Zmiana sposobu prezentacji

27 october 2013

diary

MARCEPAN 30
MARCEPAN 30

Musume-san

Bycie ojcem trzyipółletniej dziewczynki to niesamowita sprawa:
- Tatusiu, czy ty mnie kochasz?
- No pewnie, że cię kocham.

- A mojego braciska, czy ty kochasz?

- Tak, kocham twojego braciszka.
- A mamusię to ty kochasz?

- Tak, mamusię też kocham.

...

- Tatusiu, ty chyba nie dasz rady tak wszystkich kochać.

11 october 2013

diary

MARCEPAN 30
MARCEPAN 30

futbol

Panie Boże, dlaczego ukarałeś mnie miłością do piłki nożnej?

4 october 2013

diary

MARCEPAN 30
MARCEPAN 30

Niemka z ludzką twarzą

Dzisaj taki monolog we własnym sklepie usłysząłem z ust rodowitej Niemki:
 - U nas w Niemcach żyje się dobrze, nawet bardzo dobrze, ale my Niemcy mamy dużą kompleks za Hitler i faszyści. My teraz pomagamy religii Islam, my nie możemy inaczej, bo kompleks nie pozwala, gdyby powiedzieć, że Niemcowi nie podoba się Islam, to my się boimy, że powiedzą o nas hitlerowiec. Jak u nas młode Niemcy mówią, że są dumne i mieszkają w silnym kraju, to ja ich pytam, czy wy byli w Oświęcimiu. Zaraz przestają mówić, wstydzą się. Ale mi się nie podoba ten Islam. U nas w Niemczech jest bardzo dziwnie, bo wspiera się Islam, a nikogo nie obchodzą nasze kościoły, zamyka się je. Ja bym wolała, żeby niemiecki kompleks pomagał niemieckiemu kościołowi i Polakom, bo tak jest w porządku, a nie Islam. Wy macie trudno przez nas, a dlaczego ma mnie obchodzić Islam, skoro ja mu nic nie zrobiłam?

13 may 2013

diary

MARCEPAN 30
MARCEPAN 30

Klepsydra

Dorośli nie powinni rozmawiać o śmierci przy dzieciach. Przynajmniej nie bez przerwy. W mojej obecności rozmawiali. Kiedy byłem mały ciotki, babki i ich sąsiadki rozprawiały przy herbatce i cieście sernikowym o tym kto właśnie umarł, kogo zostawił, kto jest w agoni, a kto wyglada na tyle źle, że już wkrótce na pewno kostucha zapuka do jego drzwi. Znałem nazwiska, historie miłosne, rozwody i przyczyny zgonu. Wylew. Rak. Zawał.
 Później ciotki, babki i ich sąsiadki rozprawiały jak ubrać się na pogrzeb, czym pojechać i jakie kupić kwiaty. Całowały mnie w czoło, stały nade mną wielkie, czarne, smutne i posępne. Pomarszczonymi palcami głaskały moje włosy i szły kupić wieńce. Pachniały woskiem, herbatą i naftaliną. Pachniały śmiercią. 
 Kiedy dorosłem uzmysłowiłem sobie, że śmierć dotyczy także mnie. Od tego czasu zacząłem odliczać minuty do jej przyjścia. Zastanawiam się, czy czyjeś babki, ciotki i ich koleżanki opowiedzą o tym jak bardzo źle wygladam, a później, że umarłem i jaki wieniec mi kupić. Ubiorą mnie w garnitur, spod kołdry, w trumnie wystawać będą strzeliście w górę, wypolerowane trzewiki, ręcę splotą mi na brzuchu i poniosą w ostatnią drogę. Bedzie czuć zapach świec, cmentarnych kwiatów, łez i naftaliny.
 Starsze kobiety ucałują swych wnuków, siostrzeńców, bratanków i wyjdą z domu, urzędowo smutne, na zawołanie poważne, by pójść za mną w ten (...)

--- full text ---

4 february 2013

diary

MARCEPAN 30
MARCEPAN 30

Pssst...

Moja koleżanka przespała się z koleżanką swojej koleżanki. Właściwie to sypia z nią regularnie, bo stwierdziła, że mężczyźni jej nie pociągają  Z trwogą słucha cytatów z "Biblii" i wywodów na temat jałowości homoseksualnych związków. Ma piękne, okrągłe piersi i martwi się, że zbrzydła jej pupa. Spogląda w lustro i szuka oznak choroby, o której mówią niektórzy politycy. Dotyka twarzy odbitej w lustrze, na zaparowanym szkle maluje serce, a w nim imię. Agnieszka.
- Czyż jest jakaś różnica, gdyby w tym romantycznym symbolu napisać imię; "Karol"? Albo; "Andrzej"? - pyta siebie samą i układa włosy. Mokre, bo musiała wziąć kąpiel. Płakała. Płakała, bo ojciec nie chce jej już znać. A przecież uczył jeździć ją na rowerku, zabierał z przedszkola i pokazywał, które grzyby może w lesie zbierać bez obaw i jak udusić je z cebulką i śmietaną Płakała, bo człowiek w telewizji brzydko o niej mówił. Nawet jej nie zna, nigdy jej nie widział, a ona się go boi. Boi się jego słów, wykrzywionej twarzy, podniesionego głosu i agresywnych gestów.
- Jest zero - jedynkowy - mówi do mnie. - Ten facet z telewizji jest zero - jedynkowy.
- Co to znaczy? - pytam.
- Świat dla niego jest czarno - biały. Prosty. Zwykły. Żal mi go, bo nie widzi innych kolorów.
 Moja koleżanka chowa twarz, boi się starych znajomych ze szkoły i pyta o koszt biletu do Anglii. Dla (...)

