Mięsne muchy wznoszą się do ciosów, i wydawałyby się aniołem,
gdyby zawisły nieruchomo. W sieni, dziewczynka oczekując śniegu,
wabi ćmy i zawija je w zielony papier, jak w ślepia zarobaczonego kota,
który trze ogonem o posadzkę. Przez okno
przerośnięte piąstkami, turlająca butelka — nieprzyswajalność kształtu,
niczym origami z samych ruchów. Wioska jak w zabawie w chowanego,
bredzi chałupy, kilka bliskich osób. Z resztek folii broczą szklarniane żebra.
Trzydziesty rok zapamiętuje naszą ściętą jabłoń, żyłam w niej i żyłam,
jak wrony zagęszczające gałęzie, niewidzialne sowy zimą. Parę miejsc
z poprzedniego życia. Żarówka dynda na drucie, jak znajomy
skowyt psów.
wyszedłem z jej butów..
report
Z czyich, alt?
report
Alt chyba chciał powiedzieć, że wyszedł z butów Potrzeby wiary :) Bardzo hermetyczny wiersz, chociaż początek mnie rozbawił – „ zwisające nieruchomo mięsne muchy” w charakterze anioła wykraczają poza moją wyobraźnię. - wybacz Ale może jestem zbyt kawonaławowa. Pozdrawiam :)
report
Nie wydaje mi się hermetyczny, a wspomniany fragment najmniej zabawny, ale każdy czyta po swojemu. Pozdrawiam.
report
Sorry, dziś inaczej odbieram ten fragment. Chyba za mało znam się na muchach i byłam w wesołym nastroju :) Wiersz składa się z przerażających cząstek. Całość - przejmująca :(
report
Bosa, dla mnie ważny jest każdy ślad. Mam dystans do swojego pisania, jak i do komentarzy (i jedno i drugie uczy pokory).
report