Zmiana sposobu prezentacji
Nie sądzę, by warto poruszać tematy, które zatruwają nam codzienne życie i dzielą przyjaciół, a nieraz całe rodziny. Jednak pożądane byłoby, nie angażując się politycznie, w miarę obiektywnie przeanalizować nasze własne polaków słabości. Niestety, niemal wszyscy mamy paskudną wadę, że działamy przeciwko ludziom którzy odnieśli jakieś sukcesy. Przeważnie motywując brak własnych tym: „że byłbym lepszy od tego lub owego, ale nie miałem takiego szczęścia jak on”. „Nie mogłem tego osiągnąć bo nie miałem poparcia...” itd.
Natomiast ci wszyscy odnoszący sukcesy, bez przerwy mówią o swoich pomysłach, planach, inspirują i działają, najczęściej wbrew krytyce rodzimych malkontentów. Ci drudzy, zamiast dołączyć i podtrzymać entuzjazm tych pierwszych, najczęściej w toksyczny sposób zajmują się negatywnym interpretowaniem świata i wykazywaniem celności swoich pejoratywnych spostrzeżeń, prorokując apokaliptyczne wizje. Gdyby te osoby zamiast rozsiewać czarnowidztwo, użyły swojej energii zajmując się planowaniem własnego sukcesu lub zwycięstwa grupy do której należą, z całą pewnością mogłyby odnieść nie jedno zwycięstwo, a tak pozostają w swoim trującym jadzie, nienawidząc, zazdroszcząc i rujnując innym radość. Człowiek, który nie osiąga sukcesu z wielkim talentem potrafi atakować i siać nienawiść. Nieraz przekonałem się jak sprawnie działają ci (...)
--- full text ---
Mija ponad trzydzieści lat, gdy z rodziną stanąłem po drugiej stronie żelaznej kurtyny. Przez ten długi czas z uchodźców, emigrantów, uciekinierów politycznych lub jak kto woli ekonomicznych, przeobraziliśmy się w wygodnie żyjących obywateli wolnego świata.
Nikt nie pojmie strachu przed nowym i nieznanym, jeśli sam niestanie przed faktem, że nie rozumie języka otaczających go ludzi, że nie ma wystarczająco pieniędzy, by skryć swoją rodzinę przed złą pogodą, lub najzwyczajniej w świecie kupić chleb i odpocząć po ciężkiej podróży.
Po wielu latach siedząc wygodnie w fotelu, oglądam na ekranie telewizora ludzi zmęczonych, zdesperowanych, trzymających w ramionach największy swój skarb - płaczące, przerażone dzieci, które niczego nie rozumiejąc, jedynie łzami demonstrują swoją niechęć do nowego świata.
Byłem w takiej samej sytuacji, także trzymałem w ramionach moją dwuletnią córeczkę płaczącą z bólu, gdyż w strachu i desperacji zbyt mocno ją do siebie tuliłem. Przed oczami miałem tłum napierających na bramę obozu Traiskirchen w Austrii. Na twarzach ludzi malował się niepokój i groza. Zalewała nas niepewność - czy w ogóle będą przyjmować? Gdzie się skryjemy, gdy zacznie padać deszcz? Jak poprosimy o pomoc, nie znając języka? Tysiące pytań pozbawionych odpowiedzi.
Złowrogi szept przenoszony z ust do ust zastraszał informacją, że (...)
--- full text ---
Przy okazji świąt najmilszym akcentem jest możliwość sięgania do wspomnień. Nie ma takiej osoby, która w tym dniu nie odpłynęłaby łodzią pamięci do czasu dzieciństwa i rodzinnego domu.
Pamiętam, gdy babcia z ciocią kręciły się jak w ukropie, aby ze wszystkim zdążyć na czas. Wyraźnie widzę babciną twarz opromienioną świętym zmartwieniem wszystkich gospodyń — czy jedzenie będzie smakować? Aby nie zapomnieć, że potraw na stole ma być odpowiednia liczba.
