Zmiana sposobu prezentacji
Chyba jednak nie jestem ciekawym nie-człowiekiem, albo jakąkolwiek inną przeklętą istotą. A o sobie tym bardziej opowiadać nie umiem. Obiekt SJ ma 33 lata, ale przecież czas to tylko ludzka jednostka wymyślona na potrzeby społeczeństwa, boli mnie to strasznie, że tak mocno nienawidząc społeczeństwa i nawet nie chcąc i nie musząc w nim funkcjonować i tak trzeba podporządkowywać się niektórym jego normom i wymogom, jeśli chce się mieć jakąkolwiek świadomość własnego istnienia. Ja jestem nieciekawym, podłym, przesiąkniętym wstrętem do każdej pojedynczej jednostki, cynicznym, zimnym i traktującym ludzi przedmiotowo osobnikiem, który, jeśli chwilowo nie jest zajęty odbywaniem kolejnej kilkumiesięcznej odsiadki za drobne, niskie, żałosne rzeczy, których nie ma, nie było, nie pamięta albo brzydzi się wymówić albo, to gorszy wariant, przymusowym pobytem na odwyku zamiast dłuższej odsiadki, dorabia sobie na życie, albo raczej - na kryształy, herę, koks, spirytus i brendale tutaj, w Norwegii albo gdziekolwiek zostanie przyjęty poprzez jakiekolwiek czynności zbieżne z jego doświadczeniem, takie, jak robota w prosektorium, prostytucja (do której się przyznaję otwarcie) czy tatuowanie. Mam WZW B, na HIV wciąż czekam. Jak mam chwilę, a nie wciągam w nos mefedronu, całego świata, kosmosu i całej tablicy mendelejewa, to zdarza mi się pisać. Piszę o obrzydliwych rzeczach, o których nikt nie chce słuchać, o poniżaniu, (...)
--- full text ---
Widzisz, w mojej rodzinie każdy poświęcił się w mniejszym, lub większym stopniu muzyce, a każdy muzyk bierze, bierze z zasady, ponieważ bez brania jest zbyt mdły i mało ciekawy. Każdy, kto był bliżej związany z moją rodziną, również był muzykiem. Zaś jego dzieło, o ile w ogóle jakieś stworzył, również musiało być prawdziwe, przez co starczyło mu to ledwie na dalsze bycie muzykiem, bądź też wcale nie przynosiło zysku. Liczyli działki, nie utwory. Jednak muzycy z mojej rodziny, potrafili, w przeciwieństwie do reszty tworzyć prawdziwie dobrą muzykę, która ich wpierw zniszczyła, a następnie zabiła. Miałem siedem lat, kiedy moją matkę utopił muzyk. Nie wiem, dlaczego ją zabił, lecz jego zabił mój ojciec. Podarował mu pięćdziesiąt siedem pchnięć długim nożem w brzuch, choć to oczywiste, że pięć by wystarczyło. Miałem brata, Svena i był on ode mnie o siedem lat młodszy. Kiedy miał dwanaście lat, postanowił przekonać innych, a przede wszystkim siebie, że był ode mnie młodszy wyłącznie o cztery lata. W przeciwnym razie, mimo jego absurdalnie nadzwyczajnych umiejętności gry na basie, nie dostałby się do zespołu, a w konsekwencji nie zostałby muzykiem. Mój ojciec nie chciał iść do więzienia, więc przeczytał kilkanaście książek o schizofrenii oraz wytatuował sobie pentagram na przedramieniu, aby dzięki sile perswazji zniknąć na pięć lat w szpitalu psychiatrycznym. Przez ten czas pieczę nade (...)
