Zmiana sposobu prezentacji
ekstradycją tajemnic w nieznane zawiłości
złożyłaś ciało
kształtując mój umysł
widnokrąg nocnych
wyobrażenia są świeższe niż pościel nadinterpretacji
pachnącą jeszcze oddałem naturze w posiadanie
kiedy wystąpiłaś z wezbranych wód
tak zwyczajnie jak występuje się z harcerstwa
i'll try to say a little more
love went on and on
until it reached an open door
then love itself
love itself was gone
zwerbowany przez zakwitłe sady
zapylałem
kwiaty rozkoszy gps-em podczepionym pod oczekiwania
w czasie zapachów twojej szyi wszystkie drogi stały otworem
każdym
ale przecież wiesz
nazywałaś mnie wariatem a byłem
tylko geniuszem ekstremalnej metamorfozy
nikt nie jest pewien w stu procentach nawet ty
ale może jednak warto było spróbować
tego smaku
chcesz kiedyś pojedziemy nad twoje morze
spróbować filetów z zachodów słońca
flirtów w małym domku pod lasem na wydmach rozbłysku
gwiazd w świetle księżyca
i koni nieopodal biegnących po łące pełnej tajemnic
wolno bo tak lubisz
bose ślady zostawmy na pisaku
bursztynowej plaży nigdy dosyć
nagie jeszcze
pozbieramy gwiazdy aż po same brzegi spienione falą
--- full text ---
ja taki sobie całkiem
niecałką
a może nawet
różniczką
marnypopis
podobno przynoszę szczęście
podobno
i tylko
jak głaz który z każdej strony pokazuje kamienną
twarz
jak drzazgi w oku
jak gitara elektryczna
co fascynuje
dopóki nie usłyszysz kontrabasu
bierz mnie przeglądając album
nie zwlekaj
czytaj posłuchaj
czekam
poczekaj
jeszcze chwilkę a zagram ci tak
jak nigdy żaden
inny
chodź
usiądź na moim
znaczenie
to bez większego
podobno przynosi szczęście
rośnie w miarę
potrzeb za mało liści
apetyt
a zieleń
na wierzchu zawsze czterolistna
korzenie jak zwykle
są zapuszczone
kiedy twój kwiat rozkwita
w miarę tak bardzo
pragnę cię
na gwałt potrzebna
twoja ziemia
senność
to tylko dzień który kiełkuje nocą
przeszłość
przyszłość sen wczoraj jutro dzisiaj
pomiędzy ciszą a ciszą
wielka wygrana
chodź trzeba już wracać daj mi rękę
po to tylko żebyś była
bezpieczna
śmiech
jest lepszy niż płacz
jutro asteroida przeleci nad nami
o dwunastej trzydzieści koma szczęście
tylko nie przerywaj
perspektywicznie
nadejdzie taki dzień w twojej wiośnie
moja
siła i bezkres nie bój się
jestem
co mi po koniach
kiedy ciebie nie ma
galopuję bezpański
gdy twój step w oddali
tylko tętent
kiedy gubię podkowy
oddaj mi chociaż jedną
czterolistna
rozważania literowe
zacznijmy od wieczornego spaceru
idąc aleją twoich ust
postawimy kropkę nad i
pragnę każdego centymetra
ale nie bój się
nie okradnę cie ze skóry
chcę tylko
przybliżyć koniec początkowi
w dialekt oddechu nocy
wsłuchaj się wraz ze mną
a potem spraw bym pamiętał
taka apetyczna jesteś moją muzą
widzę cię tak wyraźnie
słowem po słowie
szeptem po szepcie
nawet niebo zrobimy na szaro
wierszem
tam gdzie wiatr usiadł w kącie
ta sama a jednak inna
przesypiasz szczęście
kiedy słońce toczy się chodnikiem
na trzeciej licząc od niego
przecież my
ty i ja spójrz
z chmur lepię dla ciebie baranka
na podkasztanowej ławce
stawiam pytania pod księżycem
i idę tak
pozbawiony ścieżek
wciąż licząc na widok z pagórka
nie chcę już listów z pustego pokoju
wyjdź przytul pocałuj
tak po prostu
mów do mnie jeszcze
nadziei
mówisz świat ludzi
a ja
przecież również się starzeję
nie tylko drzewa rosną korzeniami
do dołu jest nam znacznie bliżej
a ptaki
przecież one też potrzebują skrzydeł
a gniazda
podaruj mi choć pióro
stopklatka w kadrze a karuzela wciąż
kręci sie w tym samym punkcie
w tłumie niesytych
wybrałem cię spośród zawirowań
czy ty nie widzisz że ja
widok z okien
między nocami
staram
w sadzie pełnym pokus
wyprostowany przekornie na krzyż
sztywno udaję opustoszałe drzewa
a tak naprawdę
wierzę w ptaki krzyk mew
na skrzyżowaniu bałtyku z zachodem
słońca nauką liczy ślady
pozostawione na piasku kiedy boso
w niepewną godzinę
do ciebie podążam tak pewnie
że sztorm który obiecał nowe wyzwolenie
już nie ma nam niczego za złe
spotykamy się na granicy lustra
wody w której pokątnie szukam atlantydy
zaginiony po pas
w tobie a nawet znacznie głębiej
podróżuję przez babilon
jak przywódca jednego z plemion amoryckich
patrzę po sam horyzont
widzę
jest coś takiego w twoich oczach
(...)
--- full text ---
na bezdrożach upojeń lubię rozmyślać o deszczu
ale łabędzie i tak wolałbym zamieniać w chmury
chociażby po to aby przejść w pogodę na jutro
spadam kroplami wtedy słońce lepiej wschodzi
aromatem zagubiony w zakamarkach szukam kluczy
do serc marzenia pozostawiając na potem
kiedy nocne kołysanki jedynie pętlą na szyję
edenu bez zbędnych słów przeklinam oszukaną przeszłość
w martwicy sumień nie zapuszczając korzeni
snuję refleksje nad życiem jedynie barwa zmierzchu
strach rozlewam w lampkę wina wczorajsze głazy
krusząc sztormem twojego dotyku trochę śnię
obudź mnie w sobie zanurzona ogrodem oddychaj
w twoich ciepłych objęciach zachowam na zawsze
