Zmiana sposobu prezentacji
Dla uniknięcia nieporozumienia do tytułu tego tekstu dodaję słowo film, żeby nikt nie pomyślał, że piszę o polityce. Przypomnę tylko, że zimna wojna, to okres w historii świata, trwający kilkadziesiąt lat. Nie użyto w tym czasie całego arsenału współczesnej wojny, co groziło zagładą naszej cywilizacji, i stąd zimna, a nie gorąca wojna. W tym okresie w państwach obozu komunistycznego prześladowania polityczne były powszechne, ale ofiary, to nie tylko ci, którzy podlegali tym represjom.
Film „Zimna wojna” jest naprawdę znakomitym dziełem. Do tego stopnia tak uważam, że stracę cały szacunek do Amerykańskiej Akademii Filmowej, która przyznaje „Oscary”, jeśli dzieło to nie dostanie nagrody za film nie-anglojęzyczny, albo Paweł Pawlikowski za reżyserię. A w pełni będę usatysfakcjonowany, kiedy obydwie te statuetki powędrują do Polski. Piszę to nie z tego powodu, że jestem zaślepiony patriotyzmem, ale dlatego, że jest to zupełnie znakomity film i zupełnie po mistrzowsku wyreżyserowany.
Treścią filmu jest całkiem banalna historia miłosna. Takie zdanie może zniechęcić do obejrzenia filmu każdego konesera. Błagam, nie róbcie tego, bo obraz ten może zachwycić każdego – i tych, dla których film jest wyłącznie rozrywką, jak i smakoszy kina artystycznego. Tak, jak w filmie „Ida” tego samego reżysera, za który dostał Oscara, tak i tym razem losy bohaterów wplecione są w tamtą (...)
--- full text ---
Skończyłem właśnie zwykłą porcję ćwiczeń w basenie i zacząłem pływanie swoim osobistym kraulem. Osobistym dlatego, że ekspertom od pływania pewnie trudno byłoby rozpoznać w moim sposobie poruszania się na wodzie ten znany olimpijski styl, ale ja pływam, jak umiem i jak mogę, bo najważniejsze jest to, że w ogóle się poruszam. W tym momencie zauważyłem starszego pana, trzęsącego się przy ścianie basenu. To mój znajomy prawie stulatek z basenu, który też mnie rozpoznał i pomachał ręką. Chciałem mu grzecznie odmachać i podniosłem rękę. W tej samej chwili zacząłem opadać na dno i zakrztusiłem się wodą. Być może, że w normalnych warunkach byłbym się utopił, ale młodziutka i śliczna ratowniczka już uniosła się ze swojego podwyższonego siedzenia i obserwowała mnie uważnie, gotowa do ratowania mojego mizernego życia. Wstyd mi się zrobiło, machnąłem więc energiczniej rękoma i opuściłem nogi na dno basenu. Zakasłałem kilka razy, chcąc wyksztusić z przełyku niezbyt smaczną basenową wodę i podszedłem do starszego pana.
– Czyżby pan dostał czkawki, że widzi mnie pan jeszcze żywego? – przywitał mnie z uśmiechem.
– Ależ, proszę pana, nigdy nie podejrzewałbym pana o taką niegodziwość, że zechciałby pan pozbawić mnie przyjemności jeszcze jednej rozmowy – odpowiedziałem również z uśmiechem i dodałem: – Pozostało mi jeszcze pół godziny do skończenia mojego programu. (...)
--- full text ---
Czy można pisać o amerykańskiej książce po polsku? Widocznie można, bo właśnie to robię. Chcę zwrócić Państwa uwagę na małą książeczkę, której nie ma jeszcze po polsku, a kiedy zostanie wydana w Polsce, to ja już pewnie zapomnę o niej.
Książka, a raczej książeczka, o której piszę, to: „Astrophysics for People in a Hurry”, czyli „Astrofizyka dla ludzi, którzy się spieszą”. Jak sam tytuł dowcipnie wskazuje, jest to popularny wykład, dla tych, którzy nie mają czasu, ochoty, ani talentu, żeby zagłębiać się w teoretyczne rozważania o współczesnej fizyce i astrofizyce, a jednocześnie powinni wiedzieć, jakie znaczenie dla naszej cywilizacji mają te dyscypliny nauki i miliony dolarów wydawane na badania. Nie dość na tym, bo autor wprowadza nas w niewyobrażalnie wielki świat kosmosu i jednocześnie w niewyobrażalnie mały świat cząsteczek atomu i wyjaśnia, jak te światy są powiązane. A my?... My jesteśmy częścią tego świata i zbudowani z tych samych cząstek, co najodleglejsze galaktyki. A nasz świat?... Nasz świat jest maleńką odrobinką tego świata, który być może nie ma początku, ani końca. Wydaje mi się, że bez świadomości, kim jesteśmy w świecie, trudniej jest zrozumieć, a może tylko odczuć rzeczywistość, która nas otacza.
Chciałbym tu podkreślić z całą stanowczością, że nie jest to książka antyreligijna i po przeczytaniu żadna wiara nie zostanie (...)
