Arsis
WSZYSTKIE PRACE Poezja (326) Proza (163)
O autorze

Zmiana sposobu prezentacji

19 lipca 2026

proza

Arsis
Arsis

Historia pewnego odejścia

Wiesz, zaraz wychodzę. Zaraz idę, tam gdzie ptaki kołują na niebie. I wiatr tarmosi i wstrząsa połami koszuli. Wiatr. I ten wiatr wiejący. Ten wiatr szumiący i cichy… Wiesz, wychodzę zaraz. Już wkładam płaszcz. Choć może nie. Nie potrzeba płaszczu, albowiem wiatr. Ten wiatr ciepły. Ten wiatr wiejący znad łąk. Znad tych pól odległych. Znad tych obszarów milczących w spiekocie i znoju letniego skwaru. A więc bez płaszcza. A więc w samej tylko koszuli. Idę. Zaraz wychodzę, zatrzaskując na zawsze drzwi pustego domu. Już wyszedłem, wstrząsany echem zamknięcia. Na schodowej klatce. W tym chłodzie idącym od dołu. Z piwnicy, z pustych, opuszczonych mieszkań. Z pracowni. Z porzuconych pracowni, w których popiersia i rzeźby obojętne. W których popiersia pod przezroczystą folią. Pod zakurzoną… Twarze kamienne. Kamienne oblicza. Niedokończone…
 
Wiesz, idę wolnym krokiem. Idę powoli. Muzyka we mnie. Dziwna jakaś. Powolna muzyka czasu. Przechodząca jak wahadło. Do przodu. Do tyłu. Teraz podążam wstecz, mimo że jestem tu jeszcze. I jestem wciąż. Jesteś tu jeszcze? Ja jestem. Na zewnątrz wiatr. Wiatr tarmosi za włosy, kołnierz, mankiety koszuli. Na zewnątrz wiatr. I ten wiatr idący od przodu. Idący od tyłu. Bokiem. Cicho. I wstrzemięźliwie, bądź nagle. Porywczo. Natarczywie… To znowu milczenie roztacza się wokół. I drzewa milczą. I ptaki. Owady. I my… Byłaś tu przed chwilą. I byłaś jeszcze. (...)

--- cały tekst ---

18 stycznia 2026

proza

Arsis
Arsis

Jesteś

Dlaczego tak się na mnie patrzysz? To nie ty? Więc, kto się tak we mnie wpatruje tymi wielkimi oczami jak u sowy? Tymi wielkimi oczami wpatrzonego kota? Coś mi się znowu plącze. Wypada z rąk. Charles Bukowski chce się napić. Więc pije na umór, popalając papierosem. Dławiąc w sobie gęsty rakotwórczy, błękitnawy dym. Idzie mu uszami i nosem. Wydycha spaliny. Cuchnące wyziewy. Zdegenerowane resztki popiołu strząsa do porcelitowej popielnicy. I myśli nad kolejnym zdaniem swojego epitafium, opowiadania, powieści... Nie wiem. Zaciera mi się obraz. Trzęsą mi się dłonie. Zimno mi, to znowu gorąco. W pustym pokoju, w pustym domu niosą się liryczne słowa nie wiadomo czego i przez kogo wypowiadane. Kto tu jest? Nie wiem. Nie…

Rozglądam się po zakamarkach pokoju. Pomiędzy książkami kurz. Szary pył zapomnienia. Pajęczyny falują w milczeniu nade mną, obok… Pomiędzy nimi czarne szczeliny. Pęknięcia ścian. Wokół mnie nawarstwiają się i kruszą fragmenty tynku. Ale, zaraz. Czy on to ja? Czy może na odwrót? Może to ja sam wznoszę toast do tego zdegenerowanego odbicia w lustrze serwantki?
Nie, to chyba jednak on. Chociaż… Mam silną wolę, więc… Więc w ramach tej wolnej woli naleję sobie wielki kielich i wypiję do samego dna jak niestrudzony Wieniczka, podczas kolejowej podróży z Moskwy do Pietuszek. Charles kiwa głową z podziwem, stwierdzając moją słuszność wyboru. I ma rację… Ale zaraz. Ja to on? (...)

