3 november 2021

Mediacje

I. Świadomość jest okularem regulowanym przez podświadomość, a więc to, jaki ślad wycisnęła na nas przeszłość. Przeszłość sama z siebie do pewnego momentu, dopóki nie zaczynamy szukać prawdy o niej, nie liczy się, a następnie i tak trudno przemóc własne przyzwyczajenia. Dlatego, jeśli na poziomie intelektu mimo wszystko wiemy, iż nasze afekty w stosunku do świata są nieprawidłowe, pozostaje je tylko stłumić. Sceptyk mógłby z resztą patrzeć na świat jak na gąszcz, z którego widzieć jest nam dane tylko bardzo mały wycinek, do tego - pozbawieni umiejętności osądu, czy na ile jest on istotny i jakie miejsce zawiera w całym tym ruchomym systemie. Dlatego też łatwiej pozostać na powierzchni i przyswajać sobie wiedzę zapewniającą przetrwanie i święty spokój, pewnego rodzaju izolację, potrzebną dla eksperymentów i wybuchów w dziedzinach dla nas najistotniejszych, cóż bowiem znaczy ten świat poza jego zdolnościami do agregacji symboii, piękna i mitów.

II. Mamy czasem poczucie duchowego transferu, pomiędzy mną a wspólnotą, pomiędzy mną a drugim, gesty wydają się zrozumiałe i poruszają w nas coś niezwykle głębokiego. A jednak nie wiemy, jak druga strona to przyjmuje. Nie wiemy, co dokładnie wzbudza w niej ten ładunek, który pomiędzy nami przeskakuje. Tym chyba jest miłość - założeniem, że po drugiej stronie ktoś jest, choć nie wiemy kto. Nie wiemy prócz tego, kim jesteśmy my sami, i możemy założyć, iż nikt nie wie, kim jest - dlatego też człowiek prosty, w przyrodzonych mu przezorności i geniuszu zdrowego rozsądku - nie myśli nad tym zbyt wiele, utożsamiając się być może z czystą energią życiową, którą dysponuje, ulegając przy tym złudzeniu posiadania własnej twarzy. Twarz nie należy do nas, tak, jak nie należy do nas ciało ani psychika. Należą do nas tylko w chwilach integracji, która z resztą ma przebieg adekwatny jak wzgórza i doliny wiary Marcina Lutra. Tylko czasem jesteśmy sobą, kiedy indziej zwyczajnie nas nie ma, jest za to wulkan albo gąszcz ścierających się ze sobą sił, wiar, nadziei, dążeń i przerażeń. Wówczas "ja" pozostaje być może tą zakulisową siłą, która pamięta jednak o celu i stara się go narzucić. Ale cóż, kiedy osiągnięty cel nigdy nie sprawia satysfakcji. Celem, zdaje się, jest każdorazowe ja, widziane przez pryzmat Wieczności. Ono zaś prędko umiera i cóż właściwie znaczy? Wielka tajemnica, wielka próżnia wiedzy związana z koncepcją Zmartwychwstania, a także potencjał emocji nagromadzony wokół niej na przestrzeni wieków, jest nieodmiennie tym, na czym polega bycie ku śmierci. Skrajny lęk przeplatający się ze skrajną nadzieją, skrajną niewiedzą i skrajną wiarą.

III. Do wszystkiego, co liczy się o tyle, o ile zachowujemy wiarę, popycha nas próżnia pozostała po wielkim pijaństwie świata. Nasze starania i osiągane każdorazowo szczyty są zaledwie wołaniem próżnej ziemi, są skałami nicości pragnącej stać się czymś. Dramat polega na tym, iż ilekroć czymś się stają, wtrąca je to w piekło skończoności, z którego nie widać innej nadziei, niż znowu stać się niczym, a później znów stać się czymś - dla samej drogi, dla samego strumienia, który z racji przyrodzonej nam natury w jakiś sposób, w sposób biegunowy, nicości i bytu, zaspokaja naszą potrzebę życia, gromadzenia energii i rozładowywania jej. Statyczność jest czymś przerażającym, zaś dynamika tragicznym. Dlatego trudno o dobry wizerunek Królestwa Niebieskiego. Niekiedy dane nam jest doświadczać go na chwilę za życia, ale sam fakt, iż jest to chwila, budzi pytanie, czy cokolwiek we wszechbycie jest zdolne agregować energię chwili w ten sposób, jakby miała być bez ustanku powtarzana, w ten sposób, by nie osuwała się w swoje karykatury, w mielizny, w tanią słodycz, w niedojrzałą nadzieję - innymi słowy, nie możemy zwyczajnie pojąć, czym będzie Królestwo Niebieskie, ponieważ nasza natura nakierowana jest na dążenie, a nie na smakowanie. Jeśli chce czegoś smakować, to tylko własnych wytworów, ale to i tak nie jest możliwe zbyt długo, ponieważ płonie, albo, spala się nieustannie, by zginąć. Zaś płonąc nie jest zupełnie niczym, nie jest nawet zdolna być czymkolwiek, a tylko płonąć. Płonąc, nawet, jeśli wówczas się działa z pełną przenikliwością, i tak jest się ślepym.