--- full text ---

10 february 2012

diary

MARCEPAN 30
MARCEPAN 30

Test

Postanowiłem zrobić sobie test na inteligencję emocjonalną. Podobno jest coś takiego, podobno jest nawet coś takiego jak inteligencja wieloraka, ale tej jeszcze nie udowodniono.
 A więc, zrobiłem sobie test na tę emocjonalną, ale nie taki z internetu, ani z mądrych książek, tylko taki swój własny.
 Stanąłem za ladą i postanowiłem wyczytać z twarzy klientów emocje i odczucia jakie kryją się w zakamarkach skóry wokół ust, oczu, w bruzdach na czole i w oczach. Tak, chyba najważniejsze jest zawsze w oczach, sposób i prędkość poruszania gałek, błysk lub jego brak, punkt, w którym wzrok najczęściej się zatrzymuje, ale przede wszystkim to coś, czego nie potrafię nazwać. To coś, co sprawia, że oczy nie potrafią kłamać, albo przynajmniej robią to niezmiernie rzadko.
 Chwyciłem za długopis, kartkę i przy kilkunastu klientach postanowiłem zanotować szczegóły. Oczywiście miałbym być sędzią we własnej sprawie, więc o obiektywizm łatwo nie bedzie, ale to tylko zabawa, więc co mi tam.

 Zabawę porzuciłem już po piątym kliencie, stała się nudna. Notatki też nieciekawe:
 Pierwszy klient: wkurwiony, drugi: smutny, trzeci: wkurwiony, czwarty: smutny, piaty: wkurwiony i smutny.
 No tak, przecież to Polacy.

22 january 2012

diary

MARCEPAN 30
MARCEPAN 30

Tuż po przebudzeniu...

Jest taki ułamek sekundy tuż po obudzeniu się, w którym człowiek zna siebie tak naprawdę i tak naprawdę wie czego chce. Niestety, ta chwila jest zbyt ulotna, by można było ją złapać, obrócić w głowie, obejrzeć z każdej strony i zarejestrować. 
 W tej krótkiej chwili człowiek coś zauważa (umysł jest czystszy i jaśniejszy, niż w ciągu dnia) i zawsze mu to umyka, może nawet nie zdąży się zorientować, że tak jest.
 I tak oto, osiemnaście miesięcy temu obudziłem się i oszołomiony powiedziałem do żony:
 - To za dwa tygodnie!
 - Co za dwa tygodnie?
 - Za dwa tygodnie Marta urodzi!
 - Jezu, człowieku, ona ma termin pod koniec czerwca. Z resztą skąd Ci to przyszło do głowy o siódmej rano?

 Za dwa tygodnie, w środę, tak jak powiedziałem, Marta urodziła. We wtorek, dzień wcześniej napisałem do niej smsa:
 "Jutro środa, pamiętasz:)"
 
 Osiemnaście miesięcy później obudziłem się i powiedziałem do żony, że w kwietniu 2012r. na świecie coś się wydarzy.
 - Chłopie, ty to mnie naprawdę czasem przerażasz. Wstawaj, podłogę trzeba umyć. - zarzuciła szlafrok, wyszła do łazienki, po chwili nastawiła wodę na herbatę...

22 january 2012

diary

MARCEPAN 30
MARCEPAN 30

A w mojej głowie wojna...

 Śniła mi się wojna.
 Stałem na podwórku i czekałem. Wszystko było takie samo jak w rzeczywistości, na wschodzie lekkie wzniesienie, Biały Kamień, szczyt będący preludium do Gór Izerskich, na zachodzie rzeka. Dom ten sam i budynek godpodarczy po drugiej stronie podwórka identyczny.
 Dostałem od Amerykanów wielki chełm, nakładany tak, że jego krawędzie sięgały szyi. Pośrodku dwa otwory na oczy, nic więcej. Trochę zardzewiały, jak ten poniemiecki, który znalazłem kiedyś kopiąc ogródek. Musiał mi się skojarzyć.
 Czekałem na kuzyna, ponieważ nie byłem jeszcze przeszkolony w walce, miałem tylko stać i przyglądać się.
 Przyjechał szybko, dziwny, podniszczonym wozem pancernym, podobno pozostałością po Związku Sowieckim. Amerykański chełm, radziecki kask. Po czyjej jestem stronie, do cholery?
- Po odpowiedniej stronie karabinu - odpowiedział kuzyn.
 Wsiadłem do wozu, był tam jeszcze jakiś żołnierz. Pole widzenia było mocno ograniczone przez wąski wizjer, ale widziałem to co powinienem. Na przeciwległym krańcu, już za granicą podwórka ustawiał się snajper. Wielki karabin mocował na mosiężnej podstawie. Kiedy spojrzałem przez lornetkę zauważyłem, że snajper jest kobietą. Piękną, lecz zimną i wyrachowaną żołnierką.
- Zaraz się zacznie - szepnął żołnierz w pojeździe.
 I faktycznie, zaczęło się. Od strony szczytu schodzili ludzie w turbanach, (...)