--- full text ---
Bajka przeznaczona jest dla osób zjanących realia amerykańskie.
Dziadek podszedł do fotela i usiadł na nim ciężko, a właściwie opadł na siedzenie. A to dlatego, że dolna część tułowia dziadka była, jak zwykle w tym wieku, dużo cięższa, niż powinna, a nogi były słabsze, niż mają zazwyczaj młodsi mężczyźni. Więc dziadek opadł na fotel i zamyślił się głęboko nad losami świata tego. Nie zdążył się zamyślić zbyt głęboko, bo do pokoju wbiegła w radosnych podskokach jego ukochana wnusia.
– Dziadku, dziadku! -– wykrzyknęła i przywróciła starszemu panu świadomość, czyli zdawanie sobie sprawy z tego, że życie jest, jakie jest. – Obiecałeś mi dokończyć bajkę o Kopciuszku. Obiecałeś, obiecałeś! – podskakiwała z nieudawaną złością w rytm swoich okrzyków.
– No dobrze, wnuczusiu kochana. Już dobrze. Przestań się denerwować – powiedział dziadek i pomyślał, że może później to dziecko da mu wreszcie chwilę spokoju. – A na czym skończyliśmy? – spytał jeszcze, bo już nie miał takiej pamięci, jak dawniej.
– Na tym, jak niedobra córka złej macochy szukała cudownego lustra.
– I wyobraź sobie, – zaczął dziadek swoją opowieść – że znalazła je wreszcie w pokoju na piętrze.
– No i co? No i co? – wykrzyknęło zaintrygowane opowieścią dziecko.
– Ano, stanęła przed cudownym lustrem i wypowiedziała zaklęcie, które (...)
--- full text ---
Jak prawie każdego dnia pływałem sobie w basenie tam i z powrotem, ćwicząc swoje zmaltretowane wiekiem i niezbyt świątobliwym życiem ciało. Płynąc już ostatnią rundę zauważyłem w płytszej części basenu, trzymającego się ściany starszego mężczyznę. Jego ciało drgało, jakby bardzo oziębione. Miał już chyba co najmniej dziewięćdziesiąt lat. Tak zupełnie normalnie zrobiło mi się go szkoda. Podpłynąłem bliżej i zagaiłem: – Widzę, że trochę zimno panu. Woda dzisiaj jest rzeczywiści nie najcieplejsza. Wie pan, ja mam na to sposób.
– Tak?.. – wyczułem w jego głosie zachętę do mówienia dalej.
– Przed wejściem na basen biorę gorący prysznic. Zanim dojdę z szatni do basenu, woda paruje i ochładza mi ciało. Wchodząc do wody nie odczuwam już tak różnicy między temperaturą powietrza i wody. To nie moja wyobraźnia, to fizyka proszę pana.
Starszy pan popatrzył na mnie uważnie i po chwili spytał: – Czy pan wszystkich starszych ludzi uważa za głupców z lasującym się mózgiem?
Reakcja dość ostra. Zdaje się, że będę musiał się zwijać – pomyślałem sobie i postanowiłem odpowiedzieć w tym samym tonie: – Ależ, proszę pana, nie wszystkich, jednak na pewno przytłaczającą większość.
– Zapewne nie zdaje pan sobie sprawy, jak blisko jest pan prawdy – odpowiedział z sarkastycznym uśmiechem.
– Oho! Nie doceniłem dziadka – pomyślałem, a głośno (...)
--- full text ---
Stanisław Kwiatkowski
Mam dwie wspaniałe wnuczki, ale przyznam się, że nie umiem nawiązać z nimi kontaktu. Chodzi mi o kontakt bliski, serdeczny, żeby mnie uwielbiały tak, jak uwielbiają babcię. Kiedy tylko zaczynam jakąś z nimi rozmowę, córka, psycholog z tytułami, patrzy na mnie z dezaprobatą i mówi po polsku, żeby dzieci nie rozumiały: – Tato, one są za małe na takie rozmowy.
Milknę z niezbyt mądrym uśmiechem na twarzy. Jestem w pełni świadomy, że ona wie lepiej. Zawsze w takich chwilach sięgam pamięcią do mojego dzieciństwa i zastanawiam się, ile ja rozumiałem i wiedziałem o święcie, mając sześć lat, tyle, ile moja młodsza wnuczka. Szczególnie dobrze zapamiętałem z tamtych czasów jedno wydarzenie. Mógłbym je odtworzyć w drobnych szczegółach. Ono siedzi we mnie głęboko, a czasami powoduje uczucie, jakby ktoś silnie uciskał moje piersi.
Julek był w moim wieku. Chodziliśmy do jednego przedszkola i byliśmy w tej samej grupie. Chodziliśmy razem – należy to rozumieć dosłownie. On mieszkał o kilka bloków dalej od przedszkola i po drodze wstępował po mnie i dalej już szliśmy razem.
Kiedy pisałem o swoim dzieciństwie wcześniej, wielu czytelników zarzucało mi fantazjowanie, że to niemożliwe, aby sześciolatki chodziły same do przedszkola w sporym mieście. Chociaż to nie było daleko w odczuciu dorosłych, bo tylko niecały kilometr. My tę odległość (...)
