Zmiana sposobu prezentacji
Złote nici współzależności pomiędzy nami, w istnieniu mnie w tobie i ciebie we mnie - układa się w misternie utkany kwiat wyłaniający się z cienia. Miliardy takich nici, a każda z nich to osobna istota... I nic więcej, nic, choć żyje, rozkwita dopiero, drży pod naporem myśli i odczuć. Cisza jedynie. A może to „nic” to czarne nici tak niewidoczne w mroku, wszystkie samotności, żale, nienawiści, wszystkie te demony, które zatrzymują akcję serca, wylew krwi do mózgu, umieranie, nim człowiek zdoła się zachłysnąć pierwszą wolną wolą. Może to one nie pozwalają, aby rozkwitł w pełni, oplatając ciasno? Nie wiem. To niesamowite jak wiele nie wiem...
Nie wierzę w dogmaty, magię, los, przeznaczenie ani gry bogów o nasze kości. Wierzę w przyczynowość i skutek istniejący poza czasem i siłę kreacyjną myśli, które materializują się poprzez słowo. Wierzę w przestrzeń, w której „jest” skupia wszystkie czasy i całą zebraną wiedzę. Wierzę, że wystarczy tylko sięgnąć najgłębiej w siebie, by poznać Istotę. Wiem, że złudna jest moja wiedza i cokolwiek piszę, jest tylko moim widzeniem tu i teraz, nie wiem, jakie będzie po nowych doświadczeniach. W tym sensie, nie wiem nic, choć czytam i uczę się nieprzerwanie. I nie wiem na przykład, dlaczego najbardziej ze wszystkiego do nauki zmusiły mnie moje własne sny, podsuwające mi symbole, których nie znałam. Aby je zrozumieć, musiałam poznać symbole. Skąd moje sny znały je? Skąd wiedziały, co się wydarzy? Czy moje sny to ja? Czy może sen jedynie zanurzeniem w przestrzeń, w której wszystko „jest”?
Piję swoje złudzenie o poranku, by pobudzić zmysły do działania, złudny zapach rozchodzi się po mieszkaniu, wciskając w każdy kąt. Wiem, że kolor nie ma znaczenia, ale i tak dobieram czarny do białego, nie mając nadziei na szarość, to nie w tym śnie. Oczy są zbyt szeroko otwarte na niepoznanie. Okrywam się złudzeniem, spoglądając na szyby malowane mrozem. Było ciepło, póki nie spojrzałam. Wiem, że jestem oszukiwana przez zmysły, jeszcze nie potrafię nie wierzyć obrazom i uznać je za fale płynące w moim rytmie. I nie jest to bynajmniej rytm bluesa. A może to ja płynę w ich rytmie, dlaczego one miałyby w moim? Bo kimże jestem? Czasami widzę wirującą przestrzeń, ale tylko tuż przed omdleniem, wiesz, zaraz po tym następuje upadek. I wiem, że sińce i krwotoki są kolejnym złudzeniem moich niedoskonałych pięciu zmysłów. Szósty uśmiecha się, wszak chciał tego wszystkiego doświadczyć, a nie można doświadczyć bez bólu. Znika przekonanie, że prawdę mogę odkryć w lustrach. Wszystkie są złudzeniem, nie ma luster, są tylko odbicia, a może by tak wejść, nie w nie, nie na zewnątrz, ale pożreć siebie, zwalczyć siebie, pokochać.
Życie jest jednak niesprawiedliwe. Żadna to filozofia. Filozofią może byłaby próba odpowiedzi na pytanie - dlaczego. Można powiedzieć, że taka karma. Ale do licha! Jaką karmę w takim razie mam, skoro nie mogę nosić żadnych ozdób? I nie jest to bynajmniej żart, chyba że żart ze mnie. Pierwszy złoty łańcuszek - długi, stary, ciężki, rodowy, miałam pięć dni. I szlag trafił tradycję, że otrzymywała go pierwsza dziewczynka w rodzinie, zresztą, zazwyczaj nie było więcej. Pierwszy pierścionek zgubił oczko, następne zsuwały się nie wiadomo kiedy z palców, łańcuszki pękały, albo zostawały, a znikały ozdoby do nich. W końcu po tym, gdy piękny bursztyn w srebrnej oprawie zniknął gdzieś na chodniku pomiędzy domem a sklepem, dałam sobie spokój. Oczywiście szybko zorientowałam się, że łańcuszek wisi sobie na szyi bez bursztynu, ale ktoś zorientował się jeszcze szybciej ode mnie, że samotny bursztyn leży na chodniku. I szukaj diabła w polu. Przestałam nosić jakiekolwiek ozdoby. To nie ma sensu, niech noszą ci, którzy są w stanie donieść do domu oba kolczyki w uszach, łańcuszek w komplecie z wisiorkiem czy pierścionek w komplecie z oczkiem. Tym samym przestałam przywiązywać wagę do błyskotek.