Te wielkie świąteczne problemy trapiły babciną siwą głowę i szarpały nerwy. W ślad za babcią biegła zatroskana ciotka prosząc:
— Ależ moja droga... błagam... nie irytuj się... jestem pewna, że będzie dobrze...
Zmartwienia babci zatem należały do nieodłącznych świątecznych tradycji.
Gdy gonitwa przygotowań dobiegła końca, a wszyscy zasiedli przy stole, przychodził moment zadumy i refleksji nad czasem, przemijaniem i naszymi uczynkami. Pomagały w tym śpiewane kolędy mówiące o miłości i wybaczeniu, o zmroku i jasności, do których babcia przygrywała na wiekowej gitarze.
Działo się to w intymnej atmosferze rodzinnego domu, gdzie świeża, pachnąca choinka okręcona papierowym wielobarwnym łańcuchem, obwieszona cukierkami, jabłkami, cieszyła oczy i serca, napawała dumą.
Za oknami, puszysty śnieg, przykrywał szarzyzny i wszelkie brudy świata swym nieskazitelnym białym całunem, mówiąc nam w ten sposób o (...)
--- full text ---
Była wczesna jesień, zbyt sucha, by w lesie mogły być grzyby. Dziadka naszła jednak chęć, by wyprawić się z wnukiem na grzybobranie. Rodzice dziwili się, ale jeśli nestor rodu coś twierdzi, to nie należy nad tym dyskutować.
Wstaliśmy przed świtem.
Na dworzec autobusowy szliśmy sennymi, pustymi ulicami. Dziadek, w cudownym humorze, podśpiewywał, pogwizdywał, a także od czasu do czasu żartował:
— Mówię ci, że twoi rodzice zbaranieją, gdy zobaczą, ile nazbieramy grzybów. Do tego w słoikach i marynowane. E... ty tam z dziadkiem nie zginiesz! Dziadek ma nosa; specjalnie do takich delicji.
Przyglądałem się niecodziennemu rozbawieniu nestora rodu i podzielałem ten jego dobry humor.
Autobus dotarł do celu, a dziadek zakomenderował:
— Wysiadamy! Zdaje mi się, że to jest miejsce, gdzie rosną nasze grzybki.
Dziadek chodził po drodze, jakby czegoś szukał. Przyglądałem się temu, kiedy chwycił mnie za rękę i stwierdził:
— Tak, to tu!
— Co tu, dziadku? — zapytałem zdumiony.
— A, no... te grzybki!
— Jakie grzybki? Nie widzę żadnych grzybków.
— Bo żeby widzieć, to trzeba mieć dziadka oczy — odpowiedział z dumą.
— Dziadek wcale nie ma dobrych oczu. Przecież dziadek nosi okulary — zażartowałem.
Machnął ręką, dodając:
— Ty się nie mądrzyj. Sam zobaczysz, że marynowane grzybki w słoikach rosną na drzewach.
--- full text ---
Muzyka w tle oznajmiała, że program dobiega końca. Włączyłem mikrofon i przeczytałem:
— Dziękuję państwu za uwagę. Zapraszam za tydzień o tej samej porze, na cykl reportażowy. Noszący tytuł: „Szczęście". Ta audycja należy do was, to wy jesteście jej twórcami, a więc jak zwykle przez trzydzieści minut oczekujemy na wasze telefony i ciekawe historie, którymi zechcecie podzielić się ze słuchaczami.
Odetchnąłem z ulgą. Co prawda chętnych do rozmowy nie było zbyt wielu, jednak czasem ktoś zdobywał się na odwagę i dzwonił. Emitowane przez naszą rozgłośnię reportaże wcale nie przedstawiały życia od jasnej strony. Docieraliśmy raczej do ludzkiego dramatu niż do szczęścia. Wielu opowiadało, że spodziewali się owego uśmiechu losu, ale z niewiadomych powodów nie stał się on ich udziałem.
