Set (Filozolo)

Np kilka cytatów z jakiś knig, co napisał ktoś tam, a ja się zgadzam:


“Świadomość tragiczna czuje konieczność życia w świecie i zarazem niemożność urzeczywistnienia w nim wartości, które jedynie uznaje za cenne.”


albo innymi słowy:


“Ponieważ jest jednocześnie dwóch światach, które pogodzić się nie dają, odczuwa swą egzystencjalną sytuację jako coś nieznośnego: wieczne napięcie, nieusuwalny konflikt, rozdarcie. Jednoska ludzka jest w obu światach i - paradoksalnie - w nich nie jest. Nigdzie nie przynależy na prawdę, bo gdy zbliża się do jednego świata, oddziela się od drugiego, gdy zaś o dugiego wraca, opuszcza pierwszy. Przeto żadnego miejsca w przestrzeni nie uznaje za własne z tej jeszcze przyczyny, że nieskończoność jest dlań po prostu nieosiągalna, a skończoność nie do przyjęcia. A zatem nie ma tu jednoczącego ładu, istnieje jedynie budzący trwogę świat nieusuwalnych sprzeczności.”


Albo jeszcze:


“Trzeba się pogrążyć w żałobie po każdym obrazie, po każdym przedstawieniu.”


(//Leszek Kołakowski i sceptyczna filozofia człowieka - Damian Michałowski, wyd. Universitas)




To jest banalne, tylko brzmi profesorsko, ale mam w rzyci profesurę, interesuje mnie tylko umieranie. Tylko nie pluj na mnie za tą quasi-profesurę, bo mi się wydaje, jak mówię, że Ty myślisz tak samo, a ja tylko ubieram to w fajnie brzmiące sformułowania, tzw. aforyzmy. Jak mnie olejesz w sensie zastosujesz nadmierny krytycyzm to będę czuł się jeszcze bardziej samotny : (. Ale chuj.


No a teraz ze mnie (dawkuj sobie jak chcesz żebyś nie ocipiał bardziej niż ja, chociaż nie wiem, czy to możliwe.)


I.


“Modlitwa więźniarek z Ravensbruck - czyż ten ogromny cień nie jest tyglem? W Śmierci staniemy się złotem najczystszym... jedyny optymizm, na jaki potrafię sobie pozwolić. Ale poza tym - najbardziej radykalny. Dlatego nienawidzę pewnego rodzaju wątpliwości... a może i samego siebie. Więc pieprzyć wszystko, co nie sprawia, że stanę się złotem najczystszym... Ale przez ziarno i kąkol, przez Krzyż - mawiają - niemalże wszystko może mnie ku temu prowadzić...“



“Czcigodny, bynajmniej nie ironizując, bo w takich sprawach nie ma miejsca na drwinę... a więc czigodny Mr. Chesterton - ależ ja właśnie pytam, czym jest krzesło!“


“Są pisarze, którzy wżynają się w rany, a potem w nich wiercą. Po coś? Po nic? Uczą mnie Nadczłowieka? Chcą być zajebiści?”


Brave New World - już jest, z jednego prostego powodu - zapomnienia o Śmierci. Nietzsche wrzucałby każdego w śmierć, Katolik wskazywałby na życie pośmiertne, ja? Chyba nikomu nie będę sprawiał problemów, udam się do getta.


II.


Nie mogę pozbyć się wrażenia że to wszystko jest niewiele więcej niż nicością. Różni się od nicości o tyle, że się prezentuje.


Jestem więc tym Dasein które ma spaczony mózg. Mózg sobie coś roi. Mózg jest bogiem.


Trudno mi pojąć wiarę inaczej, niż jako modus vivendi, energię psychofizyczną i ekstazę.


Wrzucony w istnienie, przywiązany do czegoś w granicy błędu pomiaru.


Śmiejcie się ze mnie, ale dwa filary mojego temperamentu myślowego to Nietzsche i Matka Teresa.


III.


Pomimo że nie widzę ani grama sensu mojego istnienia, życie jest fascynujące. O tym z resztą myśli się jako eschatologii - tam dopełnienie wszystkiego, co tu jest na granicy błędu pomiaru.


