Zmiana sposobu prezentacji

XX lokomotywa

Tamtej nocy siedzialam w oknie. Paliłam papieros za papierosem. Czekanie upijałam czerwonym winem, żeby nie bolało. Przyszedłeś wreszcie, zmarznięty, nagi w pelerynie przeciwbluesowej z mgły, z kieszeniami wypełnionymi bluesami na każdą okazję. Naszyjnik z listków seradeli i muszelek połyskiwał na twojej szyi poranną rosą,  do pasa przytroczony miałeś bukłak z octem jabłkowym. Szybko, bez słowa, przyrządziłeś napój księżycowy z dodatkiem niebieskiego (tego skradzionego z wagonu). Wychyliliśmy „przeklęty puchar” jak Tristan i Izolda , wznosząc toast za wieczną udrękę.
Ciuchcia odjechała dwudziesty już raz, bez nas.

echa pewnej zasmarkanej nocy

Suche nienaoliwione skrzypnięcie drzwi balkonowych. Kawałek cytryny i czarna gęsta od fusów ciecz w filiżance w kolorze twoich oczu. Woń wilgotnych liści pod kasztanowcem obleczonym zarazą i zapach owoców dzikiej róży. Samotność dębu wśród nieskoszonych traw. Biel krochmalonych stokrotek na rowie. Cierpki zapach skrzypu i śliskość mydła migdałowego. Zółtopomarańczowy sok z jaskółczego ziela. Sinawa szrama pod kolanem i piasek pod powiekami. Smak gwiezdnej dopaminy i niebieski motyl szybujący w granatowe niebo. Ciepławy dotyk wilgotnej mgły. Szczęśliwość złotego deszczu. Napar z suszonych liści szałwii. Usypywanie kopca zużytych chusteczek i czerwony bolący nos. Miód gryzący gardło i stukot klawiszy klawiatury. Ścieżki między pierwszą i ostatnią stroną zapisanych kartek i szelest przezroczystych koszulek z tworzywa sztucznego. Pęcherzyki powietrza pomiędzy klawiszami i akt łączenia granatu z zielenią sosny. Intensywny zapach żywicy. Smak prażonej kukurydzy. Plany pokryte wspólnym cieniem i skowyczący dźwięk sznura. Łańcuchy spinające oddalające się brzegi zmierzchu i świtu. Metaliczny śmiech gwiazd wysokich i desperackie spojrzenie tej jednej spadającej gwiazdy. Wystraszone życzenie i łaskotanie upływających sekund granatowej nocy przerwane sms-em.

rozmowa hiperboli z aymptotą poziomą

Znowu to uczucie, jakbym miała dotknąć absolutu. Zbliżam się i nie mogę dotknąć. Asymptota nie pozwala na dotyk, czuję, że niebawem jej dotknę, bo ciągle się zbliżam. Jestem tuż przy niej, a ona ni drgnie. Jest pięknie, choć wiem, że do dotyku nie dojdzie.
 
Jeszcze na temat utworu literackiego: 
Prawdę mówiąc, to lepiej od hiperboli ma tangensoida. Ta dopiero ma się do czego przytulać - tyle asymptot ile okresów i jeszcze jedna więcej.  
 
Nie lubię okresowości, chyba nigdy nie lubiłam. Już jako dziecko widziałam, że lepsze dla mnie jest karmienie na żądanie, a i w szkole nudziły mnie liczby wymierne.  No bo taki ułamek okresowy, niby taki wyjątkowy, a jednak nic specjalnego, znaleziony okres i nic więcej. Co innego liczba pi, ta to dopiero ma w sobie magię, odwieczna tajemnicę, albo taki pierwiastek z dwóch, nie dość, że sam dba o swoją elegancję, to jeszcze zna swoją wartość i nie chce zostać w mianowniku (tym bardziej we wspólnym). Nie lubię periodyków, bo są nudne, niekiedy męczące. Wiem, że okresy są nieuniknione, ale zawsze ukrywam je w działaniu odwrotnym, w częstotliwości i udaję, że ich nie ma. Hiperbola, to nie przypadek. Jest piękna i nie ma punktów przegięcia, a Ty wczoraj przegiąłeś, nie rób ze mnie na siłę tangensoidy. Nie chcę nią być. Bądź Constans...
 
O, to chyba do mnie. Czuję się zaszczycony.

--- cały tekst ---

Kontakt z redakcją



Zgłoś nadużycie


Opcja dostępna tylko dla użytkowników zalogowanych. Zarejestruj się