Zmiana sposobu prezentacji
Wieszam cię codziennie
na mojej ścianie płaczu
i upraszam o zmartwychpowstanie.
Powstrzymać się od kiczu
nie dam rady Panie!
Obok zdjęcia z lewej
przywieszę cekin
obok, z prawej, siebie.
A teraz się ogolę. Ogolę się
w ramach protestu przeciwko
protestowi dziwnemu przeciw
Trochę to skomplikowane, ale
mam czystą, niewytłumaczoną
niczym chęć zrobienia czegoś
I nagle gdzieś coś zagubiłem,
mój mały sens opowiadania,
ale kto by się tam czymś takim
Abo wszyscy gdzieś tu podejmują
zaciekle i zaciekłe, byleby tak
dalej podejmować, żeby móc
Nie ma czasu, żeby kończyć
jakiekolwiek, nie ma czasu
na cokolwiek, bo się zachciało
I każda następna podjęta
będzie ciążyć bardziej, bo
nie można podjąć i nie ponieść
(...)
--- full text ---
Drzewo coraz bliższe ideału,
zielenieje, wyższe - potężne.
Spogląda na świat pełen
folwarków 1984-tych,
tłustych świń w asfaltowych garniturach,
z papierowym życiem w kieszeniach,
z zabójczą miłością w oczach.
Tańczą wokół Drzewa,
zawistne uwagi rzucają,
swym zapachem zakłócają
spokojne myśli jego.
I nie ma już nadziei
na odmianę sposobu bycia,
gdy wszystko wokół się ścieli
łajnem realnego życia.
W końcu idzie, spoglądając czule
dotyka z szacunkiem ten jedyny
głosiciel dobrego słowa.
Zbawca w swej litości
sumiennie wybija toporem
(...)
--- full text ---
Spójrz piękna
skazali nas na dożywocie
Twarzą w twarz obcy ludzie
przyjaciele na ścianach
trupy w szufladzie
krzyczą miłość - nienawidzą
Veni Vidi Vici
i Panta Rei koniku!
Obłąkańczy śmiech,
bo nic nie ma już...
Pusto tu teraz, wiesz?
Pozdzierałem zatęchłe tapety,
niepotrzebne ogłoszenia o
niebyłych obietnicach.
Teraz czekam i już słyszę
pukanie do drzwi, już
czuję z daleka ten zapach.
Całym ciałem przy drzwiach,
dłoń na klamce drga.
Czas was mać
dopadnie zawładnie
ma Czas was
w czarnej bieli z tępą kosą
was gna Czas
przez połacie niespełnień
Czas zabija was
popuszczacie życie w gacie
Mówił
żyjący na granicy szaleństwa i normalności.
Wynurza się, unosi wyżej, ocieka z błota
widząc nowe, inne, Piękne i Czyste
tworzące nową rzeczywistość płci
przeciwnej z wytapetowaną na twarzy
perwersyjnie gładką Miłością!
Bez zmarszczek, zagnieceń,
zaszłości i pozostałości,
i promieniuje, oczyszczając
wynurza, unosi i otrzepuje z błota.
Mówi w czyśćcu
i wychodzi i opłukuje się i czuje
wytapetowaną na twarzy perwersyjnie
gładką MIŁOŚĆ!
Jest noc - pijana w sztok
niepoprawnie elokwentna dziwka
pod latarnią imaginuje dzień
nie ukrywa już niczego
stoi w stosie śmieci, wymiocinach
bezwstydnie naga, brudna po pas
dziewic coraz mniej, coraz więcej
pada światła między uda
Taki ze mnie poeta!
Taka ze mnie kurwa!
Poeta - kurwa,
kto to widział?
Tak nie przystoi,
tak nie jest poprawnie,
bo poeta, bo kurwa.
Bo nie chwali władzy
nie chwali kleru
nie chwali życia
i pieniędzy, ale
jednak kurwa - jak?
Idąc ścieżkami
przez życie
wyznaczonymi
dotykasz kory drzew,
wąchasz kwiaty,
podziwiasz wysmukłe brzozy,
zarumienione jarzębiny,
dumne dęby,
piękne jaśminy.
W gąszczu
malutkich igieł,
idąc lasem,
czujesz świeżość,
życia moc.
W jednej chwili
w obraz Twój
wkrada się zła nuta.
Czujesz?
Tak trąci padlina,
słodko mdły zapach
(...)
--- full text ---
On, oczekujący na zmartwychwstanie,
bezlitośnie wpatrzony w dal,
z nadzieją liczy każdą minutę,
gdzie brak odbija się echem.
Ona, zwiastująca zmartwychwstanie
nie przybywa na świat, nie zbawia,
bez litości dla człowieka liczącego
traw źdźbła na krańcu dnia.
On opowiada niezmierzone historie,
dlaczego nie nadeszło wybawienie,
tworzy zbiory zastanowień, gdzie
w każdym wina po niczyjej stronie.
Ona musiała spoglądać w słowa,
myśli oplotła wokół liter pełnych
płytkiej przyszłości, dających,
lecz nie mogących zastąpić spojrzeń...