--- full text ---
zróbmy krok ku krawędzi, by uwierzyć w absurd naszych myśli
proszę
przyszedłem i uratowałem Cię pokaleczoną
o łkające róże
w ogrodzie przeszłości, który stał się domem,
ponieważ już tylko nadzieja wyplata mi wianki z ich posręcanych cierni,
przetrzymując w niewoli mój gasnący Tobą oddech
od życia, jak sama widzisz, dostałem tylko przebranie,
worek na kości obelczony skórą,
maskę potłuczoną, ciało blade i kości kruche, ślady po wkłuciach
co noc prześladują mnie głosy, skamlące o odkupienie demonów,
wściniętych pomiędzy zatrzaśniętą w nas obojętność
nie ogradzam się od źrenic wykończonych bezsennością,
w których bezwolnie majaczy zabłąkana w myś;lach przeszłość
a ja wolę milczeniem handlować za srebro i złoto
by bez długów pozostać
ze światem
usypiam już tylko uliczką rozkradzioną z mdłych cieni.
co włóczą się z rozpaczą w sercach i w poszukiwaniu zemsty
zas na krawędziach moich dłoni gasną papierosowe iskry
szeptem
w niedopowiedzianych słowach między urywanymi oddechami
błagam o bliskość
naszych splecionych ciasno linii papilarnych
(...)
--- full text ---
Nadaremnie poszukuję kogoś, kto ułoży świat na dłoniach zła. Zbędnie marzę o życiu, płonącym od chłodnego dotyku, niosącego kwitnące ziarno upadku.
Porzucony w zafascynowaniu ciemnością, pokornie czekający na śmierć oszukańczego słońca. Moje żyły pompują strach, zasysając czystą nienawiść oraz fajczący się w sercu gniew, ot, iskra niemocy i gwiazda bólu. Wydestylowana paranoja, wylewająca się ze ścian, z każdego pęknięcia nakłaniająca głuchymi szeptami w mojej obecności. Zacząłem cierpieć na afonię, wykrzywiając wargi w grymasie niewypowiedzianej nigdy nienawiści. Zaniedbany pocałunek o zmierzchu, oplatający moje uśpione palce wokół Twojego ciała. Patrzę na Ciebie i wiem. Niewinność znowu oddycha. Powróciłem jako roześmiana maskarada sprofanowanej duszy….
Zostałem pozbawiony złudzeń, jakie przenikały mnie do samego wnętrza, niegdyś połyskującego czernią, teraz przygaszoną przez czas. I szepcząc maluję w sobie rozpacz, hańbiąc resztki moralności grzechem. Topię szał w strzykawce, kiedy niebo przybiera żałobne szaty, odbywając swoją pokutę. Nieustające szepty w mojej głowie przyprawiają mnie o furię, chciałbym obrócić je przeciwko Twojej marnej konstrukcji. Śmierć zagląda mi do źrenic, wypalając w nich piękno destrukcji i krzywdy. Dlaczego nikt nie jest tego świadomy?
Powity w cieniu przebrzmiałych idei, w miejscu, gdzie potężny, zniszczony dąb, (...)
--- full text ---
przecież wiesz, jak to jest,
pochłaniać ostatnie tchnienie nocy
przez byt rozszerzone źrenice
i w łajdackim układzie ze światem
wciąż być tylko zatrzaśniętym
w obcej dłoni
nie rozłączać się i nie łamać
nikim na nierówne
połówki,
odgarniając wątłe sny
od listów, wypisanych z obietnic
cieniem się pokładać na brzegu łóżka,
a nie być...
...c i e m n o ś c i ą
A najgorsze jest to, że gdy straciłem sens życia, to nic się nie zmieniło..
Ave, jestem błędem uwikłanym w rzeczywistość. Nie pasuję do obrazka, który jest tworzony przez Was, wspólnie oraz przez nich, również razem. Kobieto, przepraszam, że nie jestem takim, jakim mnie widziałaś. Cień samego siebie, zlepek złudnych nadziei, karmiony słowami garstką bezsensownych słów… Owszem, to ja. A Ty chciałaś dostrzegać we mnie coś ponadto.
