Zmiana sposobu prezentacji

29 october 2013

prose

Jaro
Jaro

Smykałka

 
W takie jesienne wieczory, kiedy wiatr hula w kominie jak szalony, nachodzą człowieka różne myśli. To chyba nazywa się zadumą. Lubimy wtedy z Kolą patrzeć na ogień, który przechodzi przez fajerki kuchni i rozżarza je do czerwoności. W kuchniosaunie jest zawsze gorąco, więc siedzimy na zydelkach nagusieńcy, polewając się zimną wodą z cebrzyka. No nie całkiem nagusieńcy, bo Kola siedzi w pilotce z żabiej skóry. To oczywiście jego wyjściowe nakrycie głowy, ale przydatne również w kuchniosałnie, bo skóra żaby dobrze przepuszcza opary, więc w sumie to nie ma znaczenia, że siedzi się w czapce. Wdychamy luksusowy opar  z samogonki i zioła, tak zwany „mikst”, który wesoło bulgocze w kociołku. Samo zdrowie i higieniczna przyjemność z zapachem pokrzywy, rumianku i szałwii. Organizm oczyszcza się wewnętrznie i zewnętrznie, ale nostalgia, czy jak to tam zwał, może egzystencjalne myśli, krążą coraz szybciej. Coś nieuchwytnego zaczyna wisieć w powietrzu. Nie opar z kociołka, bynajmniej, bo ten jest uchwytny. Mówię o czymś zupełnie innym. Czort wie jak to nazwać. Pomyślałem,
że zapytam Kolę, czy on też to czuje. Użyłem jego pełnego imienia, co rzadko się zdarza, ale to prawdopodobnie wynikało z tego mojego zagłębiania się w sobie. Po prostu, człowiek chce, żeby  zwrócono na niego uwagę, żeby wsłuchiwać się w jego wewnętrzny głos.
-Znów przyszła jesień (...)

--- full text ---

19 october 2013

prose

Jaro
Jaro

Róże, czyli opowieść o malujących paznokcie.

 
 
Ostatnio Kola z zapałem zakłada wnyki. Krzywię się trochę na ten pomysł, bo przypomina mi nieco zasady uboju rytualnego, ale przecież nie jestem nigdzie stowarzyszony. Do tego mamy przed zimą wysoką podaż zwierzęcego białka, więc niech tam, niech zakłada.
O! Właśnie wrócił. Oblizałem się na myśl o smakowitym zajączku (oczywiście w buraczkach) lub pieczystym z bażanta. Ślina z ust pociekła mi aż na stół, tak że musiałem szybko zasysać, żeby nie pokazać Koli, jak bardzo mi na tym zależało. Robi się wtedy taki ważny, zadziera nosa, słowem - nie pogadasz. Po zassaniu stwierdziłem, że stół w tym miejscu jest innej barwy, szybko więc przykryłem to miejsce starą gazetą i siedzę, jakby nigdy nic. I nagle… słyszę chichot. Co jest, myślę, chichrających zajęcy i to z pewnością nie ma, a bażantów tym bardziej. To wzmogło moją czujność. Czekałem więc w napięciu, bo trzeba wam wiedzieć, że nasza chatka jest bardzo obszerna. Tunel, czyli wyjście ewakuacyjne, zaczęliśmy kopać wczesną wiosną, a do tego doszły dwie komory magazynowe, oraz co prawda niezbyt duża ,ale jednak hala produkcyjna, gdzie umieściliśmy aparaturę destylacyjną i cały sprzęt grzewczy. Wszystko dobrze zamaskowane, przed złymi oczami straży leśnej i miejskiej, a także policji i innych odłamów faszystowskich bojówek, naszego pożal się Boże, państwa. No wreszcie otworzyły się drzwi do kochniosauny i co (...)

--- full text ---

22 september 2013

prose

Jaro
Jaro

Dereń

 
Siedzimy raz z Kolą w lesie. Wiesz, takie męskie wyprawy, z  zamiarem ustrzelenia tygrysa, no przynajmniej rysia. Po obejrzeniu Janka z  "Czietyrioch tankistow i sobaki",* każdemu porządnemu facetowi w kraju, takie myśli, niewątpliwie przychodzą do głowy. Łazimy tak po tym lesie i łazimy, a tu tylko jagody i grzyby, no i dereniem obrodziło co niemiara.
Kola jak zwykle miał swój 2 -litrowy bukłaczek, więc nawrzucał owoców do samogonki.
I dobrze, na wieczór będzie jak znalazł, na wzmocnienie krążenia, ma się rozumieć. Ja zaś zbieram te grzybki do koszyka, bo wygląda na to, że posiłek będzie jarski.-brrr. No peklowanego soła, czyli po naszemu słoniny, mam trochę, na wsjakij słuczaj** -  to niezupełnie będzie jarski.
Jak się tak łazi, to w końcu, pić się zachce. Podobno arabowie powiadają, że nawet wielbłąd na pustyni, też napić się musi. Siadamy i napoczynamy świeżo przyrządzoną dereniówkę. Po dużym łyku, bo małe łyki, to przecież tylko dla pionierów. Nie przegryzła się jeszcze, ale ciepło rozchodzi się przez żołądek, plecy i nogi, aż do gumowców, znaczy się stóp.
- No dobra - mówię. Kola kiwnął znacząco głową. Już taki jest- nie otwiera pyska bez potrzeby, chyba, że w pobliżu, jest coś do spożycia. Pociągnął jeszcze długi łyk i filozoficznie zmrużył oczy. Zrozumiałem, że zanosi się na dłuższy postój. Nic to, rozpalam więc ogień. Na (...)

--- full text ---

18 january 2013

prose

Jaro
Jaro

Margaret

-Nigdy nie nauczę się grać w golfa - powiedziała dyszkantem córka sklepikarza i zakryła dłonią kieliszek do wina. - Wolała whisky. Już za to można ją było polubić, a co dopiero za nieustępliwe spojrzenie błękitnych oczu, tak bardzo współgrające z kostiumem.
 
Konsekwencję można wyrażać na wiele sposobów. Jednym z nich może być elegancja. Tworzy nieprzeniknioną skorupę, która potrafi głęboko ukryć wrażliwe wnętrze. Wiedziała, że ludzie już nie myślą, tylko leniwie czują. Dla niej niezwykłość polegała na codziennej pracy, w rzuconym na  kolana, kiedyś wielkim kraju. Jakby wszędzie była panią domu, gotową na godzinę próby.
 
Najtrudniejsze były listy do rodzin poległych żołnierzy, kiedy zajęto odległe i pozornie niewiele znaczące wyspy. Jako matka musiała napisać do wielu matek. Przekonać je, że nie zginęli na próżno, że od śmierci ważniejszy był honor.  To tak, jakby przekonywać dziecko, że lekarstwo jest gorzkie, ale jeśli go nie weźmie, to wszyscy umrzemy.
 
Kiedy zbytnio wyrastasz ponad przeciętność, wokół gnieździ się skrywana wrogość. Przegrana jest kwestią czasu, który stale przyspiesza jak piłeczka golfowa lecąca prosto do dołka. Nigdy nie nauczyła się grać w golfa. Wolała znów zatańczyć z narzeczonym - Margaret Roberts z perłami na szyi. Niech Bóg da, że kiedyś  i w naszym kraju zobaczymy takiego polityka.

Contact with us



Report this item


You have to be logged in to use this feature. please Register