Zmiana sposobu prezentacji
Partyjka szachów - horror straszny wielce
Postanowiłem rozegrać partyjkę szachów, ale żeby było ciekawiej, to postanowiłem rozegrać ją ze śp. moim dziadem pradziadem.
Dziad pradziad mój, były powstaniec, spoczywał w mogile ziemnej na pobliskim cmentarzu. Żeby wszystko odbyło się, jak należy, czyli jak klasyka horrorów tego wymaga, spotkanie z mym dziadem zaplanowałem o północy (godzina duchów!), naszykowałem odpowiedni ekwipunek, to jest: ciemną opończę, świecę gromnicę, powróz konopny, krzyżyk na drogę oraz szpadel.
Aha, nosz kurna, oczywiście też pudełko drewniane, zamczyste z figurami szachowymi, zacnie rzeźbionymi z lipowego drewna. Na śmierć bym o najważniejszym zapomniał! Do kroćset!
Tak tedy, wyekwipowany odpowiednio, wyrychtowany należycie, udałem się byłem w nocy o północy na smętarz. Drżącymi ręcami, z podniecenia nerwowego, nie ze strachu! — o nie, gdzieżby tam — rozpaliłem łuczywkiem świecę monstrualnych rozmiarów, którą byłem dostałem ongi w spadku po starym szpitalniku Alfonsie Dobrodzieju. Pełgającym światełkiem z kopciem parafinowym, oświetlałem sobie wyboistą drogę i szedłem żwawo, przebierając nożynami, by zdążyć przed świtem. Światło gromniczne było na tyle liche, że non stop wpadałem, a to w wykroty, a to w lisie jamy, a to w niedźwiedzie gawry. Jednakowoż, azali doszedłem w końcu, mogiła mego dziada przywitała mnie posępnym puszczykiem i bladym miesiącem, który srebrzył całą (...)
--- cały tekst ---
Ujebany dziką rolą
niech mnie w końcu wypierdolą!
Na nic czyjeś gadki-szmatki
lepiej rentę niech załatwi.
Bo ja orać nie mam chęci
ciężka praca mnie nie kręci.
O ty jeden z drugim capie
lepiej milion przynieś w łapie,
lecz nie naszych złotych polskich,
a dolarów - koniec troski.
Leżeć będę w złotym wyrze,
łeb wysoko, dupa niżej.
Kibel też ze złota miałbym
i do kibla złotem srałbym.
Takie są moje marzenia,
niech pogryzą was sumienia,
że się męczyć ciągle muszę,
za to spłoną wasze dusze.
Napełnijcie moją kiesę,
nie pogrążcie się z kretesem!
Dam dziś jesiennie z liścia
prosto w mordę smętnym chłodom
nie mam więc innego wyjścia
tylko nakryć łeb kapotą
Na rozgrzewkę łyknę grzańca
zziębłe pięści schowam w kieszeń
nogi same rwą do tańca
poboksuję dzisiaj jesień
Na spotkanie z zimnym deszczem
idę z podniesioną głową
bo nie jestem jakimś leszczem
z parasolką kolorową
Nie omijam kałuż wcale
brnę przez błota i bajora
bo się czuję doskonale
gdy jesienna już jest pora
Planeta Lumpex
Czajownik 20 3214
Lecimy, właściwie już tylko ja lecę.
Reszta towarzyszy opuściła naszą małą kapsułę. Józef postanowił zostać na Kurzej Łapce, tak nazwał tę asteroidę i został tam sam jak palec. Bonifacy zasiedlił Margarynę, całkiem sporą kometę, jej brudno-lodowa powierzchnia bardziej przypominała smalec ze skwarkami, ale Bonifacy zaparł się przy tej nazwie. Zbudował sobie igloo. Genowefa, jedyna kobieta pośród załogantów, w czasie swoich trudnych dni, z płaczem postanowiła zasiedlić nowo odkrytą, moherową planetę, o przewrotnej nazwie Moher One nadanej przez zgryźliwego ostatnio Zenobiusza, który nie wytrzymawszy Silence Universewskoczył na nadlatującego właśnie meteoroida.
Tak więc zostałem całkiem sam.
Ja, Symeon Pankracy Czwarty, postanowiłem pisać ten dziennik, coby pamięć o nas nie zagasła.
