Andrzej
ALL WORKS Poetry (7) Prose (4) Photography (4)
About me Friends (5)

Zmiana sposobu prezentacji

4 february 2012

prose

Andrzej
Andrzej

"Zlecenie"

- Pierwsze piętro. Za przeszklonymi wahadłowymi drzwiami, korytarzem prosto i po prawej stronie. Pokój numer 212 – wskazał pracownik recepcji.
Wjechali winą potem szli długim, szerokim  korytarzem. Pierwszy szedł mężczyzna. W pewnym momencie zatrzymał się gwałtownie. Brązowe drzwi, w połowie korytarza, na których widniała, pisana srebrną czcionką, liczba 212. Mężczyzna przyjrzał się dokładnie, po czym bez namysłu ruszył szybko naprzód. – Idziemy – zdecydował.
- Dzień dobry pani. Moje nazwisko Jones - powiedziała kobieta, kiedy weszli do sekretariatu. Chcielibyśmy się widzieć z panem docentem Poklejem.
- Pan docent Poklej, jest w tym momencie zajęty. Czy coś mam powtórzyć?
- Jestem Ewa Janes z kancelarii rozyn i wspólnicy. Reprezentuję  państwa Latet.
- Proszę poczekać.
Zza niedomkniętych drzwi gabinetu Pokleja,  gdzie wcześniej weszła sekretarka, słychać było stukanie na klawiaturze komputera, dość głośne odkładanie papierów na biurko i ciche rozmowy.
Po chwili wróciła i wskazała na pół otwarte drzwi.
- Pan docent zaprasza. Proszę wejść.
 – Witam państwa i zapraszam do siebie. Państwo w sprawie rodziny Latet, jak sądzę – powiedział Poklej, uśmiechając się na powitanie. Mówił wyraźnie, bez pośpiechu, spokojnym głosem. To właśnie ja - zapraszający gest towarzyszył tym słowom. - Proszę, niech państwo wejdą.
Twarze gości (...)

--- full text ---

29 january 2012

prose

Andrzej
Andrzej

"Nocna zmiana"

Dochodziła piąta rano, wokół było jeszcze ciemno, gdy śnieg i wiatr tańczyły w powietrzu, a posrebrzane igły sił przyrody odbijały się w powietrzu. Mężczyzna w ciemnej kurtce z kapturem narzuconym na głowę zaklął i zapalił papierosa. Nalał sobie herbaty do dużego kubka. Czuł kłujący ból w zgiętych plecach i pieczenie zmęczonych oczu. W kotłowni było ciemno i duszno. Przez ledwie uchylone okno do wnętrza niewiele wpadało świeżego powietrza. W powietrzu unosił się zapach przepracowanego i przepalonego oleju i ropy. Z maszynowni dochodził do niego miarowy i jednostajny odgłos pracy pomp. Co jakiś czas tłoki silnika wydawały z swego wnętrza charakterystyczny syk  tłoczonej pary. Jeszcze trochę – pomyślał – i trzeba będzie wyjść na zewnątrz przez nikogo niezauważonym.
Podszedł do okna i nagle gdzieś niedaleko, głuchą ciszę przerwał nadjeżdżający samochód. Samochodem szarpnęło na nierównościach. Ogromna ilość lodowatej wody chlusnęła na boki, ale samochód trzymał się obranego kursu. Potem pojazd zatrzymał się, choć praca silnika nie ustała i usłyszał rzucenie czegoś ciężkiego, potem trzask zamykanych drzwi samochodu, po chwili  ruszył dalej bez oświetlenia. Nagle śnieg przestał padać tak samo jak zaczął.
– Oj. Może będzie robota. – Znów zaklął i zapalił papierosa. Prawie zawsze o tej porze czekał w okolicach placu wysypiska śmieci, by wśród znieruchomiałych (...)

--- full text ---

29 january 2012

prose

Andrzej
Andrzej

Spotkanie po latach"

Mężczyzna w granatowej zimowej kurtce z czarną niewielką torbą przewieszoną przez ramię o szesnastej wyszedł z terminalu lotniska, na krótką chwilę zatrzymał się i spojrzał na tablicę rozkładów odlotów i przylotów, potem na kolorowe foldery przed okienkiem informacji. Kupił w kiosku gazetę obserwując mijających go podróżnych. Przeszedł pieszo niecałe sto metrów na przystanek i wbiegł do środka w ostatniej nieomal chwili przed odjazdem autobusu. Przejechał około dwudziestu minut, wysiadał i po piętnastu minutach przesiadał się do następnego autobusu. Po jakimś czasie znów wsiadał do następnego autobusu.
Bezchmurne niebo nad miastem przybierało kolor ciemnego granatu, przechodzący gdzieniegdzie w ciemną ołowianą szarość. Wokół odczuwało się przygotowania do nadchodzących świąt Bożego Narodzenia w atmosferze kolorowych dekorowanych sklepów i migających różnobarwnymi światłami choinek stojących na dworze.
Na drogach wewnętrznych prowadzących w zwarty kwadrat kamienic i rodzinnych domów i zachował się zwyczaj zapalania w oknach świec w wigilijny wieczór, to wiązało się dawniej z symboliką oświetlania drogi biednym wędrowcom, zbłąkanym w nocy. Świece zostały wyparte przez kolorowe elektryczne lampiony, które przetrwały w stanie nienaruszonym od wojny.
Stał w autobusie plecami do okna. Starał się trzymać prawie zawsze na uboczu, uważnie lustrując wzrokiem jadących (...)

--- full text ---

29 january 2012

prose

Andrzej
Andrzej

"Profesor"

Podszedł do okna. Na chwilę przestał padać śnieg. Wiatr targał gałęziami drzew, które waliły o szyby. Otworzył drzwi na balkon. W oknach biblioteki i pracowni mikrofilmowej paliły się światła. Tuż obok wejścia do Oddziału stały zaparkowane jakieś dwa samochody. Samochód służbowy, którym dojeżdżał codziennie do pracy, i który przewoził akta do opracowania jesz-cze nie przyjechał.
Irytowało go to, że jego syn Wojciech nie odezwał się od jakiegoś czasu by spytać, jak się udała podróż i pobyt na wybrzeżu liguryjskim jego rodzicom. Prawdą jest, że wmawiał sobie, że syn ma bardzo dużo pracy. Jesienią podjął pracę na uniwersytecie w Genui.
O drugiej popołudniu zadzwoni do Marty Gzik do Gdańska . Odbędzie długą rozmowę na temat tego opracowania, a przede wszystkim w celu upewnienia się i podkreślenia związków Poznania i roli gospodarczej tego miasta w okresie panowania Przemysła II. To ostatnie to przecież ich wspólne przedsięwzięcie naukowe. Martę Gzik poznał w późnych latach sześć-dziesiątych ubiegłego wieku podczas ich wspólnej pracy w archiwum  i ich opracowań na temat rozwoju rzemiosła i lokalizacji cechów na Pomorzu i w Wielkopolsce. Znów zaczął pa-dać śnieg i wzmógł się wiatr. Lampy zawieszone nad ulicą rzucały mgliste światło. Zamknął drzwi na balkon. Już zdążył zapomnieć urlopie i o pięknej słonecznej pogodzie w okresie jesiennym w okolicach Alasio, Nicei, Monte (...)

--- full text ---

Contact with us



Report this item


You have to be logged in to use this feature. please Register