Zmiana sposobu prezentacji
Wszedł do domu. Nie mógł się odnaleźć. Nie potrafił znaleźć ani jednej części siebie, która była by w stanie funkcjonować bez tej kobiety. Zapetlił swój umysł i zmusił go do wykonywania chociażby podstawowych czynności. Ściągnął płaszcz i usiadł. Zaparzył herbatę, podobno herbata z kwaśną paradoksalnie cytryną poprawia humor, bzdura. Zanim włączył komputer słyszał juz to denerwujące brzęczenie miliona wiatraczków stworzonych do chłodzenia tego ustrojstwa. W radiu jak zwykle leciało to komercyjne gówno. Chciałby zrobić to jak na francuskich filmach, wyciagnąc stary okurzony winyl Édith Piaf umieszczając go bez słowa w gramofonie, a potem spokojnie zadumać się nad pisaniem. Zgadzała się tylko Francja, reszta tej klitki i syfu nie nadawała się nawet do nagrywania niskobudżetowych filmów pornograficznych. Spojrzał za okno. Po całej okolicy hulał roszalały wiatr i miotał wszystkim jakby miało się zapowiadać na jakieś efektowne zakończenie tego dnia. Nie zapowiadało sie, liście miotały się obok jego zapętlonych myśli i wszystkie razem uderzały co chwilę o szyby wydając jakiś tępy gwizd. Tyle było efekciarstwa w tym samotnym wieczorze. Nie mógł pisać, nie potrafił zebrać myśli. Nie było gwiazd, nie było chodźby malutkiego, przyjemnego szumu który mógłby go popchac w stronę artystycznej zadumy. Tylko gitara w tle koiła jego lęki. Jakby ona sama na niej grała, jakby jakieś (...)
--- full text ---
Drżacym głosem, kurczowo trzymając jego dłoń, w końcu zadała to jedno pytanie. - Chcesz wreszcie odejść ? Uciec gdzieś daleko ? - Jego piwne oczy lekko spoważniały, ale nadal milczał. Spoglądał gdzieś za horyznot, jakby w pogoni za płynącą rzeką. - Odpowiedz proszę! - dodała trochę załamując głos. Odwrócił się. - Hmmm czy ja chciałbym odejść ? Nie. Oczywiście, że nie. Nie chcę odchodzić, a tym bardziej napewno nie uciekać. Przed czym ? Czy może przed kim ? Przed miłością ? Przed Tobą ? To bez sensu - oburzył się lekko - ludzie odchodzą tylko w jeden sposób - znów wzrokiem podążył za rzeką - a ja mam jeszcze coś do zrobienia, i nawet kiedy uznasz że uciekłem, po prostu stchórzyłem, ja będę pamiętał o tym by wrócić... I wrócę, jeśli mi starczy czasu. Na pewno wrócę... - Chciała załagodzić całą tę nerwową sytuację, ale on mówił dalej. - Wolałbym raczej zwariować. Zapomnieć się i zgubić wśród ścieżek w pobliskim parku. Zapomnieć kim jestem, i jak ważną rolę mam do spełnienia, zapomnieć nawet jak to jest kochać. Cały problem w tym, że miłość uskrzydla, żaden człowiek przecież nie umie latać. Chciałbym się poprostu zapomnieć, przestać coś znaczyć. - Ale dla mnie znaczysz bardzo dużo, jeżeli nie wszytko, więc czemu?! - wtrąciła szybko Lilie - Właśnie daltego. Żeby nie wzlećieć zbyt wysoko i nie straić Cię z oczu... Żeby w tym miłosnym uniesieniu nie zapomnieć (...)
--- full text ---
Obudził się póżno. Nie czuł się zbyt dobrze, było jakby ciemniej, troche głośniej niż zwykle. Usiadł na łożku i chwycil butelke. Odłozył ją szybko, wystawił obie dłonie przed siebie i patrzył. Patrzył i niedowierzał. Drżały w jakimś amoku, szalone nie chciały ustać. Usmiechnął się szeroko i cicho do niej wyszeptał - widzisz to, widzisz? Popatrz jak pieknie tańczą. Poleczka czy walczyk jakiś cudowny, nie to krakowiak chyba. - Patrz mówie! - krzyknął do niego - nie przewracaj teraz tych kartek, nie czytaj poezji, patrz na moje dłonie! - wy szyscy patrzcie jak pieknie tańcza, stargane jak drżą szalenie na pochybel wszystkim! - Płakał. Usiadł na podłodze. Łzy spadały gdzieś w poblizu rozsypanyc wczoraj pigułek. Czyste łzy. Rozumiał wszystko, już teraz wiedział. W pokoju prócz niego nie było nikogo. Sprobował wyciągnąć je przed siebie jeszcze raz. Choć płakał one drżały bez końca. Przez łzy wyszeptał jeszcze - Widzisz to Matko? Widzisz? Czy widzisz jak marsz mi odgrywają? Bezczelne ! Ja nie mam nad nimi władzy... już nie mam. Matko czy Ty... to widzisz? - otarł łzy, osunął się na podłoge - Ja głupi, Ty widzisz, Ty widzisz... przecież Ty wszystko widzisz...