Miarą jest... ile zrobię dla Miłości... ma to chyba sens alegoryczny... ktoś dla miłości odcina ucho, ktoś dla miłości buduje spichlerze... zupełnie odmienne temperamenty, a jednak na jakimś gruntownym poziomie - wychodzi na jedno.


Ale też trudno przekroczyć siebie, jeśli nie ma żadnego siebie... trzeba siebie stworzyć a potem przekroczyć? Studiować Kazimierza Dąbrowskiego, budować zamki z piasku, domki z kart? Zaczynać dom od dachu?


A jednak trudno opędzić się od wściekłości: skąd to wiadomo?! Na jakiej podstawie?! W wolnych chwilach - można być żonglerem Najświętszej Panienki…


ale trudno przyjąć zakład Pascala, niekiedy, leżąc i kwicząc, leżeć żeby wstać a jak nie wstać to poleżeć, przeczytałem kiedyś takie hasło. W końcu i tak się wstanie. Urośnie szósty palec albo straci się ucho. Albo skoczy cukier. C'est la vie…


Myśli się wówczas jak głupia jest wszelka zmiana. Zmiana, która nic nie zmienia. Stawanie się bąbli śliny. Medytować wówczas nad fizyką cieczy albo wódkę lać. Nietzsche mógł być jeszcze zachwycony tym, że jaki to ja nie jestem genialny, ale Nietzsche is dead.


W takich stanach nawet Nietzschego by się powiesiło na drzewie, może za lewą nogę, głową do dołu.


V.


Jestem może geniuszem ambiwalencji, Prufrokiem gigantomachii, Dawidem własnego imbecylizmu. Gdybym samego siebie potrafił choćby i zaszantażować, ale ja się sobie wymykam.


Kocham de Chardin, ale chyba w nic - mniej nie wierzę. To radykalnie eschatologiczna, albo radykalnie alegoryczna (jak odróżnić jedno od drugiego bez transcendentale albo decyzji?) eklezjologia.


Najpewniejszą nauką o człowieku na tę chwilę wydaje się - prymatologia. Wszystko wyżej się chwieje.


Mówią, że Darwinizm przeczy II-giej zasadzie termodynamiki. Ale na moje oko nie. Człowiek jednak entropijny.


Może to jak z h/Historią. Są przypływy i odpływy. Ja przypływy nazywam "chrzczeniem". Odpływy - "Nicością".


Tyle chyba można wyciągnąć z Nietzschego - jeśli coś kochać, to świadomość. Ale to nie to samo, co afirmacja albo wola mocy. Nietzsche chciał może być potężny, bo się zesrał w obliczu chaosu, który nota bene sam wykoncypował, może z jakiejś traumy.


W tamtych czasach przystałbym raczej do purytanów.



Jedyne, co przeszkadza mi żyć, to ja sam - albo moje w sumie nastoletnie kompleksy. Poza tym - staram się myśleć o sobie, że nie boję się cierpienia...


VI.


Platonizm chrześcijański - właściwie nie sposób być daleko od Boga...


Piekło? Tysiąc lat czyśca... ale piekło...?!


"Lepiej w piekle z Chrystusem niż w niebie bez Niego..." - Meister Eckhardt. Moje życie - Święty, gdyby to co zmieniło, mógłbym iść z Tobą do piekła...


Leibniz, wbrew Wolterowi, nie mówił chyba, że ten świat jest zajebisty, tylko, że zło jest do czegoś potrzebne...


VII.



Posthumaniści. Może i mają rację w tym, że do pewnego stopnia można się przeprogramować. Ale ich filozofia bierze się chyba z resentymentu w stosunku do wartości, które zawiodły, a może i z rozpaczy. Trudno by mi było to potępić. Sam, słysząc niejedną obietnicę, unoszę brew. Dlatego staram się ich nie słuchać - przypominają o porażkach. Może jeszcze Kafka ze swoim pomieszaniem Nieba i Piekła. No i zawsze można się ogłuszyć, wpaść w katatonię. Trzeba być bardzo młodym, żeby się w stosunku do takich tematów wygłupiać. Ale, z drugiej strony, Hello, czy ktoś jeszcze czuje się wykluczony ze wspólnoty Świętych?