--- full text ---
Fragmenty powieści
Był w tunelu wznoszącym się łagodnie. Płynął, a właściwie unosił się w tej przestrzeni i przesuwał. Nic nie ważył, nie było go, nie istniał, tylko widział. A na końcu było światło. Nic, jasność jak w kinie, gdy zerwie się taśma. Nie światło oślepiające, niby blask słońca w bezchmurny letni dzień. Jasność była łagodna, kojąca, jak gdyby znalazł się w obłoku, oparach gęstej mgły.
Obraz się zmienił. Chociaż nie był to obraz, tylko Stefan znalazł się w innym miejscu. Patrzył teraz na biało–niebieskie, zimne kolory sali operacyjnej. Pod niewielkim kątem na dole widział stół operacyjny. Wielka bezcieniowa lampa przysłaniała nieco doktora Sadowskiego, siedzącego na taborecie po prawej stronie. Płócienny prostokącik przysłaniał mu część twarzy, a właściwie to tylko oczy były widoczne między maseczką a czepkiem. Bezkształtne plamy krwi pokrywały fartuch, ostro kontrastując z jego bielą. Ręce w gumowych rękawiczkach naciągniętych na mankiety pracowały szybko i sprawnie. Z pokrytego białym obrusem stolika po prawej stronie lekarz brał jakieś narzędzia i po kilku ruchach wyrzucał je do metalowego pojemnika po lewej stronie. Rozlegał się przy tym brzęk zupełnie taki sam jak wtedy, kiedy ojciec wrzucał narzędzia do swojej metalowej skrzynki. Widział i słyszał gdzieś tam z miejsca, gdzie powinien być sufit. Ale on był samym (...)
--- full text ---
Opowiadanie
Dyplom studiów miałem już prawie w kieszeni. Pozostało jeszcze doszlifowanie pracy magisterskiej i egzamin końcowy, który bywał już tylko formalnością. Od kilku miesięcy zastanawiałem się, co dalej... Nie uśmiechał mi się zbytnio wyjazd z nakazem pracy, gdzieś w Polskę powiatową i praca za dwa i pół tysiąca złotych. Pod koniec lat sześćdziesiątych była to suma wystarczająca na przewegetowanie jednej osobie od pierwszego do pierwszego.
Ale ja miałem inną pasję, swoją cichą miłość. Uprawiałem ją poza studiami, które miały dać mi przysłowiowy kawałek chleba z masłem i nie miały wiele wspólnego z moją prawdziwą namiętnością. Nie była to kobieta, chociaż daleka, niedostępna i tajemnicza, jak dawne gwiazdy z ekranu, które jednym wzniosłym spojrzeniem rzucały kochanków na kolana. Ja też klęczałem przed moją muzą, aż któregoś dnia przypadkiem przeczytałem w prasie notatkę na temat egzaminów wstępnych na studia podyplomowe. Spełniałem warunki z ogłoszenia, wysłałem wymagane papiery i zostałem dopuszczony do egzaminu wstępnego. Tak, właśnie w tej dziedzinie. Moja muza uśmiechnęła się do mnie. Ten uśmiech był nieznaczny, leciuteńki, mógł oznaczać wszystko – i pogardę dla głupca, który chce sięgnąć do nieba, i maleńką zachętę, kokieteryjny grymas, że zostałem ledwie zauważony. I cóż mogło być wówczas (...)
--- full text ---
Proszę się nie dziwić, jeśli tytuł tego artykułu brzmi obco. Nie ma jeszcze tego słowa w Wielkim Słowniku Języka Polskiego PWN z 2006 roku. Nie ma nawet w internetowej encyklopedii Wikipedii. Spróbuję więc opisać znaczenie tego wyrazu.
Słowo TABLOID jest zapewne Państwu znane. Chodzi o popularne gazety mniejszego rozmiaru, drukowane na kiepskim papierze, wypełnione kolorowymi zdjęciami znanych gwiazd filmu, telewizji i polityki. Pod zdjęciami kilkuzdaniowe teksty w rodzaju, że tej pani na premierze filmu pękło ramiączko i pokazało się kawałek piersi, a ten pan, ledwo się ożenił piąty raz, a już robi skoki w bok. Na innej stronie jest informacja, że znany polityk, nie wytrzymał i pokazał język reporterowi, a jeszcze na innej, że ta zanana pani to przerwała ciążę.
Są to pisma bardzo popularne, nie będę więc zajmował się ich oceną. Ale problem ten przenosi się również i na inne media. Telewizja, oszczędzająca czas na reklamy, które przynoszą pieniądze, też skraca informacje do jednozdaniowego, a najwyżej kilkuzdaniowego przekazu. Poza tym, według obowiązujących reguł, jest to przekazywane językiem na poziomie piątej klasy szkoły podstawowej. Bardzo popularne i coraz popularniejsze staje się komunikowanie przy pomocy tekstowania przez telefon komórkowy. Ile można przekazać w jednym, czy w dwóch zdaniach? Czasami wiele, ale na ogół bardzo mało. Większość z nas korzysta już z internetu, (...)
--- full text ---
