Zmiana sposobu prezentacji
Przez ostatnich kilka dni dręczyło mnie sumienie, że nikomu nie pomagam. Nigdy wcześniej nie uciskał mnie taki dyskomfort, bo nie przychodziło mi to nawet do głowy. Po prostu zwyczajnie nie pomagałem i był spokój. Nie wiem skąd mi się to teraz tak nagle wzięło i dlaczego akurat na mnie wskoczyło to nieporozumienie skoro mogło wskoczyć na kogoś potencjalnie innego i jego dręczyć. Kiepsko się z tym czułem, bo drażnił mnie ten dziwnie pojawiający się ciężar odpowiedzialności za innych, dreszcz z poczuciem winy i parcie współczucia. Powiem szczerze, że jest to bardzo dziwne doświadczenie, trochę podobne do roztrzęsienia od niedoboru magnezu i próbowałem różnych rzeczy żeby to z siebie wypędzić, bo nawet tych których wcześniej nienawidziłem teraz obdarzałem zrozumieniem i radością. Ja, alergiczny na jakiekolwiek społeczne lub indywidualne poświęcenie byłem lekko oszołomiony, więc moje pierwsze wrażenie tego ataku na mój egoizm było jak wszelakie zresztą inne ataki na mnie, które kiedyś miały miejsce i ograniczały moją wolność, czyli negatywne i buńczuczne. Zawsze winiłem najpierw innych lub tylko innych i uważałem, żeby raczej natychmiast biczować tych, którzy od swojej napastliwości względem mnie zawinili niż ich przytulać, wybaczać i doszukiwać się winy w trudnym dzieciństwie. Ich dzieciństwo po prostu mało mnie obchodziło a co dopiero dorosłość. Nie pojmowałem tego w sobie niepokoju, bo (...)
--- full text ---
Tamtego razu, gdy szczęście zapukało rano do moich drzwi byłem owinięty tylko ręcznikiem. Akurat brałem prysznic i miałem zaraz wychodzić. Człowiek nigdy nie wie kiedy nadejdzie, więc nie jest w pełni na nie przygotowany. Przecież nie będę cały czas siedział w domu mając nadzieję, że to właśnie akurat dzisiaj pod moim adresem będą je rozdawać. Można tak nie raz siedzieć i czekać całe życie, a ono może nawet w ogóle nie pomyśli, żeby do ciebie na chwilę wpaść. Poza tym takie szczęście w szarej codzienności to raczej rzecz nienamacalna, więc tym bardziej powinniście zrozumieć moje zdziwienie, że to właśnie dzisiaj nadszedł ten wreszcie upragniony i długo wyczekiwany dzień. Nawet nie zapytało czy nie przeszkadza tylko odrazu weszło buciorami przez próg i rozglądając się po całym mieszkaniu zapytało czy aby na pewno trafiło pod dobry adres. Bezczelne szczęście. Jakbym na nic innego w życiu nie czekał tylko na nie. Odpowiedziałem, że lepiej trafić nie mogło. Szczęście, jak na swoją rolę do odegrania było trochę za kapryśne, za opryskliwe, nie w humorze i obolałe, jak jakieś raczej nieszczęście, a nie szczęście, więc szybko zrobiłem kawy z mlekiem i poczęstowałem jedną tabletką paracetamolu, żeby postawić je na nogi. Tak wiele tego szczęścia wszędzie do rozdania na całym świecie, że ciągle jest to szczęście zabiegane. Powiedziałem dla pocieszenia, że chyba jest coś z ciśnieniem, bo (...)
