sklepu po czekoladki - i kieruję swoje kroki do szkoły muzycznej. Dziękuję i życzę osobiście, zawsze uśmiechnięta, zazwyczaj nie w porę, bo przecież nie mam dokładnego planu pani Eli.
Ostatni raz byłam w piątek. Było zupełnie inaczej niż do tej pory, gdyż moja pani w końcu miała czas. Zawsze przychodziłam, kiedy przy fortepianie siedział przyszły wielki pianista, i bezwstydnie okradałam go z cennych minut przy instrumencie, pod okiem wybitnego nauczyciela. Przedwczoraj natomiast trafiłam akurat na moment, w którym późniejszy wirtuoz nie dotarł jeszcze na zajęcia. Trochę niezręcznie było i jej, i mi, bo widzimy się raz na rok i nagle mamy czas na rozmowę, która - jak się łatwo domyślić - średnio się kleiła. Całkiem spontanicznie więc powiedziałam jej słowa, które nigdy wcześniej nie przyszły mi do głowy. Początkowo zastanawiałam się, czy nie zabrzmiało zbyt patetycznie i czy nie przesadziłam, ale nieoczekiwanie wydobyło się z moich ust:
- Jest pani najlepszą nauczycielką, jaką miałam szczęście spotkać.
I tak za mało powiedziałam.


list of responded items:

 

choose your artistic answer

 


number of comments: 3 | rating: 0/6 | report | add to favorite

Comments:

Hania,  

piękne wspomnienia:)

report |

hossa,  

Tak bywa, że jednych nauczycieli pamięta się i wspomina (ciepło) i z imienia, i z nazwiska, i z różnych drobnostek, a innych, nie można sobie nawet przypomnieć jak wyglądali, bo nie mają twarzy w pamięci, gdzieś się rozmyła, czy co...ładnie napisane wspomnienie

report |

Darek i Mania,  

nop i zingela umie grać .. na fortepianie też ;)

report |



other diaries from: 02-05-2013 , 14-10-2012 ,

Terms of use | Privacy policy | Contact

Copyright © 2010 truml.com, by using this service you accept terms of use.


contact with us






Report this item

You have to be logged in to use this feature. please register