Zmiana sposobu prezentacji
mówili
że z żebra uszyta
na miarę wzruszeń
że jej dotyku pragnęły owoce
zawieszone między wierszami
pomiędzy nimi
z szelestu ust pieśni nucono
gdy z włosów wianki utkane
spławiała w doliny oczu
a głos
jej słowa niesie moja krew
teraz ja mówię
osiem linijek życia i jedno życzenie
by spełnić marzenia
nie wystarczy kukułka i jeden grosz
w kieszeni
czy kominiarz z kalendarzem
za uchylonymi drzwiami
gdy kolejny telefon rwie ciszę
awizując bezsenność
dokręcam butelkę i rzucam
w kolejny świt
wiem
w czasie suszy oczy suche
nie widzi
to może się potknie
jak zawsze
zupa była zbyt słona
i sos jakiś lichy
a sztuka mięsa zostawiła nitki
na zębach
zakonserwuję uśmiech
szukając w pamięci
cholernego przepisu
za szybą wystawy ujrzałem księgę
zmęczoną i grubą
jak życie
już stoję w kolejce
utknęły w pół
słowa
na końcu języka skłócone
ze sobą
nie ze mną
ostatnie krzesło
przy rodzinnym stole i dwa
samotne dni
na prywatnym krzyżu
bruderszaft za nasze
wasze
zmrużone oczy dnia
zaciskają powoli powieki
cisza i ciemność usiadły
pośród topniejącego śniegu
szeptem wskazują miejsce
przy okrągłym blacie bladego księżyca
wygiętego pod ciężarem
marznącego deszczu
ostudzę nim umysł
i ciało zmęczone
codziennym zmartwychwstaniem
pod płaszczem z mroku
i mgłą nad stopami
mijam
opustoszałe wstęgi ulic
przymierzam cienie
niewidzialnych twarzy
w rtęciowych poświatach
zgarbionych latarni
jestem punktem
niknącą w oddali
niezapamiętaną datą
roztrwonił wiatr
poukładane na kuchennym stole
okruchy godności
rozrzucił kartki
przedartego na pół ciebie i mnie
słowa
wetknięte między krzywe ramy
uchylonego bezwiednie okna
wzleciały
przerywając ciszę
pozwól
z pożółkłych listów zdmuchnąc kurz
są miejsca
gdzie cisza i spokój
leżą na półkach
głębokie szuflady
skrywają dusze
gotowe do narodzin
za krótki liścik dostałem
pięć minut
to tylko karnet
na jutro
przecież nie naprawię wszystkiego
co Bóg spieprzył
dając mi życie
uniósł mnie wiatr
z pomiędzy resztek
obytej codzienności
zawisłej stęchlizny stałych przechodniów
wrośniętych w ławki potłuczonym
przymusowym pragnieniem
byłem więc i jestem
szelestem na wietrze
co w drżących ramionach
jesienne promienie ukrywał
kartką z zeszytu
zmazaną wzorami
starzejącego słońca
sobą
na dziecięcej dłoni
spójrz przed siebie
ciche alejki wśród zieleni
ławki
gdzie zakochani
i młode mamy z dziećmi
oddają twarze
urokowi przedpołudnia
słońce wargami pieści
a mowa drzew koi umysł
stań przed bramą
kamienne lwy witają
bogactwem wnętrza
owal sali chłodzi
grubymi murami stuleci
wchodząc schodami
przystań
u twych stóp łacha*
niknąca w soczystej zieleni
doliny Wisły
pejzaż zatrzymał czas
(...)
--- full text ---
jest takie miejsce które Wisła
wstęgą leniwie otula
słońce kaskadą czerwieni
toń zrasza zachodem
stojąc u brzegu posłucham
szelestu wśród gładkich kamieni
po dniu zmęczonym upałem
wybudzę umysł jej chłodem
przystanę by z ciszą zanucić
rytmy wiatru westchnienia
odejdę w ciemność za słońcem
by wrócić w brzasku promieniach