--- cały tekst ---

27 grudnia 2025

proza

Arsis
Arsis

Przeciwstawność

Francuska pisarka i entomolożka Anne Philipe opisuje w swojej Spirali światło i niebo. Ciszę i szelest wiatru spadający z wysoka. Na gałęzie drzew. Na liście. Na te szeleszczące liście. Na zwiędnięte. Na lśniące od deszczu. Na te zielone listki budzącej się dopiero co wiosny. Szare chmury sunące po niebie. Sine. Stalowe. Chmury dzielące się na mniejsze. Na stojące w miejscu i te, które je otaczają. Wirują wokół nich. I przesuwają się na ich tle szybko w porywach zimnego, suchego mistralu. I te nikłe przetarcia błękitu. Takie chwilowe. Ulotne przebłyski słońca.

Po „rzeźni” Wiktora Jerofiejewa w Świecie diabła i autobiograficznym Dobrym Stalinie. Po jego opisach przyziemnej egzystencji. Ciemnej i lepkiej od grzechu. Zdrady, zbrodni i strachu. Po schizofrenicznych, maniakalno depresyjnych inklinacjach Generalissimusa. Po pornograficznych ekscesach wyrostka (samego autora) zaspokajającego chuć dojrzałej, spragnionej seksu kobiety, jego niani. W brutalnym opisie przyprawiającym o mdłości jego lśniącej od soków jej szeroko rozwartej waginy dłoni. Świat Anne Philipe jest idylliczny. Niemalże ekstatyczny. Eteryczny i ulotny. Jakby motyl przysiadł na chwilę na dłoni. Jerofiejew to brutal. Literacki bandzior. Choć przyjdzie jeszcze pora na jego Akimudy i Sąd Ostateczny. On i jego kolega po fachu, Władimir Sorokin. Drugi skandalista ścigający się na brutalne niesmaczne opisy wyuzdanego seksu, choć przeplatanego (...)

--- cały tekst ---

27 grudnia 2025

proza

Arsis
Arsis

Bezruch

Widzą mnie. Przez te korytarze. Przez te imaginacje. Patrzą. Wodzą za mną wzrokiem nieruchomym. Te ich oczy. Te ich wielookie twarze… Ale czy to są w ogóle ich twarze? Wydrapuję żyletką te spojrzenia z okładek. Ze stronic starych gazet. Z pożółkłych płacht. Zapomnianych. Nie odtrącam ich. Było ich pełno zawsze i wszędzie. Nie odtrącam… Kiedyś odganiałem ręką te spojrzenia wnikliwe. Czujne. Odganiałem jak ćmy, co puszyściały w przelocie. Albo mole wzruszone jakimś powiewem nagłym z fałd ciężkich zasłon, bądź ubrań porzuconych w kącie. Z barłogu. Z legowiska. Ze sterty pokrytej kurzem. Szarym pyłem. W tym oddechu idącym od otwartych szeroko okien. Od nocy. Od księżyca… Od drzew. Od tych topól strzelistych. Szumiących. Szemrzących cicho. Od tych drzew skostniałych z zimna. Od chmur płynących. Od tych chmur w otchłani z jasnymi snopami deszczu...

Siedzę przy stole. Na krześle. Siedzę przy stole oparty łokciami o blat. Oparłszy się na złożonych dłoniach brodą. Zamieram i śnię. I znowu śnię na jawie. Wokół mnie płomienie świec. Drżące. Migoczące. Rozedrgane cienie na suficie i ścianach. Na podłodze błyszczące plamy. Na klepce. Czepiają się sęków. Czepiają się te widma. Te zjawy z nieokreślonych ustroni i prześwitów z ciemnej linii dalekiego lasu. Na stole płonące świece. Na parapetach. Na szafie. Na podłodze. Świece wszędzie. Płonące gwiazdy na niebie. Wszechświat wokół (...)

--- cały tekst ---

17 listopada 2025

proza

Arsis
Arsis

Schizophrenic art

Zobacz, spójrz… Oto moje usta. Moje dłonie. Zimno mi. Zimno mi w tej wilgoci. W tej dżdżystej aurze jesieni. Dotknij, a poczujesz. I jak? Mówiłem. Zimne to wszystko, prawda? Tak zimne jak bryłki lodu. I te palce zimne, jak palce mojej nieżywej już matki. Tutaj jest wiatr. I szum schodzący z nagich gałęzi drzew. Idący w liście, co u stóp mych się kręcą. W korzenie. Czuję w wilgotnych włosach twoją dłoń. Twoje palce przechodzące na wskroś. I znowu od początku…

Idę przez te obszary ciszy nagle zbudzonej. Przez ten cichy ciąg zdarzeń. Przez te długie bardzo strumienie czasu. Idę długo tymi korytarzami. Idę w daleki ląd zapomnianych twarzy. Które na końcu. Które tam bardzo… Na końcu...