--- full text ---
Przez całe życie słyszałem, że śmiech jest lekarstwem na wszystko, więc też jak inni chciałem wreszcie spróbować, a nie tylko patrzeć z boku. Początki we wszystkim bywają trudne, więc w pierwszej fazie tylko się uśmiechałem, jak to się mówi pod nosem. Niewiele tego było i wychodziło mi to niezdarnie, a jak ludzie się patrzyli to nawet nieśmiało i wstydliwie, jak to ze wszystkim, gdy się zaczyna. Nigdy tego wcześniej nie robiłem, więc nie ma co się dziwić, że nie miałem wprawy. Uśmiechy z perspektywy kilku dni prób i błędów może nie były za super wyjątkowe, ale już wtedy zauważyłem w sobie znaczącą poprawę. Kręgosłup, który mi dokuczał przestał boleć i nabrałem męskiej postawy. Odkąd pamiętam, zawsze byłem zgarbiony z nosem przy ziemi, więc teraz, wyprostowany, widząc więcej nastawiłem się do świata o wiele bardziej pozytywnie niż wcześniej. Zacząłem jeść i pić, bo przez depresję, która nie wiadomo skąd się przyplątała dwa tygodnie nie miałem nic w ustach. Samopoczucie mi się przez to poprawiło i nastrój. Rozjaśnił mi się umysł i pojawiły nowe pomysły na życie. Chciałem się ożenić i zostać sportowcem, oczywiście to tylko na dobry początek, bo pomysłów było o wiele więcej, a że było jeszcze w tym kierunku sporo do zrobienia, więc nabrałem zdecydowanie większej ochoty na uśmiechanie się. Żeby mój uśmiech był odbierany przez innych naturalnie i przyjaźnie musiałem (...)
--- full text ---
Dziś zakładowy Manitu był od rana wyjątkowo złośliwy. Wylał wodę na podłodze i kolega się przewrócił z pokrywkami, robiąc dużo hałasu. Ja za chwilę uderzyłem się w półkę nad zlewem, bo mnie popchnął. Następnie wysypał mąkę i musieliśmy zamiatać. Latał jak opętany, tam i z powrotem, niewidzialnie robiąc wiatr, a że byliśmy z kolegą po spowiedzi, to po mimo tego wszystkiego byliśmy spokojni. Manitu chciał żebyśmy się zdenerwowali i stracili panowanie nad sobą, bo zazdrościł nam dobroci i optymistycznego nastawienia do życia, które z nas emanowały, a dla niego były wrogiem numer jeden i dwa. Nie pozwalaliśmy mu tego zburzyć. Manitu był wściekły. Rozwalał ziemniaki z pojemnika, darł kartki papieru i buszował w pojemniku na śmieci. Związaliśmy worek i położyliśmy go na zapleczu zachowując spokój. Manitu nienawidził spokoju, szarpał workiem i nie dawał za wygraną. Wiedzieliśmy, że uciekł z piekła i nie wie jak wrócić. Mogliśmy go zniszczyć tylko naszym opanowaniem i dobrocią. Głaskaliśmy go na przemian po wydętym od zła brzuszku opowiadając ładne bajki. Z godziny na godzinę, jak brzuszek mu się zmniejszał, a on już przestawał się szarpać, to wiedzieliśmy, że przemieni się w dobre stworzenie. Pod wieczór otworzyliśmy worek i wyskoczył z niego rudy jamnik merdający przyjaźnie ogonem. Daliśmy mu trochę wody i miskę suchej karmy, zjadł, podziękował szczeknięciem, a kolega go zabrał (...)
--- full text ---
Siedzę na kiblu dobre pół godziny i nic, nawet kawałka. Ja wiem, że temat gówna nie jest fajny i mało się o nim rozmawia, ale zatwardzenie każdy miał, ma, albo mieć będzie. Za każdym razem jest tak samo. Dupa marznie, nogi drętwieją, jelito grube skrzypi, a czas przemija. Smsy zostały przeczytane, gazeta też, szklanka po herbacie stoi pusta na pralce, a tu jak nic się nie ruszyło tak nic. Człowiek w takich momentach zadaje sobie bardzo dziwne pytania. Oczywiście najlepiej by było żeby ich raczej nikt nie usłyszał, bo mają w tym miejscu wymiar cholernie osobisty i przeważnie są związane z gównem, które nie chce za cholerę wyjść. Wszystkie dotychczasowe podróżnicze marzenia teraz zlepiają się w jedno najważniejsze o rychłym rozwolnieniu. Po pewnym czasie jednak człowiek zaczyna wątpić w powodzenie tej gładkiej akcji lawinowej i gdy jego myśli są już na straconej pozycji nie wiadomo skąd pojawia pomocna dłoń. Oczywiście nie wiem jak to wygląda w waszych sytuacjach i jak sobie z tym radzicie ogólnie, a w szczególności kto wam pomaga, ale w mojej zawsze pojawia się krasnoludek. Wychodzi z pod wanny, wskakuje na sedes, nic nie mówiąc rozpycha się i wślizguje do środka. Czuję jak rozpycha moje jelita i uderza kilofem o ścianki. Za każdym razem bardzo mnie wtedy boli, a później wychodzi z pełnym workiem gruzu na plecach i znika pod wanną. Powiem wam szczerze, że tak naprawdę to nie chciałem wam tej historii (...)
