Odliczam godziny za pomocą kamieni i zardzewiałej puszki.
Nocami tworzę poemat z węzełków kipu. Słucham ptaków
porozmieszczanych niczym latarnie. Punkty odniesienia
wijące gniazda z czego popadnie.
Z rzadka słychać dzwony. Niewyraźnie się plączą w koronach
drzew. Czasami trafi w nie piorun. Rozłupie aż żywica splami
nieskazitelną biel prześcieradeł. Rozłożonych na wszelki wypadek.
Gdyby szyszki miały spadać jak śnieg.
Zdziczałe koty leniwie baraszkują. Omijane przez zbieraczy
leśnego runa. Okna mojej chaty są wiecznie zamglone.
Nie rozróżniam poranków. Wieczorami jest wyraźnie chłodniej.
Odgłos kroków zanika w ciszy. Nie mogę krzyczeć.
Zagłusza mnie rechot żab.
Panie Marcinie. Nie wiem, czy czytał pan serię wierszy Mirki Szychowiak o Gustawie. Są tu, łatwo je znaleźć. Pana peel miałby w Gustawie przyjaciela. Pana peel wycofany do wewnątrz siebie, pisze poemat, a Gustaw jest niepiśmienny, ale pewno by się dogadali.
report
Obrazowo i bardzo "le śnie". Dobry wiersz.
report
cud miod malina ! znow piekny wiersz Marcinie przepraszam ze w poprzednich ktore czytalam nie zostawilam sladu:( mam sporo zaleglosci w czytaniu...wybaczysz prawda:)
report