Zmiana sposobu prezentacji
między miłością a nienawiścią
nie ma nawet zielonej granicy
na peronie pustka
nienaruszona dal
słyszysz pociąg
będziemy żyć
jak najdalej od siebie
kusiłem Boga nierozważnie
rzucając mu do stóp
światy które stworzył
zgubiłem eliaszowy płaszcz
bojąc się nawrócenia
w zamian za zapaloną świeczkę
na szczycie Hajfy
wciąż wracam do zielonej Galilei
z judzkich pustyń myśli
i zamykam bezpiecznie oczy
w zapachu pieprzowego drzewa
na górze przemienienia
brunatny bezdech chamsinu
przysłania horyzont
jestem pustynną różą
czekając na kroplę wody
by otworzyć się ku niebu
czy wrócisz
nim opadnie mgła
a nad zniczem
zadrży cień
choćby snem
fatamorganą
w zaduszkowe tango
bo tamten anioł
zburzył przestrzeń
i odszedł
a moja pieśń
nadal rośnie w żal
na granicy między
miłością a nienawiścią
łzami bólu i szczęścia
sto moich światów
nie sycą pełne
ani puste dłonie
wyznania i ich brak
nie wierzę im
pozostaje dal
myśl w nienazwanie
brak oczekiwania
bogactwo pustki
być gotowym
(...)
--- full text ---
wyszedłeś na pustynię
a teraz szukasz oazy
by uciszyć oddech
doświadczyć rosy
nie umiesz czekać
i nie chcesz uciekać
wciąż jesteś obok
powinieneś już być
nie oczekiwać
rozpisywać ciszę
przynależeć do siebie
.
nie idź na ten bal
samsonowi odrosły włosy
.
wpadam w aplauz
przepłacam klakiera
wołam dajcie mi konia
a ona
zabiję cię kocurze jak psa
spadła na moje biurko
październikiem
we wrzosach i kasztanach
pisze libretto a vista
na liściu klonu
zazdrosnym zachodem
w przestrzeń złotocieni
myśli skręcone w nagość
w pobliżu kominka
przy jej stopach płoną
nawet butelka zakręciła się
zatrzymując dżina pytaniem
o trzecie życzenie
jesteś
i ta jesień bezkarna
słodkim smakiem najbliżej
zabrana w pamięć
pozwolenia na sen
(...)
--- full text ---
jak żebrak
blaszaną miską
stukam o chodnik
mam coraz większe serce
i coraz dłuższe ramiona
przeklęty w niemoc
bliski złorzeczeniu
od kiedy
zabrano mi wszystko
nadal mi się polsko dość białoczerwienisz
czasem zdobna w kosy szańce i szrapnele
już mi się na pewno w inną nie odmienisz
jak dzisiejszsza środa jak inne niedziele
niosę cię w mej duszy bez fanfar i krzyku
jak miłość kobiety w tętniącym apelu
jeszcze nie zginęłaś rozsupłam po cichu
I dumny pod basztą stanę na wawelu
tak mało mi ciebie choć jesteś tak wiele
całą dusza strzegąc firmamentu ciszy
w której przy mnie jesteś wciąż jakby za mało
wierząc że w milczeniu najlepiej się słyszy
i nie wiem dlaczego chcesz właśnie mych dłoni
czytających z drżeniem twe włosy i ręce
gdy więcej nie można objąć w jednej chwili
choć wiele tak mało a chciałbym wciąż więcej
dziś stoję bezbronny przed twą kobiecością
w tętnicach krzyczącą gdy jesteś zbyt blisko
i bezradnie supłam najpiękniejsze słowa
bo ty powiedziałaś przecież za mnie wszystko
gdy rozplatała warkocz
było ich tak wiele
w każdym niebie
nigdy nie zabraniał jej
mówić o miłości
bał się tylko
że zabraknie tchu
na niepogodne dni
gdy obudzą się bogowie
a teraz
cisza ginie bezsłowiem
biorąc w jasyr
wspólny ślad