--- full text ---
Po tym soku stał mi całą noc, nad ranem, gdy się obudziłem też. I nie poszedłem przez to do pracy, bo stał mi do dwunastej, później całe popołudnie i podwieczorek do dwudziestej. Okładałem go lodem, ale nic to nie dało. Nigdzie nie wyszedłem przez to z domu nawet, bo się wstydziłem. Sąsiedzi by mnie pewnie za jakiegoś zboczeńca wzięli. Dopiero mi opadł następnego dnia po śniadaniu. Poczułem wreszcie ulgę. Muszę uważać na tego rolnika co mi te selery sprzedaje. Ten sok to istne wariactwo, muszę teraz wypróbować z marchewki.
Nie przepadam za jesienią, a za zimą to już w ogóle. Normalnie żyć się nie daje w ten ziąb. Szkoda, że nie ma u nas ciepłego klimatu. Motor muszę odstawiać na przechowanie do garażu i bujać się komunikacją, totalna porażka. Któregoś razu zdarzyło mi się być na bazarze przy wolumenie w tą cholerną zimę akurat, bo pojechałem po jakąś końcówkę do kabla, czy adapter, już nie pamiętam dokładnie co, ale nie ma to teraz najmniejszego znaczenia. Tak chodząc i szukając od stanowiska do stanowiska tego czegoś, czego wtedy szukałem zatrzymałem się przy stoliku pewnego magika, który sobie handlował dziwnymi rzeczami. Rozśmieszył mnie koleś, bo przebrany był za takiego alladyna co jak byłem mały to w któreś z bajek wychodził z lampy. A najśmieszniejsze było to, że on do tej lampy przy mnie wchodził i wychodził, tak zwyczajnie, jakby znikał i powracał z drugiego pokoju coś bez przerwy przynosząc i dokładając na swój stragan. Przykuł moją uwagę pilot do telewizora, który nie służył do przerzucania kanałów tylko do przewijania dni. Stwierdziłem, że kolesia na pewno wypuścili z wariatkowa, albo z jakiegoś innego zamkniętego cholerstwa. Kosztował jeszcze do tego dwie i pół stówy. Normalnie puknąć się tylko w czoło i odejść. Mimo to nie odszedłem, a co gorsza dałem się namówić na kupno. Magik wytłumaczył mi wszystko dokładnie i ostrzegł, że moje przewijanie nie ma powrotu i jest zjawiskiem nie (...)
--- full text ---
Wezwaliśmy hydraulika, bo się rura zapchała. Rozstawił narzędzia w pośpiechu skarżąc się na korki i zaczął odkręcać kolanka. Poprosił o śniadanie, powiedziałem mu, że jeszcze nie zasłużył. Zrobił dziwną minę, no pewnie, obraź się najlepiej, mówię do niego. Pełno przed tobą było takich, co się najadali, a niczego nie zrobili, rozkładali później ręce z pełnymi brzuchami, że nic nie poradzą, bo nie mają odpowiednich narzędzi, albo fachowej wiedzy i odchodzili. Temu też przez dłuższy czas nie szło, nawet sprężyną, bo widziałem po jego minie i bordowej twarzy, że jest wściekły. Chyba mu nadepnąłem na ambicję tym wcześniejszym stwierdzeniem, bo w końcu z tej bezradności rozebrał się do naga, nasmarował jakimś szlamem, czy śluzem w kolorze rury i wślizgnął się do niej elastycznie, jakby do skóry węża, która połknęła go w całości. Nie dowierzaliśmy przez chwilę w to co widzieliśmy, ale może dorabia w cyrku, jak wróci to go spytamy. Pojechał w dół kilka metrów i przepychał rurę obracając sobą jak tylko się dało. Zajęliśmy się własną robotą, a on swoją. Po jakimś czasie krzyknął, żeby puścić wodę to się zobaczy, tylko wolno. Tego wolno niestety nie usłyszeliśmy, więc jak chlusnęło z całej siły z tego kranu to porwało nam bidulkę dobre pięć pięter w dół. Spłukało z niego cały ten szlam poślizgowy co miał na sobie i się zaklinował. Liną próbowaliśmy go (...)
