|
| |
|
WSZYSTKIE PRACE
Poezja (118) Proza (3) Dziennik (12) Fotografia (6) Grafika (29)
Pocztówka poetycka (3) O autorze Znajomi (49) Kolekcje (2) | |
Zmiana sposobu prezentacji
Dziewczyna jest ładna i mógłbym się zakochać, czy coś.
Ładna i profesjonalnie skupiona, a ja się gapię na jej cycki, czy coś koło tego.
- Źle, proszę się nie szarpać. W poziomie, obszerniej. O tak. Dobrze, a teraz proszę w górę. Sięgamy, wysoko, jak najwyżej i nie, nie przechylamy tułowia.
- Kto sięga, ten sięga – mruczę do siebie - pierdolony Quasimodo.
Coś chrupnęło znajomo. Tak jak dziwaczna, kościana gałka przy kierownicy nowiutkiego Moskwicza wuja. Uda kleją się do rozgrzanego fotela, a gałka jest żółta i chrupie i ma srebrne wykończenie. W górę i w dół i w górę. Czy tak lśni proteza stawu? Jest zimno, przenikliwie i boleśnie, a tych dwóch milczących w podłych ortalionowych kurtkach, białych rękawiczkach zakopuje protezę i mamę i trochę mnie. Kościelny się niecierpliwi. Już kluczy między trupami do ciepłego samochodu. Idą święci, idą święta, idę ja. Przez równiutko wyszczypany trawnik, na którym wyraźnie widać koleiny wujkowego Moskwicza. Trawnik jest też równo obsrany przez kury, które zawsze znajdują jakąś dziurę. Ogon macha Bobikiem i mną i śmierdzi mokrym psem. Łańcuch tłucze o płot, cynową miskę pełną futra i much. Oczy Bobika, oczy mamy pod respiratorem. Miska lepi się do rąk, zupełnie inaczej niż proteza. Nalewam wody, zwilżam wargi gazą. Nikt nie pije. Nie pije też w domu, gdzie zegar może nas poruszyć. Gapimy się więc na ten zegar. Ja i ten (...)
--- cały tekst ---
gdybym był amerykańskim komikiem (+18)
Jednorazowe słowo wstępne: Jeżeli brak Ci poczucia humoru, jesteś zafiksowany na wiarę, nadzieję, miłość i słownik dopuszczalnej polszczyzny - odpuść. Gdby ktoś jeszcze pozostał na sali, to informuję, że autorowi się zamarzyło napisać tekst do krajowego wstańklaszcza, a że to fikcja, a że nikt tego na głos nie opowie, to już inna historia.
Ostrzegałem.
W roku siedemdziesiątym drugim, ojciec przytargał (cholernie odpowiednie słowo) magnetofon. Trzy prędkości obsługiwane toporną wajchą, jedna szpula taśmy, a całość przypominała gigantyczną mydelniczkę z pozłacanym grillem, za którym głośnik niczym z kościoła. Nic, tylko czekać na słowo Pana: raz, raz, czy ktoś mógłby zapalić światło?!
Jest rok siedemdziesiąty drugi. Jon Lord kocha Hammonda, wszyscy kochają Deep Purple, a ja podpinam do magnetofonu mikrofon wielkości hamburgera. Koncert w NY przypomina zebranie Solidarności: podjarani goście klepią się po udach, ramionach. W oczach światło, na ustach Che i rewolucja. Obowiązkowe brody i pióra co najmniej do ramion, a każde zdanie zaczyna się od „bracie” lub „siostro”. Lub jest ogólnie obowiązujące! Nie wynaleziono jeszcze HIV, a Glover bezczelnie pali na scenie!
Za chwilę wygłoszę wiekopomny tekst, w stylu: eaa, err, czy mnie słychać, to działa? Już nawet podjąłem decyzję, będę wokalistą i frontmanem. Dotykam (...)
--- cały tekst ---
Że mógłbym poezję pisać? Ma pani rację, zdarza się. Oj, nie. To nie jest dobry moment na wieczór autorski. Proszę nie nalegać, nie piszę dobrych wierszy. Za taki uśmiech palono całe miasta, a ja jedynie kawę mogę zaproponować. Czemu to wszystko opowiadam? Otóż od dawna myślę o sobie jak o irytującym cyniku, a dodatkowo sceptyk i ironista. Że przesadzam? Prędzej jesień w słońcu spłonie, niż się nawrócę na jakąkolwiek wiarę. „Nie ma co się bać, nie ma co się kryć” - zna pani ten numer? Proszę poszukać. Jest w nim pewna odpowiedź na moje tu.
W końcu dotarłem do sklepu. Wózek wyrywam z szeregu, a cholera ogromna jakbym zapasy strategiczne dla osiedla miał zrobić. Myśli pani, że to polityka firmy? Rzeczywiście, niespecjalnie komfortowo się czuję, turlając to to, a na dnie raptem karton mleka. Zwykle nadrabiam miną. Staję przed półką pełną sosów z krewetek, oleju rzepakowego, czy glazurowanej ryby i starannie nie patrząc, patrzę, odymam usta, mruczę, jaki to marny wybór. Trudny ze mnie klient. To fakt. Proszę się nie śmiać, bo jeszcze chwila, a wpadną Grecy, a ta knajpa nie wytrzyma dziesięcioletniego oblężenia.
Zwykle dłużej kwitnę na alkoholach. Lubię czytać etykiety win. A gdy jeszcze jakiś dobry gatunek, to zaraz i deska serów, willa z widokiem na Como, albo cicha winnica, wapienne skałki, na których suszą pomidory, ewentualnie misterne zameczki z obowiązkowym (...)
--- cały tekst ---
