Rafał Bardzki
WSZYSTKIE PRACE Poezja (2) Proza (6)
O autorze Znajomi (3)

Zmiana sposobu prezentacji

14 stycznia 2014

proza

Rafał Bardzki
Rafał Bardzki

Przyjaciel




Był tu już kilka razy, a ona znów oczekiwała go niczym zbawienia. Stała pod drzwiami i nasłuchiwała charakterystycznych, ciężkich kroków. Na każdy odgłos serce kobiety natychmiast wypełniała nadzieja, która równie szybko gasła kiedy Zofia rozpoznawała jednego z lokatorów. Mimo podeszłego wieku, miała doskonały słuch. W końcu przez lata udzielała lekcji fortepianu i wypuściła spod swoich skrzydeł wiele utalentowanej młodzieży. 

Uważała, że kroki są jak ludzie: stare i młode. Te pierwsze biegną szybko w dół, przeskakując lekko po dwa stopnie. Stare powoli z mozołem gramolą się na górę, przystając co chwilę, aby odpocząć. Ciężko szurają, zmęczone chorobą, niosąc ciężar zdawałoby się ponad siły. Młode również się zatrzymują, lecz tylko na chwilę, by potem znów pędzić ze zdwojoną energią, chcąc nadrobić każdą straconą sekundę. 

Niektóre przynoszą nadzieję. Na przykład kroki listonosza charakterystyczne, silne, męskie, których rytm burzy ciężka obijająca się o nogi torba. O tak, Zofia potrafi dostrzec ten szczegół i odróżnić od kroków dozorcy, niosących zamiast torby, obfity brzuch właściciela. 

Nagle drgnęła – to on - rozpoznała i przepełniło ją uczucie nadziei przemieszanej ze strachem. Bała się. Normalnie nie wpuściłaby tego typa do swojego mieszkania, gdyby nie to, że był jej jedyną nadzieją. Tylko on za te (...)

--- cały tekst ---

4 czerwca 2012

proza

Rafał Bardzki
Rafał Bardzki

Wróżka

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że dzisiejszy dzień nie będzie zwykłym dniem. Oczywiście, pani Maria powinna to dostrzec od razu , jednak biegnąc po bułki, nie zauważyła czarnego kota, który chyłkiem przebiegł przez ulicę, ani też trzech czarnych kruków siedzących na parapecie sąsiedniego budynku. Ten brak uwagi, można by, od biedy, wytłumaczyć roztargnieniem, ale przejście pod drabiną, którą rozstawili pod murem fachowcy, było już szczytem wszystkiego.Przecież miała duże doświadczenie i taki oczywisty błąd nie powinien mieć tu miejsca. Uważała się wręcz za eksperta w swojej branży i to z wieloletnim stażem.Nie zaniepokoił ją nawet fakt, że gdy przyjmowała swoją stałą klientkę, magiczna kula dziwnie zmętniała, a jej wnętrze wypełnił dym, co spowodowało, że stała się całkowicie nieprzejrzysta. Pani Maria wykonała nad nią kilka magicznych gestów, lecz niestety, nic to nie pomogło.Odłożyła kulę i przeprosiwszy panią Olę za tę niedogodność, wzięła do ręki karty. Po przetasowaniu, rozłożyła je na stole i próbowała dojrzeć w układzie jakiś sens. Nic z tego. Mimo kolejnych rozdań nie mogła niczego odczytać. Dość długo się wpatrywała, lecz mimo usilnych starań, karty dziś do niej nie przemówiły. W zanadrzu pani Maria miała jeszcze kilka innych metod typu: wróżenie z dłoni, czy oglądanie fusów na dnie szklanki, lecz będąc profesjonalistką,nie mogła zaoferować (...)

--- cały tekst ---

21 lipca 2011

proza

Rafał Bardzki
Rafał Bardzki

Symultana

Nie czuł się dziś zbyt dobrze. Zwlókł się z łóżka i poczłapał do łazienki. Przy porannym goleniu miał okazję podumać trochę nad swoim wyglądem. Nie był zadowolony. Podkrążone oczy i niezdrowa cera świadczyły nie najlepiej o jego kondycji. Niewielkie, lecz widoczne zmarszczki oraz kosmyki siwych włosów przypomniały mu, że nie jest już młodzieńcem. Lata lecą, co robić - skomentował w myślach. Uniósł rękę do góry. Chwilę tak ją potrzymał. Po czym powoli, ostrożnie opuścił.Co mnie dzisiaj tak kuje pod ramieniem. Co jest u licha, źle leżałem? Na drugi raz wezmę poduchę, a nie ten niewygodny jasiek. 
Z medytacji nad własnym ciałem wyrwał go dzwonek telefonu. Obwiązał się ręcznikiem i podszedł do aparatu. 
- Jak się pan czuje, Mistrzu! - nie czekając na odpowiedź, rozmówca ciągnął dalej - wszystko już przygotowane, możemy jechać o dziesiątej. 
- Dobrze, dobrze zaraz będę gotowy – odparł - zjem tylko śniadanie i schodzę. 
- To świetnie, bo my tu wszyscy czekamy i ściskamy kciuki za pana – odpowiedział głos w telefonie. 
- To miło, ale ja muszę kończyć rozmowę. Chcę w spokoju jeszcze coś zjeść! – odpowiedział niecierpliwie. Odłożył słuchawkę i w przydeptanych pantoflach poczłapał z powrotem do łazienki. 
Śniadanie mu nie smakowało. Z niechęcią odsunął od siebie resztki jajecznicy. Wstał i nerwowo zaczął przechadzać się po pokoju. (...)

