Zmiana sposobu prezentacji
Wiele dni minęło nim wędrowiec ujrzał pośród śniegu swoją wioskę. Była
ona tak niewielkie, że każdy znał tu sąsiada, a domostwa można było
policzyć na palcach jednej ręki.
Wędrowiec okrył się ciaśniej płaszczem i brnął dalej przez skrzypiący śnieg.
Wioska usnęła, z kominów chat wydobywał się gęsty dym, który wędrowiec
wdychał, wspominając swoje dzieciństwo. W końcu dotarł do drewnianego
płotku zza której wyglądał bezlistny dąb i samotna łza zapałętała się w
oczach przybysza.
Zastanawiał się co ujrzy, co usłyszy i powie po tylu latach, gdy ciało
miało więcej blizn niż mógł zliczyć on sam więcej miał wspomnień z
Cesarstwa niźli z domowego zapiecka?
Uśmiechnął się. Człowiek którego zwali Koralisem, słynny wojownik, który
brał udział w oblężeniu o Tengę, ten którego miecz ściął łeb Czarciemu
Królowi bał się wejść do własnego domu!
Koralis załomotał lagą w solidne, drewniane drzwi. Widniała na niej krew
wszystkich domowników, ponieważ wierzono iż tedy niecne duchy nie wejdą
do środka.
Gdy mu nie otworzono, a potem znowu odpowiedziało milczenie, otworzył drzwi i wszedł do środka.
Chatka była kamienna, nad drewnianym stropem rzucono strzechę by zima nie doskwierała aż tak bardzo. Było ciemno i pusto.
Wszedł po omacku do izby i stęknął cicho gdy (...)
--- cały tekst ---
Znaleźliśmy się pod ciężkim ostrzałem. Z nieba waliły pociski,
rozpryskując czarną ziemię. Wszechświat skrył się za dymem płonących
baraków.
Ledwo co ukryliśmy się w czwórkę w niewielkim bunkrze. Summers w tych
swoich ciemnych okularach ostrzeliwał żółtków usiłujących wejść na
wzgórze. Ja i Hiszpan zasunęliśmy skrzynkami z amunicją drzwi, Platyna
rozłożył się w kącie z radiem.
Wietnamczycy zaatakowali z nienacka, jankesi nie zdążyli się nawet
ogarnąć po ostatniej ofensywie. Woods poprowadził nas na prawą flankę,
gdzie jankeskie dziewczynki nie zakopały beczek z napalmem.
- Platyna! Powiedz tym debilom z gołębnika, żeby przestali do nas
walić!! - ledwo przekrzyczałem karabin Summersa, po czym kazałem
Hiszpanowi rzucić żółtkom parę granatów na śniadanie.
Ściany drżały. Czasami przelatywał nad nami śmigłowiec albo zbłąkana
rakieta. Amerykanie odpalili świeżo ustawione moździerze, które
kapryśnie raz trafiały na wietnamców a potem w swoich.
- Tu kwarta G osiemnaście, melduję - jesteśmy w sektorze ce cztery!
Jesteśmy pod ciężkim ostrzałem... - jąkał do swoich słuchawek jasnowłosy
najemnik.
Zmieniłem Summersa, bo skończył mu się magazynek. To on był najlepszym
strzelcem w oddziale, teraz bynajmniej było to jednogłośne. Resztę
oddziału zmiotła (...)
--- cały tekst ---
Milczący żołnierz leżał samotnie w
okopie. Deszcz siąpił gęsto i zamienił gruzdowatą ziemię w ściekające
do dziury błocko. Żołnierz patrzył na twarz swojego kochanego
brata,znikającą pod osuwającą się falą brudu, wykrzywioną w grymasie z
bólu. Allelujah! Allelujah! - śpiewały niebiosa w kroplach deszczu.
Allelujah! Allelujah! - zawodziły martwe, poszatkowane kulami zwłoki, ku
przerażeniu żołnierza. W uszach wciąż świdrowały mu odgłosy niedawno
stoczonej bitwy. Warczące karabiny, świszczące pociski, huk zerwanego z
głowy hełmu. Przed oczami miał twarz zrozpaczonej matki. Żegnała go.
Słone łzy spływały po jej zmęczonej twarzy, zostawiały za sobą mokry
ślad. Jak ślady gąsienic czołgu na splamioną krwią ziemi. Nozdrza
wypełniał duszczący zapach siarki, zapach prochu zmieszany z wonią krwi i
potu. Z brzucha żołnierza wypływały soki jego życia wraz z
wnętrznościami, drżał z zimna, bo tkwił w przemoczonym ubraniu już dwa
dni. Nie miał siły się ruszyć, stracił czucie w nogach, lecz nie
oczekiwał ratunku.
Jego karabin leżał u jego boku z pustym magazynkiem. Gdy żołnierz
stracił przytomność z wyczerpania, deszcz przestał padać, a za burych
chmur wyjrzało słońce. Złociste promienie rozświetliły pobojowisko. Trup
tych którzy polegli pierwszego dnia (...)
--- cały tekst ---
