Zmiana sposobu prezentacji
PREZENT
-Lubię zimę, bo zimą się dłużej śpi
– Mała powiedziała do mamy na początku listopada, kiedy spadł pierwszy śnieg.
Mama spojrzała trochę jakby obok niej i kazała wyjąć z szafy cieplejszą piżamę.
Potem poszła odebrać telefon, bo właśnie zadzwonił.
Ale tej zimy Mała sypiała źle.
Kładła się o dziewiątej, jak zawsze, chociaż ani mama, ani tata jej nie
pilnowali. Popołudniu i wieczorem mama zamykała się w swoim pokoju. Leżała na
nieścielonym od rana łóżku, jadła czekoladki, oglądała telewizję, albo rozmawiała
przez telefon. Albo robiła to wszystko naraz.
Taty w domu nie było.
Tata wychodził bardzo wcześnie i
wracał bardzo późno. – A ja budzę się za późno i idę spać za wcześnie, żeby go
spotkać – domyśliła się Mała. Więc starała się spać jak najmniej. Nie
nastawiała budzika na wcześniej niż siódmą rano (może tata wcale by się nie
ucieszył, gdyby ją tak nagle zobaczył?), ale po prostu starała się nie spać.
Leżała w ciemnościach i słyszała lekkie trzaśnięcie drzwi, a potem obrót klucza
w zamku. Raz i dwa. Tata wychodził.
Tego rana było trochę inaczej.
Usłyszała, jak zawsze, zamykanie drzwi, a potem leżała, czekając na dzwonek
budzika. Cały czas myślała o tym, jaki to dzień. Szósty (...)
--- full text ---
Nie mogłem znaleźć mojego ojca.
Wtedy, wieczorem, nagle przestał mnie bić i wybiegł z mojego pokoju. Mama miała w ręce słuchawkę, upuściła ja i niezgrabnie próbowała podnieść. Huk (to drzwi, szarpnięte, uderzyły o ścianę), brzęczący hałas (cały aparat spadł na ziemię).
Ojciec drze się, przeklina, oskarża mamę, że mnie buntuje, że mnie urodziła, że żyje i że tu jest. Ojciec wrzeszczy, mama najpierw płacze, potem wyje (tak jak zawsze, jak zawsze) monotonnie, piskliwie, wstrętnie. Czuję – wiem – że już dalej nie mogę.
Otwieram szafę, ubrania spadają z półek, spada wieszak z harcerskim mundurkiem, którego ojciec tak zajadle nie chciał mi kupić. Zdejmuję z niego sznur i wiążę pętlę. Zrobię z niej użytek później, gdy w domu się uciszy.
A potem dalej była jesień, suche liście, których za nic nie dawało się zmieść ze schodów, bo zaraz z drzew spadały nowe. Stara Malińska z naprzeciwka stanęła na progu, bez pośpiechu naciągnęła szary sweter i poszła dać jeść kurom. Ja byłem na swoim podwórku (Misiek szarpnąl się na łańcuchu, ale nie szczeknął; zaskomlił, skulił się i wlazł do budy. Razem z wiatrem walnąłem w drzwi i już byłem w środku.
Na prawo z sieni wchodzi się do kuchni. Zawsze, kiedy wracałem ze szkoły, a ojciec z roboty, szliśmy właśnie tam. Tym razem nie wracałem ze szkoły, ale i tak chciałem (...)
--- full text ---