--- cały tekst ---

4 czerwca 2011

proza

Rafał Bardzki
Rafał Bardzki

Jedno kliknięcie

Stefan leżał wyciągnięty na plaży. Słońce przyjemnie grzało jego mokry tors. Przed chwilą zażywał zimnej, orzeźwiającej kąpieli. Nareszcie poczuł się lepiej po nocnych szaleństwach. Do rana zdzierał głos zabawiając gości, wymyślając coraz to nowe konkursy i jednocześnie próbując przekrzyczeć orkiestrę.

 Nie musi się o nic martwić. Przynajmniej przez najbliższe dwie godziny. Co za ulga, jęknął - przewracając się na plecy i prostując zmęczone nogi wodzireja. Słońce raziło go przez przymknięte powieki. Wziął więc poranną gazetę i zasłonił się. Powoli zasypiał.
 
Obudzili go plażowicze. Wyraźnie czymś przejęci, pokazywali rękoma niebo. Stefan chciał za wszelką cenę zatrzymać sen, lecz w końcu się nie udało. Do jego ucha, coraz natarczywiej, dochodziły podniecone głosy. Nagle drgnął. Szybko podniósł się z piasku. Może ktoś się topi? - pomyślał. Spojrzał w kierunku krzykliwego tłumu.
 
Ludzie pokazywali słońce. Zwykle, w południe oślepiająco jaskrawe. Teraz świeciło niezbyt mocno. Wydawało się, że z każdą chwilą traci na jasności. Powoli zaczęło ciemnieć tak, jakby ktoś z wolna przykręcał niewidzialny regulator. Po pewnym czasie przestało przygasać. Żarzyło się jedynie bladą poświatą niczym światło awaryjne na korytarzach biurowca.
 
Stefan był wyraźnie zdziwiony tym zjawiskiem. Spostrzegł, że cały otaczający go świat (...)

--- cały tekst ---

17 maja 2011

proza

Rafał Bardzki
Rafał Bardzki

Dlaczego ślimak jest taki jaki jest





Drogi Czytelniku, na pewno dobrze znasz opowieść biblijną o Arce Noego, 
więc nie mam zamiaru jej tutaj dokładnie opisywać. Chciałbym natomiast zwrócić Twoją uwagę na jeden mało znany epizod, który zniknął w mrokach dziejów. Wynikło to pewne z faktu, że nie był na tyle ważny, by o nim wspominać, niemniej poświęcę mu kilka słów. 

Pomiędzy zwierzętami, które płynęły Arką, były zwierzęta duże i małe, szybkie i wolne, zwinne i ślamazarne. Między innymi znajdował się wśród nich nasz ślimak. Nie muszę Tobie tłumaczyć, do jakich należał dość, że wspomnę o nim jako o ślimaku w średnim wieku, nieskorym już do figli wieku młodzieńczego. 

Gdy usłyszał, że zwierzęta parami, według gatunku, mają zmierzać w kierunku Arki po tradycyjnie długich rozważaniach, zdecydował się dołączyć. Przede wszystkim postanowił nie zwlekać. Jako stworzenie dość powolne, musiał zarezerwować sobie na wyprawę sporo czasu. Chciał również ubiec swoich pobratymców, którzy zapewne także chcieli skorzystać z okazji. Skoro, więc tylko słońce wzeszło nad horyzont, ruszył z żoną w drogę. 

Teraz wspomnę kilka słów o jego ślubnej, ponieważ to jej osoba w opowiadaniu ma decydujące znaczenie. 

Była młoda. O wiele młodsza od swojego męża: wesoła, trzpiotowata, pełna energii i temperamentu. Nie uśmiechała jej się perspektywa (...)

--- cały tekst ---

12 maja 2011

proza

Rafał Bardzki
Rafał Bardzki

Śniadanie





Marynarz ostatkiem sił utrzymywał się na powierzchni. Nic nie pozostało z jego kutra, który w nocy zatonął pod naporem wiatru i fal wielkich niczym ściana domu. Nie wiadomo jakim zrządzeniem losu ocalał tylko on i tan kawałek drewna, który teraz kurczowo obejmował rękoma. Dryfując już jakiś czas w zimnej wodzie, stawał się coraz bardziej senny. Szukając pomocy, wzniósł oczy ku niebu, lecz, gdy po chwili spojrzał na horyzont, nie ujrzał żadnej nadziei. 
Zmęczony na moment przysnął. 

Obudził go krzyk mewy. Gdy spojrzał w górę, zobaczył krążącego nad nim ptaka. Mewa zatoczyła kilka kółek, po czym wylądowała tuż obok. Przekrzywiając głowę to w jedną, to w drugą stronę, patrzyła na niego, wyraźnie czegoś oczekując. 
„No nie” - pomyślał marynarz - „Ja tu konam, a ta chce coś do jedzenia ”. Złym spojrzeniem zmierzył ptaka, lecz w tym momencie przypomniał sobie, że w kieszeni kombinezonu ma, przygotowane przez żonę, śniadanie. Gdy rano zaspany pędził do roboty, często zdarzało mu się o nim zapominać. Widząc to, żona czasami żartowała: „Bierz, bo jeszcze mi umrzesz z głodu”.„Dobre sobie, umrzeć z głodu. Coś mi się wydaje, że dziś będzie nieco inaczej”. Mimo wszystko uśmiechnął się, wspominając jej słowa. Do głowy przyszła mu nawet refleksja, że dzielenie się chlebem w obliczu śmierci, jest takie ... symboliczne. „A co mi (...)

--- cały tekst ---

Kontakt z redakcją



Zgłoś nadużycie


Opcja dostępna tylko dla użytkowników zalogowanych. Zarejestruj się