--- full text ---
Imieniny u kogoś niechcianego z poczucia obowiązku to najgorszy moment. Pot wychodzi z człowieka podwójnie. Krawat dusi, koszula gryzie, a w głowie masz jedną wielką pustkę jak grzyb atomowy. Tematy się kupy nie trzymają, o ile jakiekolwiek w ogóle się pojawią, bo jak nie masz ochoty gadać to i nie ma o czym gadać. Wcześniej czy później pojawią się dreszcze szczerej niechęci i zaczynasz być nerwowy. Zeżarłeś po kryjomu całe opakowanie magnezu i wypiłeś dzbanek melisy, ale to i tak nic nie dało. Jesteś bez wyjścia, bo zazwyczaj jest o wiele więcej dostępnych opcji aby ominąć ludzi z którymi nie chcesz gadać. Na pewno nie musisz jeść z nimi rosołu, odwracasz się po prostu i odchodzisz, bo oczywiście się śpieszysz jak nigdy. A tutaj musisz siedzieć, bo rodziny się nie wybiera, bo rodzina jest przybita do ciebie jak gwóźdź w betonową ścianę. Więc ogólnie rzecz ujmując imieniny jeszcze nie są takie złe, bo zawsze możesz wziąć za kogoś dzień w pracy i wywinąć się nie możnością przyjścia. Najgorsze są jednak święta, bo w święta się nie pracuje i rodzi się brak argumentów. Wszyscy usiłują być dla siebie mili, bo nie wypada być nietaktownym. Jedni są wierzący, drudzy nie, nie wiadomo jak te tradycyjne obrzędy rozpocząć skoro strona niewierząca już by najlepiej usiadła, zeżarła barszcz i włączyła debilny telewizor, a dzieciaki które w ogóle nie wiedzą co to dyscyplina bez pozwolenia (...)
--- full text ---
Stiopa był zawsze pewny siebie. Nawet wtedy, gdy po włamie wynosili z rudym właściciela mieszkania w dywanie. Według cynku kwadrat miał być pusty.
- Miał być pusty, kurwa! – Stiopa potwierdza to, co już oboje wiedzą.
Informator dał dupy i pewnie za to jeszcze nie raz da. Fakty okazały się dyskretnie mówiąc nieoczekiwane. Inne niż wszystko z czym się dotychczas spotkali. Janosikowy profecjonalizm został nadgryziony przez szczękę niewiadomej. Po ich srebrnym metaliku renomy ktoś przejechał gwoździem. No może nie do końca jakiś tam ktoś, tylko jebany informator.
- Dojebię mu, bez kitu! – przysięga rudy.
Fakty wylały gorycz zawodu. Zasrały ich aktualne położenie i nie tylko. Można powiedzieć, że kał jest wszędzie. Od stóp do głów.
- Panowie, co tutaj robicie? – pyta starszy, szurając kapciami z dużego pokoju.
Przedpokój wypełniło już wcześniej zauważone zdziwienie. Stiopa i rudy wpatrują się w dziadka. Zapowietrzyli się. Pewnie kratka od wentylacji z pół roku nie czyszczona.
- Wpadliśmy obejrzeć pusty kwadrat. Ponoć na sprzedaż. Co tu robisz dziadek? Na wnuczka czekasz, czy co? – nie czekając na odpowiedź rudy ciśnie dalej – Z relacji twojego zieńcia miało cię tu kurwa nie być! I co? Nie chciało się rozruszać wapna w szczudłach? A propos ponadstuletni, weź uchyl któreś z okien. (...)
--- full text ---
