7 november 2011

poetry

Sztelak Marcin
Sztelak Marcin

Mniej więcej z piątku na poniedziałek

Zaciskam powieki środkowymi palcami,
byle się głupie sny nie powyrywały,
nawet najkrótsze, poprzerywane jawami.
 
Dookoła ściany, puste, od kiedy
fotografie
spłonęły w czerwcowych upałach.
Duszno,
okna szczelnie zamknięte, zabite
gwoździami.
 
Na zewnątrz czai się dzień pełen
twarzy,
słów rzuconych na wiatr, przysiąg
złamanych.
Na szczęście noc kolory zatrze, nawet
koty
staną się czarne. Czterej jeźdźcy
odjadą,
w ślad za nimi ostatnie taksówki.
 
Będzie można pokrążyć w
poszukiwaniu skórek
chleba powszedniego, ostatnich butelek
absyntu,
zadymionych barów z bohemą, w trupa
zalanych
pegazów, muz chętnych ze znużenia.
 
I tak się wszystko rozpłynie w
poranku. Słońce
wymaże obrazy, znów oczy trzeba
będzie zamknąć,
czekając na przewidywalny ciąg
zdarzeń.
 

agnieszka_n
7 november 2011 at 18:12

Wiersz jest naprawdę dobry, ale "powyrywały i poprzerywane" jest zbyt blisko siebie. Ostatnia strofa- świetna. Pozdrawiam :)

report

lajana
7 november 2011 at 20:29

:-) Ucieszyłam się znajdując Twój wiersz! Biorę i rymy, i inwersje. :-) Bardzo mi te "skórki chleba powszedniego", "w trupa zalane pegazy" - te są cudko! Pozdrawiam ślicznie!

report

Contact with us



Report this item


You have to be logged in to use this feature. please Register