Zmiana sposobu prezentacji
Powieki me ociężałe i zmęczone otwarły się wnet, gdy tylko jaśniejący promyczek jął się do nich zawitać. Leżałem pół przytomny na wielkim czerwonym łożu, wraz z mą lubą, w pokoju było strasznie zimno, spojrzałem na jej szkliste oblicze po czym ucałowałem potulnie w czoło.
Wnet wstałem i wyjrzałem zwolna przez codzienności ramy, by za chwil parę wskoczyć w garderobiany zgiełk i zniknąć, uwolnić się, przekroczyć granice bytu, ujrzeć cuda natury. A więc wyszedłem naprzeciw wysokiej falującej łące, krocząc pełen podziwu głaskałem radośnie jej oblicze. Jak zaczarowany wpatrywałem się w krwistość wspinającego się ku górze słońca, Lekka rosa efektownie odbijała w mą stronę nieśmiałe promyki, jakby chciały poprosić mnie do tańca.
Lecz nie mogłem, ponieważ w głowie tkwi żałosny i bolesny obraz niedalekiej przeszłości. Obróciłem się od promyków próbując zapomnieć o codziennym natury rytuale, uniosłem głowę i spojrzałem na to co dla mnie symbolem hańby i wewnętrznego upokorzenia. Dom mój, stara leśna chata jakich tysiące, przesiąknięta żalem, nienawiścią, a w środku jedna osoba, zimna, nic nie mówiąca, cicha. To ta pierwsza, ta mego serca ochłoda, ta pani ma piękna, dzisiaj leży tam, jakże brutalnie, jakże pokornie w czerwonej kałuży życia.
I stałem tak, jakby pień w ziemie wrośnięty, którego wyrwać nie sposób, aż tu nagle na ramie (...)
--- cały tekst ---