***
Zadzwonił telefon. Podniosłem słuchawkę. — Program radiowy „Szczęście”, słucham. — Po drugiej stronie, usłyszałem jedynie głęboki oddech. — Słucham! Proszę się nie krępować.
Ale oprócz nerwowego chrząknięcia nie uzyskałem żadnej odpowiedzi.
— No cóż, jeśli brak panu czy pani odwagi, to proszę zadzwonić później — powiedziałem trochę zniecierpliwiony. Miałem już odłożyć słuchawkę, gdy usłyszałem:
— Proszę dać mi chwilę czasu.
Nastąpiła długa pauza — czekałem cierpliwie, czas płynął... W końcu odezwał się niepewny, drżący (...)
--- full text ---
O wiele przedwcześnie dosięgła mnie strzała Amora. Figlarny nicpoń zapewne przypadkiem trafił w niewinne dziecięce serce, które z niezwykłą siłą zabiło w stronę ślicznej dziewczynki o imieniu Bernadeta. Ten cud niebiański, upstrzony wokoło słodkiej buzi tysięcznym rojem małych jak sprężynki loczków, wzbudził we mnie uczucia sięgające aż do najgłębszych możliwości kochania.
A wszystko wzięło swój początek w miejscu, gdzie dzieci bawiły się w piaskownicach i na huśtawkach. Poza parkanem placu zabaw, po drugiej stronie wąskiej uliczki, mieszkała babcia mego anioła. W czasie wakacji dziewczynka niemal codziennie przychodziła do niej razem ze starszą siostrą.
Dyskretnie przyglądałem się, gdy wchodziły do domu. Serce podchodziło mi pod gardło, czas zwalniał, zamieniając się w wieczność, aby za moment przyspieszyć, gdy zjawiały się w bramce ogródka. Niepewne obserwowały bawiące się dzieci i gdy była okazja dopadały najbliższą wolną huśtawkę.
Śledziłem je z zachwytem. Zagadkowe emocje zniewalały, paraliżowały, wzbudzały nieznany dotąd dreszcz podniecenia. Stałem się nerwowy i chętny do zwrócenia uwagi dziewczynki na moją osobę. Robiłem głupie miny, wykrzykiwałem wszystko, co mi ślina na język przyniosła, tylko w tym celu, aby od czasu do czasu jej wzrok spoczął na mnie.
Czynione wysiłki przynosiły pożądane skutki, gdyż przy (...)
--- full text ---
„Wszyscy cierpimy karę za to, czego się wyrzekamy.”
- Oskar Wilde
Weszliśmy do muzeum, we wnętrzu obszernego holu nasze dziecięce głosy automatycznie uległy wyciszeniu. Echo było tak silne, że nawet szepty wydawały się agresywne, zakłócające wzniosły nastrój muzealnych sal. Służbowy wysoki kobiecy głos przeciął świętość tej ciszy rozkazując:
- Wszystkie dzieci nakładają na buty filcowe kapcie. Proszę podejść do skrzyni, wybrać po jednej parze i nałożyć na nogi.
Teraz dopiero powstał harmider, gdy rzucono się do tych papuci tak, jakby miały być własnością na całe życie...
Siedzę w fotelu, oglądam stary polski film, marnej propagandowej komunistycznej treści, a wzrusza mnie tak, że ukradkiem przed samym sobą ocieram toczącą się po moim policzku łzę.
- Do jasnej cholery! Co się ze mną dzieje? Przecież takie filmidło to najgorszy komunistyczny gniot. Po co go oglądam?
Zawstydzony i upokorzony wyłączam telewizor, w pośpiechu nakładam kurtkę i wybiegam z domu.
Głęboko wdycham ostre jesienne powietrze. Słoneczne promienie jaskrawym światłem malują żółte, czerwone i brązowe barwy. Podmuchy wiatru podrywają suche liście, które szeleszcząc i mamrocąc spadają mi pod nogi. Jest cicho. Jak daleko sięga wzrok nie widać żadnego przechodnia, ulica jest bezludna. Czuję się (...)
--- full text ---