Ty wiesz. I ja wiem. Wiemy wszystko. Wiesz, prawda? Wiesz wszystko, co chcielibyśmy sobie powiedzieć. Ale nie powiemy już nigdy, chyba że we śnie.

Tutaj, gdzieś. Pomiędzy drzewami. We śnie. Szliśmy. Idziemy. I będziemy szli. I jeszcze…

Kolejny krok. Kolejny…

Zderzam się ze ścianą w pokoju ciemnym i pustym. Odwracam się. I widzę. Patrzę. Szukam… Ze ścian wyciągają się ręce. Czyjeś ramiona. Te ręce zimne. Te dłonie. Te palce… Jakby twoje, które wciąż mnie przywołują gestami.

Zapalam świece. Gwiazdy płoną na niebie. Pomiędzy chmurami, w których jaśnieją snopy odchodzącego deszczu. Tutaj i tam. Odsłaniam zasłony. Szeroko. Firanki na (...)

--- cały tekst ---

3 listopada 2025

proza

Arsis
Arsis

Mnie proszę nie liczyć

Mnie proszę nie liczyć. Policzcie sobie nawet psa, kota czy świnkę morską. Ale beze mnie… Że co? Że co się ma wydarzyć? Nie. Nie wydarzy się nic ciekawego tak jak i nie wydarzy się nic na płaskiej i ciągłej linii kardiomonitora podłączonego do sztywnego już nieboszczyka.

I po co ten udawany szloch? Przecież to tylko kawał zimnego mięsa. Za życia kpiarsko-knajpiane docinki, głupoty, a teraz, co? Było minęło. Jedynie, co należy zrobić, to wyłączyć ten nieustanny piskliwy w uszach szum. Ten szum wtłaczanego przez respirator powietrza. Po co płacić wysoki rachunek za prąd? Wyłączyć i już. A jak wyłączyć? Po prostu… Jednym strzałem w skroń.

Dymiący jeszcze rewolwer potoczy się w kąt, gdzieś pod szafę czy regał z książkami. I tyle. Więcej nic… Zabójstwo? Jakie tam zabójstwo. Raczej samobójstwo. Nieistotne z punktu widzenia rozradowanych gówniano-parcianą zabawą mas. Szukać nikt nie będzie. W TV pokazują najnowszy seans telewizji intymnej, najnowszy pokaz mody. Na wybiegu maszerują wieszaki, szczudła i stojaki do kroplówki… Nienaganną aż do wyrzygania rodzinkę upakowaną w najnowszym modelu Infiniti, aby tylko się pokazać: patrzcie na nas! Czy w innym zmotoryzowanym kuble na śmieci. Jadą, diabli wiedzą, gdzie. Może mąż do kochanki a żona do kochanka... I te ich uśmieszki fałszywe, że niby nic. I wszystko jak należy. Jak w podręczniku dla zdewociałych kucht. I (...)

--- cały tekst ---

5 lipca 2025

proza

Arsis
Arsis

W powietrzu pełnym światła, w pyle dmuchawców

Słychać dziecięcy pisk, owadzi. Kręcą się wokół. Dziecięce owady brzęczą, bzyczą. Furkoczą maleńkimi skrzydełkami. Owady. Pełno ich. Wszędzie. Między szarą ścianą kamienicy a rozrosłym w swojej potędze drzewem. Między blokiem wielkiego gmachu a ogrodzeniem z kutego żelaza. W ogromnej bramie nikną w półcieniach prześwity. I dalej jeszcze. I dalej… W prostokątach czarnych, okiennych oczodołów i drzwi. W mozaice wejść i wyjść. W rozbłysłych od słońca jarzeniach. W migocie szyb. W stukocie ostatnich kropel po niedawnej ulewie, o blachy, o parapety, o dłonie… Wśród mieniących się kryształów, rozgrzanych… W bulgotaniu rynien…