--- full text ---

10 january 2012

diary

MARCEPAN 30
MARCEPAN 30

Rzeczywistość boli

Realizm.
 Jest wszędzie, wciska się pod drzwiami, w szparach okien, kapie z deszczem, napływa z wiatrem. Osłabia mnie, odbiera poczucie sensu bujania w obłokach, zadusza wyobraźnię. Stawia pytania, mocne, dosadne, drastyczne. Pytania, których nie chcę słyszeć i na które nie chcę odpowiadać. Wciąż przypomina mi, że już dorosłem, że bazgrolenie w zeszytach już mi nie przystoi, że już dawno powinienem rozpętać jakąś wojnę, zniszczyć wroga, a w codziennym życiu zabijać więcej mamutów.
 Tak, myśliwemu nie przystoi opowiadać zmyślonych historii...

11 november 2011

diary

MARCEPAN 30
MARCEPAN 30

Djen Pabiedy

Czasy się zmieniają, ludzie i kultury mieszają między sobą, patriotyzm zmienia twarz.
 Oto dwie kobiety stoją przed kasą, pytają o wódkę, po rusku, która harosza, która w Polszy zdjełana, a która w Giermanii. Tupią, raz poraz próbując się skomunikować.
- Wie viel kostet das? - pyta jedna
- Ja panimaju pa ruskij - grzecznie odpowiadam i strzelam usmiech aż zęby świecą.
 Ucieszone, zaczynają pytać o cygarety.
- Marlboro u was to polskie?
- Da, polskie.
 Wybrzydzają, kręcą nosami. Myślę sobie, polskie produkty nie podobają się. Już wam ten Putin pewnie nagadał kakaja ta Polsza.
 W końcu jedna z nich pyta co za święto dzisiaj.
- Djen Pabiedy - odpowaiadam.
- O! Pabiedy! A nad kim to?
- No jak! - mówię - nad ruskimi!
- Wot, to milczym już, Nadia pajdiom! Da swidania.
 Uśmiechnęła się jedna, uśmiechnęła się druga, kupiły Smirnoffa i poszły.
"A niech se mają te święto - pomyslały pewnie - wszak ogólnie wiadomo: Kura nie ptica, Polsza nie zagranica".

10 november 2011

diary

MARCEPAN 30
MARCEPAN 30

Budowa z nutką goryczy

Do miasteczka wjechał ciężki sprzęt, zerwał asfalt, wyrwał stare kanalizacyjne rury, połknął połamane, zdezelowane płyty chodnikowe, wyciął spruchniałe drzewa. Wielkie spychy poszerzyły drogę, koparki pogłębiły rowy, robotnicy wkroczyli by odnowić skomplikowaną sieć podziemnych kabli i rur. Górą, wzdłuż barierek ochronnych, przechadzali się turyści z Niemiec, z podziwem kiwali głową, znacząco cmokali i pokrzykiwali do naburmuszonych robotników:
- Gut! Sehr gut arbeit!
- Dobzie, sehr haraszo!
Robotnicy coś tam do siebie mruczeli, gasili dopalone papierosy i wracali do pracy. Wielkie gruchy przywoziły kolejne tony betonu, który powoli zalewał stary, zrujnowany szlak.
Tymczasem w malutkim sklepiku umiejscowionym na remontowanej ulicy wrzało:
- Panie, co oni robią? Przecież nie da się przejść! Jak tak w ogóle można, to jeden wielki bałagan! - krzyczał grubawy wąsal wymachując codzienną gazetą
- A jak pan to sobie wyobraża? Przecież jak coś się robi to musi się nabałaganić. Jak pan remontuje dom to ma porządek? - próbował oponować sprzedawca.
- A co mi pan za głupoty gadasz? Chcieliście mieć Tuska, to teraz macie. Budowanie mi wielkie!
- Panie, a po co te drzewa wycięli? Co im to przeszkadzało?
- Stare i spruchniałe były, posadzą nowe i będzie ładnie.
- Mój Boże! Po co ta kostka! - Wrzasnęła starsza kobieta wściekła na to co zobaczyła, (...)

--- full text ---

Contact with us



Report this item


You have to be logged in to use this feature. please Register