Zmiana sposobu prezentacji
No i stało się.
Jak grom z jasnego nieba spadło na mnie zakochanie.
Bum!
A przecież tak dziękowałam Bogu, że mimo wszystkich trosk, oszczędza mi tego – tak znanego z młodości uczucia, tej dręczącej chemii, tym gorszej, że miałam notoryczne skłonności do zakochiwania się w mężczyznach, którzy w ogóle tego ode mnie nie oczekiwali i nielubienia wszystkich, którzy gotowi byli skoczyć za mną w ogień.
I co? To, za co dziękowałam zostało mi odebrane? Podobnie jak wcześniej, kiedy pragnęłam wyrazić Stwórcy wdzięczność, a że nie wpadłam na inny pomysł – dziękowałam za piękne i zdrowe nogi… Rychło okazało się, że muszę się poddać operacji wstawienia endoprotezy biodra, na szczęście udanej.
Nic nie zapowiadało uczuciowej burzy. Z braku innych atrakcji siedziałam w Internecie i pośród wielu tekstów, czytałam wiersze Michała – utrzymane w moim smętnym klimacie, ale – przyznam nieskromnie –mniej przemyślane, rzewnie spontaniczne. Nie wiedziałam, dlaczego mnie irytuje. Dla zabawy wysyłałam do niego buńczuczne i -maile, on nie pozostawał dłużny.
Później poczęstowaliśmy się swoimi fotografiami. Tu już można było być czujną, przezorną i wycofać się rakiem. Jak zaczarowana wpatrywałam się w jego usta, jakże pięknie wykrojone! Ale zamiast uciekać, beztrosko przeszłam do następnego etapu znajomości: rozmowy telefonicznej.
Jaki on miał głos! Jaki głos! (...)
--- full text ---
taka mała
i bezbronna się zdawała
więc czekali aż upadnie
żeby nad nią płakać na dnie
lecz ona nagle wstała
i wszystkim pokazała
gromadka się zdumiała
na widok takiego wała
Pierwsze zeszyty Kuby chowałam na pamiątkę. Niedawno jeden z nich wpadł mi w ręce i przypomniał pewną historię.
Mój syn w podstawówce uwielbiał swoją panią. Zawsze słyszałam: „Pani Ania powiedziała to,
pani Ania powiedziała tamto, pani uważa, że…, pani prosiła, żeby…”
Zachodziłam w głowę, jak nie podważyć autorytetu pani Ani, gdy uczyła dzieci, że mówi się i pisze jedynaście.
- Kubusiu, może źle zrozumiałeś?
- O właśnie! – ucieszył się niemal. – Pani mówiła, że rodzice będą nas poprawiać, ale tak właśnie jest dobrze!
I wykaligrafował starannie dziesięć linijek jedynastek.
Postanowiłam dyskretnie sprawę wyjaśnić z panią Anią. Patrzyła na mnie surowo zdumiona spod czarnych, grubo wytuszowanych rzęs, podczas gdy najdelikatniej jak mogłam, wyłuszczałam sprawę.
- Ależ oczywiście, że jedynaście – odparła tonem tak pewnym, że przez chwilę pomyślałam, że to ja się mylę – a zresztą, cóż będziemy tu daremnie się spierać, wystarczy zajrzeć do słownika.
I zajrzała.
- O, o proszę…
Krwistoczerwonym, wypielęgnowanym paznokciem szukała słowa, znalazła i na chwilę zamarła.
- Jedenaście – powiedziała, patrząc na mnie z paniką w oczach i purpurą na bladej przedtem twarzy – ale jak to się mogło stać? Czy Kuba czegoś nie pomylił? No przecież, (...)
--- full text ---
Dawno temu poznałam Grażynę u znajomych na przyjęciu. Na początku wydawała mi się niedostępna, ale potem polubiłyśmy się. Była malarką. Miała piękny, magiczny dom jak większość artystów. W tych domach jest dusza. Bogactwo w prostocie. Skromne wnętrze z niewielką ilością mebli i przedmiotów niby zwyczajnych, ale tak zestawionych, że nie możesz się napatrzeć.
Nie udało mi się nigdy urządzić domu tak niezwykłego w swojej zwykłości.
I ten zapach farb. Sztalugi, palety, stare pędzle, tajemnicze puszki, puszeczki, słoiczki.
Malowała kwiaty. Kupiłam jeden obraz, chociaż prosiła, żebym poczekała, że namaluje mi lepszy. Chciałam ten. Powiedziałam, że pasuje kolorystycznie do mojego mieszkania, na co się roześmiała mówiąc: „Otóż obraz nigdy nie powinien do niczego pasować, jest po prostu obrazem, ale skoro się upierasz…”
Wyprowadziłam się i straciłam z nią kontakt, ale wiedziałam, że stała się znaną i cenioną artystką.
Bywałam na jej wystawach. Te kwiaty jakby żyły, kwitły, przekwitały, mówiły. Niezapomniane kompozycje. Cieszyłam się, że mam ten jeden, bo nie stać byłoby mnie na zakup żadnego z tych cennych obrazów. I nie pasując już do niczego w moim nowym mieszkaniu – jak najbardziej pasował.
Niedawno dowiedziałam się, że popełniła samobójstwo. Odeszła od sztalug, palet pełnych barw i powiesiła się. Zapragnęła piękniejszych kolorów czy (...)