Nigdy na nic nie czekałam tak jak na malę. 108 kryształowych koralików i trzy z agatu. Uwielbiam kryształ górski. Nie wiem dlaczego. Żaden kamień tak mnie nie fascynuje i nie przyciąga, żadne tam brylanty, (...)
--- full text ---
Chodzi za mną, łazi, włóczy się, wciska się w oczy, w uszy, śpi pod powieką, albo siedzi na języku. Jak cień jaki, jak zajączek kicu kicaj kic pytanie o to, czym jest człowieczeństwo. Podstawia lusterka, że niby tam odpowiedź, a w nim jedynie skaczące zajączki, rażące w oczy, frywolnie kicające po wzorach nierówności stanów wysokich i niskich a czasem zapalnych. Migoczą literki wystrzeliwane z szybkością karabinu maszynowego celnie z uderzeniem ach, co tam, śmiertelnym przecie. Czy słowa mogą zranić? Wpełza na usta sarkastyczny uśmiech. Heh, nawet mi do twarzy z nim, taki ludzki. Śliczny. Mój. Malutki. Mój ci on. Znaczy co zabić? Człowieka zabić? Zwierzę zabić? Rozumne zwierzę? Istotę jaką, istotę czego?
W grudniu stuknie mi czterdziestka. Niesamowite. Jakieś 20 lat temu myślałam, że nie dożywa się tego wieku, ale zbyt często rozmawiam z 80.latkami. Aż taką optymistką nie jestem, by ufać, że dożyję tego wieku. Przynajmniej nie martwię się emeryturą. Na avatarze, jakby co - to nie ja. To próba nowych możliwości Gimpa. Nasze prawo zakazuje publikowania cudzych wizerunków bez zgody portretowanego. Mam portrety, ale nie mam zgody na publikację. W ramach nauki Gimpa, korzystam więc z tego, co mogę publikować, czyli swojej własnej facjaty. Jaka ona jest, taka jest, ale wiem jedno - sama siebie do sądu nie podam. Avatar więc to nie ja, to grafika. Ze mnie niewiele zostało. Wcześniej była limonka, daniel, jeleń, wilk, teraz jest to. W przyszłości może gałązka leszczyny np., albo staruszka. Chodzi to za mną. Wykonanie starowinki, babuleńki z pięknymi zmarszczkami. To nie ma znaczenia. Wszystko się zmienia – avatary też. I wiek się zmienia i poglądy na życie i życie przemija. I co z tego? Nie jest to żadna tragedia, bo wszyscy podlegają temu samemu prawu przemijania bez względu na wiarę, poglądy i bez względu na to, jak bardzo chcą zachować młodość. A ja jedyne co chcę zachować, to siebie. Ale żeby siebie zachować, należy siebie odnaleźć i być w pełni sobą tu i teraz. Tylko wtedy jest się autentycznym dla siebie i bliskich.
No Wieś, zmobilizowałeś mnie, aby napisac to tu, a nie w różnych (...)
--- full text ---
Wszyscy jesteśmy dla siebie mistrzami, największymi - nasi wrogowie, od nich możemy nauczyć się najwięcej. Trudno w to uwierzyć, ale żaden przyjaciel nie powie tyle prawdy o nas co nasz przeciwnik i żaden przyjaciel nie nauczy takiej cierpliwości. Można rzec, że to swoisty przyjaciel, słowo „wróg” przestaje mieć rację bytu.
Wszystkim Trumlowiczom życzę spokoju ducha, dystansu, ciepła rodzinnego oraz uśmiechu na twarzy, chwytajcie szczęśliwe chwile i je pielęgnujcie, a wszystkie przykre miotełką i do pieca. Jeśli ktoś nie ma pieca, to może do ogniska ;)
Tym, którzy zaglądają tu i kopiują moje wpisy, komentarze i przesyłają mi na meila z komentarzami, odnoszą się do nich na innych forach życzę odnalezienia własnego celu w życiu, własnej drogi i własnego szczęścia oraz zrozumienia, że najwyższym celem w życiu nie jest elokwencja, szczególnie podczas żartów i zabawy, ale szczęściem jest dzielenie się dobrem, które w sobie mamy.
Każdy z nas ma swoje życie, swoje marzenia, swoje ideały, swoje własne ścieżki i doświadczenia - szanujmy to :)