Semir Zeki... ta "platońska projekcja", mózg bogiem, Feuerbach... ale dlaczego w ogóle to robi różnicę? Jakie jest źródło tego rozdarcia? Ścićle rzecz biorąc, jakie to ma znaczenie, czy Bóg istnieje, albo czy jest życie pośmiertne?


I czyż dzięki Blumenbergowi nie okazało się, że nie jesteśmy tak bardzo odlegli od Neandertalczyka?


Ma się więc ten temperament tragiczny. Być może w ogóle istnienie tej małpy o wyspecjalizowanej korze mózgowej, Homo Sapiens, jest tragiczne.


Dlatego czasami mówię, że wszystko, co ludzkie, jest bez sensu. Realne życie kręci się właściwie wokół żarcia i wysrywania, ale to nam nie wystarcza, więc marzymy o gwiazdach.


Jaki z tego wniosek? Nie wiem. Muszą być jakieś genetyczne albo genealogiczne korzenie tego, i co właściwie by się stało, gdyby je wyrwać? Mam na myśli, kim był-by człowiek przysłowiowego Piketty'ego? A kim będzie człowiek za kolejne 2.000, 10.000, 1.000.000 lat?


Na razie jeszcze nie jesteśmy do końca pewni, czy należy zastosować dobrowolne wyginięcie gatunku. Ale tak właściwie, to po co?



IX.



Czyli obłęd... da się z tym żyć, problemem jest tylko bezcelowość.


Świat jest niesmaczny. Może to dlatego, że ja jestem niesmaczny. Spacerują tu i ówdzie te apollińskie dziewczęta, ale cóż mi z tego?


Upadek - trudno to sobie wyobrazić. Intelekt raz wzbija się, kiedy indziej zaciemnia. Najściślejsza definicja upadku jest chyba u św. Tomasza. No zaciemnienie i tyle.


Ale może to fenomenologia. Ile razy można się nawracać? Jest to miłe - być nawróconym tragikiem. Ale jednak nie można obejść myśli, że to kłamstwo.


Wydaje się wówczas - prawda jest warta więcej. Ale dlaczego właściwie, skoro i tak czuje się pustkę?



X. (boo!)



Pisze się, żeby pobudzić - używając języka Ionesco - jakieś centra energetyczne. Jakby nie było sensu pisać, skoro nikt nie czyta - ale po co ma czytać, skoro i tak czuje się pustkę.


Może zaiste jedynym celem życia jest śmierć.


XI. My Heart for you, Mr. Manson.


1. Życie jest przetwarzaniem energii. Owsiankę przetwarzam w myśl, w moje ukochane transcendentale. Nawet, jeśli Wszechświat jest zupełnie martwy, my żyjemy. To nie do końca jak u Nietzschego, że życie jest formą śmierci. Badania nad DNA i wgl. wskazują co innego. W pewnym senie, raczej - nawet śmierć jest jakoś żywa - tj. fenomen śmierci, fenomen nicości - jest daną umysłu, który żyje, przetwarzając owsiankę w transcendentale. Ale to wciąż takie DaDa, magiczna latarnia, przynajmniej, dopóki nie interesuje Mrowisko.

2. Niemniej jednak choćby łamanie perspektywy u Breughla wskazuje, że nawet w najbardziej fizykalnej rzeczywistości są rzeczy ukryte. Karl Jaspers zastanawia się nad przedmiotowością swojej Transcendencji - musiał być jako psychiatra świadomy tego, że umysł szuka wzorców, i to, co w jednej chwili bierzemy za pikującego ptaka, w kolejnej okazuje się jakimś kłębem pyłów unoszącym w powietrzu. Ale możliwe to i w drugą stronę - przenieść się w świadomość genetyczną dzieloną z rybami, odkryć Matrycę fizyków - co sprawia, że kościec matematyczny praw fizycznych obleka się w aktywną, zmienną energię?, dostać się w któryś z n. wymiarów...

