Skazana na żebry opuścić ma lipce
i ten teraźniejszy i te lipce przyszłe.
Nie dali jej renty, bo pracy nie miała
i tak jakimś cudem się tu uchowała.
Są kraje na świecie, co płacą na starość.
Tu starej kobiecie każą iść na całość.
Najlepiej na żebry, lub do bezdomności.
Opuścić ma lipce. Nikt jej nie chce gościć.
I sierpnie niech sobie już także daruje,
a z nimi ten sierpień, który jeszcze czuje,
bo spała za długo gdzieś na styropianie
i pierwsza biegała na każde wezwanie.
I ktoś ją za długo pałami uderzał,
że nawet nie mogła przypomnieć pacierza,
a co mówić tego młodego, co tłukł.
Niech dzisiaj już nad nią zlituje się Bóg.
Skazana na żebry opuścić ma lipce
i ten teraźniejszy i te lipce przyszłe.
Nie dali jej renty, bo pracy nie miała
i tak jakimś cudem się tu uchowała.
Wiesz, na tyle uważnie pamiętam "Chłopów" Reymonta, by pamiętać też, że tam nie patyczkowano się z biedakami - morgi się liczyły do szacunku, a jakże. I nie widziałam, by w Lipcach jakoś w wielgaśnej słodyczy tulono jakiegokolwiek starego rodzica - ubogich tym bardziej. Żebry wcale nie były czymś, co dziwiło. Nawet i Boryna, chociaż bogacz, gdy był w nieprzytomności, leżał w izbie plackiem raczej samotnym, pielęgnowanym prędzej z kontrolowanego społecznie obowiązku i zapobiegliwości o dziedzictwo, niźli z tkliwości serca. Mnie jakoś nie rusza krytyka świata, zwłaszcza gdy chyba usiłuje sugerować, że w bliżej nieokreślonym "kiedyś" bywały szlachetniejsze czasy, o, bywały, panie dzieju. Chociaż wystarczy poczytać bodaj trochę książek, by przekonać się, że dobro i zło wciąż próbują się z sobą jednako mocować, raz z lepszym dla jednego, raz dla drugiego skutkiem. I może jedyne, co ma sens, to wierzyć, że nawet jeśli tego nie widać w jakimś czasie, dobro i tak jest i będzie. Niezmiennie ważniejsze od zła. Ot, choćby teraz, czytam Gillian Avery, angielską pełną prostoty prozę, w której czasy wiktoriańskie wracają w zbiorze wspomnień z różnych źródeł. W jednym z nich do straszliwie nędznej, jednoizbowej chaty najemnego robotnika rolnego wlazły właśnie zgłodniałe cielęta i zeżarły ostatni zapas dla dziesięciu osób: kopczyk surowych ziemniaków. "[...] matka, tak zawsze dzielna, usiadła i zapłakała. Nie zostało rodzinie nic do jedzenia i nie było nadziei na zdobycie jakiejkolwiek żywności". Szlachetność ducha - tak można myśleć - nigdy nie zwalniała od dzielności ani nie czyniła jej lżejszą. Kto widział dzielność dla profitów? A narzekanie nigdy nie przysparzało dobra. Tyle go, ile samemu się go da światu - że tak górnie zaintonuję, w staraniu, by pozostać w harmonii z miejscową jeremiadą. Niezależnie od dobrych intencji, które rozumiem, nie potrafię podążyć za tym wierszem. Dobrego.
report
Bardzo ciekawy komentarz (relatywistyczny). Jeszcze w latach sześćdziesiątych nie ukrywano, że w Jakucji panuje ludożerstwo. Interesuje mnie jednak współczesność i przyszłość.
report
"Interesuje mnie jednak współczesność i przyszłość". :) I dlatego właśnie w komentarzu do współczesności i przyszłości odwołujesz się do powieści sprzed ponad stu lat, z taką naturalnością, jakby Lipcami Reymontowskimi żyła dziś niemal cała ludność Ziemi?
report
To tylko gra słów (lipce,sierpnie) i przywołanie obrazu (ilustracja, wyobraźnia,tło).
report
Heh, Marku. I może, niezależnie od wielu możliwych podobieństw, w tym się między innymi różnimy? Dla mnie chyba słowa nie bywają "tylko". Gra słowami też rzadko kiedy "tylko". Mało znam zajęć bardziej ryzykownych od niej:) Miło było porozmawiać z Tobą. Pozdrawiam i znikam.
report