Za chwilę usłyszę. I słyszę jak nadlatuje Concorde. Przechodzi w grzmot świszczący na ostrzach trójkątnych skrzydeł. Pełen wdzięku Concorde. Majestatyczny, błyszczący Concorde… Biały jak śnieg Concorde… Dzieci-owady wodzą za tym spotworniałym hukiem wzrokiem, przeginając wyżej swoje smukłe szyje jak antylopy za skotłowanym wrzaskiem wodospadu. Naśladują stalowego ptaka lśniącego w słońcu, rozkładając szeroko ramiona. I wysuwając do przodu twarze z wielkimi oczami ważek, prą naprzód. Biegną coraz szybciej. Celują prosto w pomarańczową tarczę zachodzącego słońca śladem topniejącej nawały. Jej miejsce zajmują stopniowo zgrzyty tramwajów w kanonadzie klaksonów i wyciu strażackich syren. Zawadiacka procesja mechanicznych rumaków szoruje po (...)

--- cały tekst ---

28 czerwca 2025

proza

Arsis
Arsis

Katabasis II

Nie jestem tym, czym się wydaje. Wstałem i idę. Po podłodze lśniącej. Po dębowej klepce. Stąpam po srebrnych plamach księżyca. Po czymś, co jest tu, gdzie nie trzeba.

Szła tędy. W poplamionej sukience. Szukała czegoś. Macała rękami. Wypadały jej ze sztywnych palców przedmioty. Była świadkiem. Ja jestem świadkiem. Byliśmy… I kiedyś…A teraz była tu znowu, tylko po co? Miała na piersiach kwieciste wzory. Na sukience. W półmroku szare. Bezbarwne. Płytkie. Szła powoli księżycowym kanionem o ścianach ze lśniącego alabastru. Coś upadło na podłogę. Teraz. Albo wtedy. Echo niosło się. Niesie się chwilę. Niesie. Niknie...

Za oknem. Za oknami. Za kurtynami powietrza. Wody oceanu są takie jaskrawe. Szklana powłoka, nieruchoma płaszczyzna czasu. Idziemy wśród napastliwych ścian pełnych zimna. Trwogi. Tymczasem czyjeś ramiona. Czyjeś ręce. I te kroki w brzęku szkła, srebra. Trzęsącej się porcelany. Chrzęszczące stąpania. Śledzą nas czyjeś drwiące szepty. Dalekie nawoływania.

Na matowym blacie kontury słojów. Na stole. Na popękanym fornirze odciśnięte w kurzu dłonie. Ktoś coś pisał po nim palcem. Niewyraźnie. Zmięta kartka. Długopis z wypisanym wkładem. Ołówek ze stępionym grafitem. Gumka do ścierania. Zardzewiały cyrkiel. Drewniana ekierka… Nikłe odblaski mienią się na krawędziach szyb. Na serwantce. Na szklanych półkach z kompletem filiżanek do kawy, na (...)

--- cały tekst ---

15 czerwca 2025

proza

Arsis
Arsis

Przystań utracona

1

Kwiaty mówią i szepczą o tobie. Kiedy o wieczorze, o zmierzchu tak rzeczywistym jak ten cień drzewa, co przerasta mnie w tym słońcu, w liliowej poświacie nadciągającej powoli nocy. A więc stałem w tym blasku idącym od okna. W tej poświacie . W tej tajemnicy czasu. W tej rozmytej substancji czasu. Albowiem to światło. To światło… Albowiem w nim nie ma żadnej rzeczywistej granicy między tym i tamtym. Między dokonanym a niedokonanym. Między przeszłością a przyszłością, nie wyłączając teraźniejszości. Między dniem a nocą. Między pamięcią a zapomnieniem… Przede mną, wokół mnie parada wspomnień. Potem przychodzą następne a poprzednie wchodzą przezroczystym wymiarem w niewidzialność… Ale tylko na chwilę, bądź na chwilę…
Wiesz, byłem tutaj i tam. Byłem znowu. I jestem. Powracam wciąż w to samo miejsce. Niezmienione przez te wszystkie lata. Trwające wiecznie. Wiesz, otwierają się przede mną obrotowe drzwi z powietrza, kiedy idę łąką czerwoną, szerokim polem usłanym żółtą wegetacją, piaszczystą ścieżką w tej gorącej godzinie lata, w tej dusznej godzinie. W chmurze pyłu mijającego mnie piaskowego diabła…
I kiedy wiatr. I ten wiatr. I białe żagle obłoków na niebie. I cienie sunące wolno w dal. Mijam cudowne w zbożu rozkłoszenie słońca, co prześwituje niteczkami ostrymi jak igła, strzeliste topole. Trzeszczące cicho, rozchwiane… I znowu wiatr wokół skroni, (...)

