Zmiana sposobu prezentacji
Tkaczka pieśni.
Kaplica. Budynek z czerwonej cegły. Rzeźbione, dębowe drzwi były lekko uchylone. Kiedy wchodziła skrzypiały głośno.
Na stopniach ołtarza leżała harfa i wiolonczela, lilia i niebieska róża. Wzięła wiolonczelę i różę. Wyszła na zewnątrz, oślepiło ją białe światło słońca. Opodal kaplicy stało dębowe krzesło, obok leżał smyczek. Niepewnie podeszła, usiadła. Podniosła smyczek, na jego miejsce odłożyła różę.
Wiedziała, że nie umie grać na żadnym instrumencie. Jednak, gdy tylko smyczek dotknął strun, dźwięki, jak dojrzałe jabłka posypały się na trawę. Nie zatrzymywały się, płynęły, wabiąc słodko- kwaśnym smakiem.
Zapomniała o otaczającym ją świecie.
Grała.
Jej palce poruszały się po krosnach strun, tkając nowe kobierce pieśni.
Metalowa brama skrzypnęła- pęknięcie struny.
Po piaszczystej drodze, niczym czarny wąż, w oślepiającym słońcu snuł się pochód ludzi. Szli w ciszy. Młodzi i starzy, zdrowi i chorzy. Posyłali jej spojrzenia pachnące smutkiem i obawą. W końcu znikali za dębowymi drzwiami. Czarny wąż zdawał się nie mieć końca.
Próbowała założyć strunę. Na próżno, ci ludzie ją rozpraszali. Bała się ich, byli tacy dziwni.
Nagle stanęła przed nią znajoma kobieta, stara i pomarszczona. Kiwnęła głową i poszła dalej. Matka jej ojca.
Wiolonczelistka wstała i podeszła do drzwi (...)
--- cały tekst ---
Serce obija się o żebra.
Biegnę. Bardzo szybko, ile sił w nogach. Chcę Ich dogonić; krzyczę żeby poczekali, ale Oni nie słyszą. Zniknęli mi z oczu. Przyspieszam. Wiatr wyciska mi łzy z oczu. A może to nie wiatr, może to ja sam płaczę. Nie mam siły biec dalej, zwalniam. Serce chce wyskoczyć z piersi.
Idę ze zwieszoną głową, licząc łzy, które znaczą moją drogę do domu.
Rozglądam się dookoła, nie wiem gdzie jestem. Wszyscy, których mijam patrzą na mnie z politowaniem.
Organizm trochę odpoczął, znowu zaczynam biec. Muszę przedostać się na drugą stronę ulicy. Przystaję na moment, rozglądam się, tak jak mnie nauczono; najpierw w lewo potem w prawo. Nic nie jedzie, mogę przejść.
Nie zdążyłem, nie miałem szans. Połamane żebro przebiło płuca. Leżę na środku lewego pasa, nie mogę się ruszyć. Duszę się. Leżę i nasłuchuję; nie ma nikogo kto mógłby mi pomóc. Mam 5 lat i wiem, że umrę.
Widziałam, jak przechodził przez ulicę. Zza zakrętu pędziła przed siebie ciężarówka. Po okolicy rozległ się głuchy dźwięk miażdżonych kości i ostanie skamlenie.
Chwilę później już nie żył.
Biedny pies.
Przemyślenia znad Czarnej Dziury
Niebawem Ojciec Czas nic nie będzie miał do powiedzenia. Z sinego nieba spadnie popiół. Słyszę, jak Walkirie zgrzytają zębami. Ragnarok jest bliżej niż myślałam jednak dalej niż niektórzy by chcieli.
Czy się boję? I tak i nie.
Fenrir dzisiaj głośno wyje.
We mnie czarna dziura wsysa każdą energię. Jestem tylko naczyniem. Znowu. Choć tym razem naczyniem na ból. Cudzy. Domyślam się czyj, jednak boję się powiedzieć na głos to imię. Nieznośny ból, od prawego stawu barkowego promieniujący aż do opuszków palców.
Jaki kształt ma jego energia? Wiem tylko tyle, że z ognia. Nie znam kształtu, nie widzę go ani nie mogę poczuć. Nie może być bezkształtna. Może się mylę. Zresztą co ja tam wiem. Nic.
Chyba znowu długo nie zasnę. On nie śpi. Potem narzeka, że się nie wysypia. Czy o mnie myśli? Chyba tylko wtedy gdy musi. Bogowie moi, czego ja od niego chcę? Jest mi bliski, istnieje pewna zależność, pewna więź, dosyć silna - tak mi się wydaje. Właśnie! WYDAJE MI SIĘ! Więc gdzie leży prawda? Dziś nawet chmury układały się w obrazy: wyciągniętych rąk- tak jakby kogoś, kto prosi o pomoc, łby wilków wyjących do Księżyca. Potem deszcz wszystko zmył. Rozmazał kontury, świat stał się niewidzialny. A może to ja mam coś z oczami i z głową przy okazji? Czemu zadając to pytanie słyszę ciche: “Tak”? Ty wiesz, prawda? Wiesz i ani myślisz się odezwać. Jak zawsze stoisz z (...)
--- cały tekst ---
Otwieram drzwi od toalety.
W kabinie zostały tylko damskie nogi, nie całkiem zakrwawione kikuty, ubrane w jasne jeansy. Reszta najwidoczniej została wessana do muszli.
Zamykam drzwi z zażenowaniem, czuję się jakbym przyłapała kogoś na uprawianiu seksu.
Trochę się brzydzę- tych kikutów.
Wychodzę na korytarz, mgliście zarysowany konturami ścian.
Mam do wyboru: schody lub windę. Nie bardzo wiem co robić. Stoję tak czas dłuższy. Rozglądam się, jak dziecko szukające matki. Bezradność dławi zdolność do samodzielnego myślenia.
Wybieram schody.
Wspinam się na górę. Powoli! Jest ciemno. Dotykam ściany, zimnej i śliskiej, żeby nie stracić równowagi. Słyszę dziwne skrzypienie, takie jakby ktoś pocierał o siebie grube, gumowe rękawice. Wiecie takie, jak te, które moja matka trzyma pod zlewem w kuchni.
Matka? Nie, nie matka, ktoś inny. Nie wiem kto.
Skrzypienie, teraz bardziej złowrogie niż irytujące dochodzi z korytarza zatopionego w półmroku.
Drugie piętro, blok operacyjny.
Wchodzę do korytarza z klatki schodowej, cicho i ostrożnie. Boję się.To taki irracjonalny strach.
Z ciekawością zaglądam do sali operacyjnej. Stoi tam dwóch ludzi (lekarzy w sensie), ubrani są w zielone fartuchy, na głowie mają różowe czepki kąpielowe, na ustach maseczki i rękawiczki na dłoniach, cienkie i prawie przeźroczyste. To nie one tak skrzypią.
Z (...)
--- cały tekst ---