Plejownik 21-25 3214
Wstałem świtkiem, właśnie Biały Karzeł rozgonił nocne koszmary, gdy moim oczom ukazała się brudna, okuta na brzegach skrzynia. Miała zamczyste wieko i obluzowany jeden zawias. Wykonałem pomiary. Albedo miała nikłe, siła ciążenia tez na niej nie była imponująca. Wirowała statecznie wokół osi, z niewielka precesją, to pewnie wpływ tego obluzowanego
zawiasu. Nawet lekko skrzypiała przy obrotach dobowych. na jednym jej rogu zauważyłem dziurę, jakby wygryzioną przez myszy.
Postanowiłem tam właśnie się (...)
--- cały tekst ---
Pewien kojot o imieniu Szakal, albo szakal o imieniu Kojot, dokładnie nie pamiętam, postanowił zostać Królem Dżungli. Tak jest Królem, a może nawet Carem Dżungli. Tak, raczej chodziło o Cara.
A zatem, nasz Car kojot o imieniu Szakal, albo na odwrót, postanowił zostać Carem.
Niestety, miał liczne kompleksy, gdy przeglądał się w lustrze i porównywał z wyglądem mocarnego Lwa, widział się marnym chucherkiem i ta nieznośna, wiecznie lejąca się ślina z pyska. Szakal Kojot, obojga imion aż zawył z wściekłości. Siorbnął śliną i udał się w dżunglę.
Wściekły jak szakal, bieżył żwawo poprzez chaszcze i ostępy, i wypatrywał bystro bystrzyny bo chciał też zażyć porannych ablucji. W końcu dostrzegł prześwit w przesiece i zoczył zdrój mrawo płynący. Już miał się rozchędożyć, już sięgał łapą w majtki, gdy nagle, zza oczeretu wychynęła łania Ania.
Łania, widząc przyszłego Cara spłonęła rumieńcem żywcem. Zatrzepotała rzęsami, aż zerwał się wiaterek zefirek i zerwał kuse majtasy naszego bohatera.
E nie...Muszę zaprzestać, wyobraźnia mnie sprowadza na jakieś manowce.
Lepiej inaczej. Otóż nasz Szakal Zwycięzca, galopując poprzez knieje, spotkał owce. Albo raczej owcę. Owca Beata miała tez Barana brata, ale jego akurat wówczas nie było.
Samotna owca Beata skubała samotnie trawę i beczała żałośnie. Beczała marząc o wiośnie, kiedy to trawa (...)
--- cały tekst ---
Było już późno, ale ja wyszykowany na tip top.
Braki w uzębieniu uzupełnione, włos wyczesany pod włos, buty wyglansowane, bródka uczerniona flamastrem, krocze wydepilowane.
Jeszcze ostatnie spojrzenie w lustro - tak! jestem zrobiony na bóstwo.
Pełen werwy okiełznałem nerwy i wybiegłem z mieszkania z przytupem, troszkę jeno podkręcając lewym butem. Poszedłem znanym tylko mi skrótem. Spotkałem po drodze Wańkę Wstańkę co od dawna drzemał w przydrożnym rowie i nie wstawał. Oczekiwał końca świata a tak na prawdę to na brata. Na brata mulata co miał dwa lata do odsiadki. Minąłem Wańkę jak sen jaki zły i poszedłem dalej.
Zbliżałem sie do Centrum, brama w bramę stały latarnie oblepione przez całujące się ćmy. Wszedłem w pierwszą z brzegu. Sezamowe wrota stały otworem, wąskie schodki w kamienne podziemia, niebieskie światła i czterdziestu rozbójników Alibaby. Wymówiłem tajemnicze zaklęcie przy pomocy zwitka banknotów i dokonało się to o czym marzyłem od tygodnia. Gęsta mgła, sztylety laserów, muzyka techniczna. Poniosło mnie gdzie wzrok nie sięga. Z trudem wymacałem barmana, dumnie pokazałem stygmatyczną pieczęć na przedramieniu. Dżin z tonikiem, słomka i cytrynka. Tak uzbrojony ruszyłem w bój mój ostatni.
Przedzierałem się przez zamglone, drgające ciała. Trupie kolory ożywiały wyobraźnię. Ciągnąłem słomkę i przebijałem się głową przez mur. W końcu dopadłem, (...)
--- cały tekst ---