--- cały tekst ---

3 czerwca 2025

proza

Arsis
Arsis

Idąc

1

Powiedz mi. Mów! Jest tutaj. Przesuwa się po brzegach książek cień czyjejś dłoni. Twojej? Mojej? Po starym regale. W słońcu. W tym pokoju zimnym. W tej pustyni pełnej ziarenek kurzu, co płyną, co wirują i mżą na skraju miliardami bladych iskier. I w tej jaskrawej smudze idącej od otwartego na oścież okna. Spomiędzy drzew. W szeleszczących klaskaniach liści dębów, kasztanów.. W smukłej topoli, co się wywija strzałą ku niebu. I w tej szumiącej ciszą otchłani…
Odwracam się, by spojrzeć za siebie. Kto tu idzie i stąpa po stopniach schodowej klatki? Kto ma przyjść, nie przychodząc wcale? A jednak idzie duch jakiś obojętny ze złotymi brwiami. Rozpalonymi w słońcu. Nagrzanymi. W tej smudze, w tym snopie pałającym w kaskadzie kobaltowego nieba. Ono płonie jak i płoną moje skronie od tej gorączki oczekiwania i pulsu bijącym szybko i mocno. Kto ma przyjść? Ktoś, kto majaczy o życiu. Kto tu idzie? Nie widzę. Nie dowidzę, ponieważ zamiast twarzy widzę plamę jaskrawą i bystrą. Gorejącą świetlistą kulę, jakby aureolę. I zamiast oczami omiata wszystko intensywnym blaskiem, aż do oślepienia! Idzie ktoś… Nie. Nikt nie idzie. Płynie. Unosi się, nie dotykając stopami ziemi. To tylko przywidzenie. Omam. Senna na jawie imaginacja.
Niosą się stukoty i nikłe skrzypienia niedomkniętej w ogrodzie furtki. Od wiatru. W tym przeciągu nagłym, w którym toną jakieś nawoływania. Ptaków (...)

--- cały tekst ---

21 kwietnia 2025

proza

Arsis
Arsis

Zejście II

Męczą mnie poszczególne edycje twarzy. Z boku. Z boku. En face… Pożółkłe plakaty. Światło wiszącej lampy. Żyrandol roztacza mdławą poświatę. Białawą poświatę jarzeniówek. Klosze. Klosze. Abażury… Ja, tutaj. Ja, tam… A ty? Mnogość pomieszczeń. Pokoi. Labirynty. Schody. Korytarze pełne drewnianych skrzyń, tekturowych pudel… Mijam je. One mijają mnie. Porozrzucane przedmioty. Stosy gazet, papierów. Jakieś rulony. Zwoje nie wiadomo czego. Na ścianach portrety ojca, matki. Mojej matki? Mojego ojca? Portrety królów… Fotosy, zdjęcia. Reklamowe szyldy. Afisze wielkich bohaterów... Podążam spiralą w dół. W górę? Schody. Stopnie. Szczeble. Poręcze… Olśniony nocą. Rześki nocą. Zatopiony w stukotach i trzaskach. W chrzęstach miażdżonego stopami szkła. W chrzęstach szarego gruzu...Coś niosę w dłoni. Mnę jakąś kopertę, pożółkłą kopertę niewysłanego listu. Cień się kolebie po ścianie. Po suficie. Po klepce podłogi…

*

Widziałam go po raz ostatni w 1949 roku. Patrzyłam przez okno swojego pokoju. Szedł zaśnieżoną ścieżką. Brzeziną. Opodal sanatorium. Szedł powoli. Wysoki i szeroki w ramionach. Taki, jakim go widziałam wtedy, wieczorem, kiedy szliśmy ścieżką między brzozami… Teraz szedł w poprzecieranym palcie. Takim szarym. Zniszczonym. Takim samym jak wtedy. Widzę go. Patrze na niego. W oddali. I widzę jak zwalnia kroku, trzymając się za swoje chore serce. (...)

--- cały tekst ---

Kontakt z redakcją



Zgłoś nadużycie


Opcja dostępna tylko dla użytkowników zalogowanych. Zarejestruj się