IV. Wszystkie rzeczy wielkie służą wzbudzeniu w nas tęsknoty za Niemożliwym. Nie wiemy, czym ono jest, stąd nasza desperacja. Nie wiemy, co jest w umyśle, a co w naturze - choćby piękno, choćby Inny, choćby sama prawda. Ta ostatnia może być bowiem zgoła czym innym, niż pragniemy, choćby na najwznioślejszych wyżynach naszego ducha. Nie znamy własnego celu ani przeznaczenia, nie wiemy, czy ktoś albo coś czuwa nad naszym życiem, nie wiemy, czy pytania które do nas docierają mają jakikolwiek sens, czy nie są wyrazem czystego, martwego chaosu. Nie wiemy, czy nasze życie ma jakiekolwiek znaczenie. Miłość ziemska nas męczy, choć przecież najgłębiej zobowiązuje. A wszystkie dotychczasowe porażki mówią dobitnie: na dnie każdej rzeczy jest próżnia. Czym różni się zgoda na taki stan rzeczy od porzucenia myśli na jego temat? Nie wiem, lecz długo tędy wędrowałem, szukając boskich znaków, zapragnąłem w końcu nauczyć się przyjmować cierpienie mojego zniszczonego chorobą umysłu i żywić przedziwną wiarę, która niczego nie widzi, oraz przedziwną nadzieję, która niczego nie dotyczy, a jedno i drugie dlatego, że wszelkie słowa i znaczenia, prócz tych najbardziej fundamentalnych dla ludzkiej egzystencji, straciły już sens. Cóż więc? Wszystko dzieje się w moim sercu - i nigdzie poza nim. Swojego czasu wierzyłem jeszcze w jakieś namacalne przedłużenie, chciałem być artystą albo kaznodzieją, lecz na dziś dzień nie mam czego głosić, nie mam do czego namawiać. Wszystko stało się bezgruntem, przez który prowadzą mnie tylko moje behawioralne nawyki i codzienne uzależnienia. Poniżej zaś, jakbym przeczuwał studnię - studnię pode mną i studnię pod światem. Chaos rzuca mnie w najrozmaitsze możliwe strony, doznaję skrajnego przerażenia, i narzucam sobie modlitwę w tej żegludze. Zdaje się nawet, że wszystko, co nie jest modlitwą, albo wszystko, co nie zostanie nią przeniknięte - jest jakąś formą iluzji, a przynajmniej powierzchowności, naskórkowości, nieistotności.

V. Rozkuć kajdany racjonalizmu choćby dla samego siebie - i dla przechodniów, a przynajmniej tych, którzy śledzą wszystkie słabości tego cudaka, którym jestem. Trzeba do tego jakichś pokładów energii psychicznej, trzeba w pewnym sensie ćwiczyć histerię albo coś jeszcze innego, dzięki czemu nasza nadzieja ma szansę stać się silna i czysta jak u genialnego, otoczonego opieką aniołów - dziecka. Przypominają się wówczas apollińskie akordy, wstępujące wciąż o krok wyżej, aż ku krystalicznej czystości przemienionej Ziemi. Wtedy można coś zrozumieć, coś zapamiętać, zintegrować w sobie radość, taką radość, która następuje po dramacie albo tragedii, diament zrodzony ze śmierci. Jakże wówczas roztkliwia światło padające na świat - mam na myśli to zupełnie fizyczne światło, niezależnie od tego, czy widzimy je w ogrodzie, czy w lesie, czy na przedmieściach. Światło staje się czasem i muzyką, światło staje się słowem. W pewnym sensie nawet da się go dotknąć, dotykają go nasze oczy. Można położyć dłoń na oświetlonym miejscu i poczuć jego łagodny żar. Światło staje się milczeniem, w rejestrach niedosiężnych na codzień, musimy dopiero starać się o to, by móc je pochwycić. Myśleć o tym, czym światło jest w istocie, jeszcze ponad naszymi zdolnościami poznawczymi, które dostrzegają zaledwie zapowiedź jego pełni. Zdaje się, że światło było zawsze i wszędzie, w drewnianych barakach na grzęzawisku i w osiedlach pozbawionych podmiotowej egzystencji, było tam i milczało, było jak czas, jak przestrzeń, pozornie obojętne lecz głęboko emanujące.

VI. Religia jest rzeczą ranliwego ciała zamkniętego w świecie pozbawionym racji dostatecznej. Ciało jest żywotnym szaleństwem ujętym w formę, które w jakiś niedoskonały sposób wyraża swoją pamięć i tysiące tropizmów przebiegających przez światy możliwe o najrozmaitszych naturach. Ono samo przypomina owoc ze swoimi równoczesnymi procesami unicestwiania i powstawania. Głębokie szczeliny przyjmują zarówno lęk i śmierć, jak i światło o najwyższej wibracji. Obecnie na Ziemi żyje siedem miliardów ciał wywodzących się z rozmaitych gałęzi, a możemy do tego dodać czasy minione i przyszłe, wszystkie religie świata łącznie z tymi, które składały ofiary z ludzi, albo choćby ciała żyjące w paleolicie.

VII. Wiele zawdzięcza się tym, którzy głoszą, że życie jest już teraz.




Terms of use | Privacy policy | Contact

Copyright © 2010 truml.com, by using this service you accept terms of use.


contact with us






Report this item

You have to be logged in to use this feature. please register