Tak bardzo pragnę zniknąć. Próbuję uciekać z każdą myślą, która rzuca mną o ściany. Próbuję uciekać z każdym oddechem, który w pustych ścianach mojego umysłu brzmi, niczym tornado. Chcę utonąć w nicości. Już, zaraz, natychmiast! Nie mam nawet siły, aby płakać. Straciłem wszystko, co mogłem zyskać. Zupełnie tak, jakby wszystko, co dobre we mnie umarło, odeszło wraz z Tobą. Zastanawiam się… Czy można wlać w siebie całe morze obojętności i uwiesić zamiast serca tysiąctonowy kamień rozpaczy w klatce piersiowej? Czy można bez wahania władować sobie złoty strzał? Czy można pozbawić się serca? Tak, teraz już wiem, że można, ponieważ teraz wiem, że utraciłem coś mi najbliższego.
Ciebie…
Mam prośbę, zaśnij na mojej dłoni.
Spokojnie.
Niczym motyl.
Zupełnie, jak wtedy, pamiętasz,
Kiedy mogłem Cię chwycić w ramiona i
Dać się prowadzić z opaską na oczach,
--- full text ---
nie mam wolnej ręki,
którą mógłbym podnieść leżących,
ponieważ sam zbyt mocno
trzymam siebie
przy życiu
papieros tli się,
włożony między wargi,
to ta chwila, aby spalić moralność,
aby nie dać się poluzować węzom
między atomami
(chemia między nami, istnieje? istniejesz? istniejemy?)
dym
wszyscy się nim zaciągamy
narkotyczny chrzest,
aby zatrzymać strumień myśli,
zanim zamieni się w wodospad
(i porwie, mnie? z Tobą? do Ciebie?)
tnę siebie do krwi,
(...)
--- full text ---
po wykrzyczanych słowach pozostaje miejsce wyłącznie na nienawistną ciszę
Chciałem sobie tej nocy pozwolić na nieco bardziej rozkoszny niebyt, pośród mdłych świateł, rzucanych przez latarnie miasta, które nigdy nie jest ospałe. Przecież nawet nie musiałbym rozmieniać banknotów na drobne. Narkotyki to jedyna próżność, za jaką ostatnimi czasy płacę. Odkąd nie pamiętam pociągów, z coraz większą niechęcią wsiadam do samochodu, a z już z obrzydzeniem przemieszczam się autobusem. Takie nieskończone snucie się pomiędzy przytulnym mieszkaniem, a obskurnym dworcem, gdzie los czyni ze mnie czarną marność wszelkich dziur, które w ogóle nie kwapią się, aby jakkolwiek zwrócić pochłonięty nadmiar materii. Wchodzę do zrujnowanego kibla na opuszczonym dworcu i uderza we mnie odór walających się tu ćpunów. Jest tak intensywny, że nie mogę przestać kaszleć. Przymykam więc zmęczone powieki i zapuszczam się w ten narkotyczny koszmar. Osuwam się pod oblepioną brudem ścianą i łapię pogardliwe spojrzenia innych ćpunów, których niegdyś być może znałem. To nieważne. Zniosę wszystko, byle tylko nie robić tego przy Tobie. Spojrzenia, jakie wtedy mi posyłasz są zbyt wyraziste, abym je zignorował. Patrzysz na mnie wtedy z takim smutkiem, wręcz rozpaczą, ponieważ wiesz, że to śmierć w ratach, że to bilet w jedną stronę. Raz, drugi, trzeci… A później już zawsze. Kobieto, przecież widziałaś, jak się starałem, aby to porzucić. Jednak to była codzienna walka, zmaganie się z samym (...)
--- full text ---
Gdyby wiedział, że świat, który mi kredką rysujesz, rozmyje się przy pierwszym deszczu słonych kropel, to nie oprawiałbym go w ramki i nie wieszał na ścianie mojego życia.
Gdybym wiedział, że dzień, który wstaje powoli, nie jest już dniem naszym, to nie wstawałbym nigdy, o noc wieczną błagając.
Gdybym wiedział, że miłością moją sprawiam Ci rozpacz pośród rozkoszy, to kochałbym Cię ani minuty.
Gdybym wiedział cokolwiek więcej,
to mógłbym nazwać się mędrcem wśród głupców.
Teraz już wiem i rozważam,
czy głupiec tkwi we mnie czy ja w głupcuu.