3. Jeśli na poziomie fizykalnym istnieje doskonałe zestrojenie, które nazywa się sensem, to skoro wszystko da się opisać (choć nie ma takiej konieczności) językiem matematyki albo fizyki, nasze akty świadomości i wybory również mają opisywalny matematycznie i fizycznie sens. Piękne zdanie analityczne, ale co dalej? Przetwarzać tą energię, patrzeć na wzorki tu czy tam, ot co, chociaż pomału to się zaczyna nudzić. Ghost in the Shell, albo, jak ja to nazywam, gra bez fabuły. W tym wymiarze Śmierć łączy się raczej z nadzieją - jako Nieznane, skoro przestały fascynować nawet książki popularno-naukowe.

4. Pascal twierdzi, że Objawienie jest zarazem zaciemnieniem, natomiast strukturyzuje to sobie taki sposób, że pełne Objawienie byłoby dobre dla intelektu, ale złe dla woli. Więc Bóg się w pewnym sensie z nami bawi. To jak katharsis - zbudował nas na takiej matrycy, że sobie rozpoznajemy te wzorki, coraz lepiej, co by nie mówić, jakkolwiek większość rzeczy, przynajmniej dla niektórych temperamentów, nie ma najzupełniej żadnego sensu. W najlepszym wypadku kolekcjonuje się po prostu interesujące albo nawet kuriozalne stany umysłu.


...

5. Teraz jest demokratycznie. My, amerykańscy traperzy, albo łapserdaki, wolni, budujemy wszystko od podstaw. Niewiele nam kto dał - najwięcej może lektura Moby Dicka. Ale my budujemy wszystko od podstaw. Nie ma papieża, nie ma prezydenta, nie ma Ojców Założycieli. My, amerykańscy traperzy, łapserdaki, budujemy wszystko od podstaw. Dlatego to jest jakie jest - w spadku jedynie Boże synostwo, z którego i tak niewiele kto sobie robi, skoro Bóg jest Największym, ale i Najmniejszym, czyli to po prostu klasistowski bełkot ; ).

6. Świteź - Sweetest. Świat - Sweet. Albo: Sweat. "Sweet as a sweet, bitter as dry. Sometimes tastes like wine."

7. Trzeba stawać na palcach. Ale się nie chce, panie, nic się już nie chce.

8. Jeśli matematyka modeluje i to precyzyjnie rzeczywistość, to co z Anzelmem? Ale ktoś już powiedział - różni się moneta którą mam od tej, o której sobie fantazjuję. Jednak można to rozwijać jeszcze dalej - wedle: "Aniołowie więcej są warci niż małpy". Oczywiście - to moje uroszczenie, trudno nie pozbyć się tej myśli. Ale inaczej - o czym świadczy, że sobie roszczę?
Skąd ta fantazja? Zwierze łatwo zaspokoić, natomiast człowieka w ogóle się nie da. To jest ta, jak ja to nazywam, DZIURA. W człowieku jest DZIURA. Trzeba by to matematycznie przebadać, dlaczego akurat nigdzie poza człowiekiem nie ma DZIURY. Póki nie przebadam, to nic nie powiem, że sublimacja, ale dlaczego musimy sublimować? Freud miał swoje ideololo z tym związane, ale równie dobrze można przyjąć każde inne. Człowiek jest nacięty, ciągle musi dalej - w jakikolwiek sposób. Człowiek jest - ambicją. Wszystko co robi robi z dziury (z pizdy?). To taki wyjazd ponad prymatologię, ale serio, kamraci, muszę to zbadać matematycznie, tylko nie umię. Prędzej fenomenologicznie. Najprostsza (odpowiedź) - że skomplikowany mechanizm łatwiej ujebać. Dziura nadwyżką, dziura ościeniem, dziura dziurą, w dziurze się urodziłeś i w dziurze zdechniesz. Dobra, winko, sweet winko, ale fuck my life, o co come-one? Wystaje człeczyna ponad przyrodę.

Contact with us



Report this item


You have to be logged in to use this feature. please Register