--- full text ---
Wróciłam z pracy, zaparzyłam herbatę i myślałam o niezbyt udanym, męczącym dniu.
Stara kotka Milka łasiła się, przypominając o swojej pustej miseczce. Już dawno nauczyła mnie, że taką uprzejmą prośbę spełnia się szybko. Kiedyś nie chciało mi się wstać, więc pokręciła się miaucząc, popatrzyła mi w oczy z bolesnym wyrzutem, po czym wskoczyła na stół i obsikała go szerokim łukiem, nie pomijając herbaty i mnie. Pomna nauczki, szybko nałożyłam jej porcję i zaczęłam wypełniać drugą miskę, bo młody zawsze na takie kulinarne odgłosy biegł jak szalony. A tu cisza.
- Jest u ciebie Mamed? – zapytałam Szymona, który właśnie wszedł do kuchni.
- Nie.
- A gdzie jest?
- No gdzieś na pewno – odparł mądrze syn.
Obszukałam dom, podwórko. Kici kici, kici kici. Żadnego miau. Byłam załamana.
- No prośba mama! Uspokój się, ty to od razu! Przecież wróci!
Ale nie wracał. Przeszukaliśmy okolicę. Pytaliśmy. Taki zwykły, szary, jak miliony. Tylko ogon ma niesamowicie długi i jest jedyny w świecie.
Nikt nie widział. Nikt nie słyszał.
Na drugi dzień zadzwoniłam do weterynarza z wiadomością, że nie przyjadę z kotem na kastrację, bo nie wrócił do domu. Wtedy, jak się z nim umawiałam, Mamed uszy postawił jak radary – czyżby rozumiał, że chcę go pozbawić męskości i wybrał bezdomne, lecz pełne walecznych chuci i miłości życie?
- Pewnie (...)
--- full text ---
I znów na nic przewracanie się z boku na bok, liczenie baranów, odmawianie
zdrowasiek. Wstałam. Włączyłam radio z nadzieją, że może ono utuli mnie do snu.
Tematem audycji była właśnie bezsenność a gościem pan doktor – ekspert od problemu.
Zadzwoniła słuchaczka mówiąc:
- Od trzydziestu lat cierpię na depresję sytuacyjną. Choć mam kwiaty na podwórku, to nie śpię. Co ja mam w takiej sytuacji robić, panie doktorze?
W redakcji przez chwilę zaległa cisza, ale nie na tyle głucha, by nie słychać było czyjegoś hamowanego parskania. Po czym doktor zebrawszy siły odpowiedział:
- Proszę pani…. przede wszystkim radziłbym, aby pani postawiła sobie w życiu cel… Na tym utknął, lecz pani redaktor pospieszyła z pomocą:
- Co się stosuje do wszystkich państwa, mających podobne obserwacje. Dziękujemy pani bardzo za telefon i witamy już następnego słuchacza, halo halo?
Po chwili ciszy przemówił mężczyzna bardzo strapionym głosem:
- Na imię mam Andrzej, nareszcie udało mi się do państwa dodzwonić.
- Witamy serdecznie, panie Andrzeju! Cieszymy się bardzo. Na czym polega pański problem?
- Otóż… - głos rozmówcy drżał – kompletnie tracę siły. Nie mogę spać, cierpię na drganie powiek i zdrętwienie kości. Ciągle boli mnie głowa, nie mam czucia w dłoniach. Czy jest na to jakaś rada, panie doktorze?
- Hmm… objawy, o których pan mówi, są (...)
--- full text ---
Ten ksiądz na pogrzebie Cesi tak o niej mówił, jakby jaką Matkę Tersę chował. Niech jej tam ziemia lekka będzie, ale co on tak z tą dobrocią wyskoczył? Wiem, jaka była, wszyscy wiedzą! A co o mnie powie? Co komu dała Cesia? Bo ja to całe życie tylko praca, kościół i cmentarz. Nic dla siebie. Już i ledwo chodzę, ale pączków na całą wieś napiekę. Bo trzeba być dla ludzi. Tylko czasem mam cichy żal do Boga, że też takiej żony mój Jaruś nie dostał. Zostawiła go! Po dwudziestu latach! Wstydu nie ma! No pił. Pił. Ale czemu pił? Jakby w domu dobra żona była, to by i nie pił. Mój też pił, ale ja wszystko w kupie trzymałam, modliłam się tylko i modliłam, aż wymodliłam. Ja tam koło Józka leżeć nie chcę, już powiedziałam, żeby mnie z moimi pochowali. Ale jak żył, to przy nim zawsze byłam i wszystko jak trzeba podałam i się z mężem liczyłam, nie jak ta.
A mało miała? A wszystko miała! W dupie za dużo, to i w głowie się powywracało.
Jaruś wciąż opowiadał, jak ona dobrze gotuje. Byłam i jadłam. Chwalił, jakby tam co smakować mogło. Tyle, że kolorowo, a mięsa jak na lekarstwo. Też mi gotowanie!
I go zostawiła. Ale co, bezbożnica to była zawsze. A bez Boga, to ani do proga. Od razu widziałam, że dziwna jakaś. Paliła papierochy i ciągle dowcipkowała. Józek to ją lubiał. A po mojemu to miejsce kobiety jest w kuchni i się wiele odzywać nie powinna, tylko roboty doglądać. Ta (...)
--- full text ---
