Historia Anny staje się przekłamana, albo nudna,
lecz daje poczucie ciągłości. Na kształt wiklinowego kosza z liśćmi,
które już dawno straciły woń sadu. W sam raz dla wiatru,
by nagość drzew odróżnić od naszej. W przyziemnej codzienności
słychać brzęk psiego łańcucha. Wraz ze skowytem, widać niebo
w oczach, gnijące trawy na skalę wszechświata.
Wpływają jedna w drugą, a tu już noc śpieszy jak na wronich skrzydłach
— i może też nic się nie zdarzy — powtarza, niby wierszyk,
wychylając się z okiennej ramy. Nazajutrz
nagle ucichłe echo powraca, jakby było pamiętliwe. Całkiem
jak na starej pocztówce, Anna trwa na tle namalowanego domu.
Jest mamą wszystkich dzieci.
czyli musi mieć zdziwione oczy na rysunkach dzieci..
report
Tak, o tym też już było. Zazdroszczę pamięci, alt.
report
Ładnie snujesz :) Polubiłam Twoją Annę. Ciekawa klamra Ci wyszła „tam, gdzie topi się kocięta / jest mamą wszystkich dzieci”. Pozdrawiam :)
report
Dziękuję Bosa. Jakoś trzeba tę opowieść skończyć. Choćby klamrą. ;) Pozdrawiam.
report
Dobrze się czyta.
report
Dziękuję.
report
Lubię Twój cykl wierszy o Annie, nad tym jednak, według mnie, można jeszcze trochę popracować. Za dużo tu "jak", "niby", "niczym", "jakby". To od razu "rzuca się na słuch i na oczy". Przepraszam za wymądrzenie się i pozdrawiam :)
report
Doskonale zdaję sobie z tego sprawę. ;) Wrzucam w nadziei na podpowiedzi edycyjne, ale cisza. I zapraszam do wymądrzania, ponieważ cenię uwagi, i jak widać, bardzo ich potrzebuję. Pozdrawiam.
report