Biedny pomocnik kucharza czyta Ecce Homo F. Nietzschego
“Patrzyłem na łepek od szpilki. Reszta zaś najzupełniej w świecie tonęła; był więc tylko łepek od szpilki i wielka toń. Byłoby-ż to bajką, jak wszystko?”
- Motto
Błąkałem się od kramiku do kramiku, ostatnimi czasy znów piastuję myślami Herr Nietzschego. Jedyne, co mi przyszło do głowy, to że nie trzeba go czytać “Arystotelesowsko”, a może i wgl. nie trzeba go czytać. Choć przyznaję - zmieniłem zdanie - zazdroszczę mu tych górskich pustelni i pasji życia i arcytalentu stylisty. Ale jest egzystencjalistą i chyba nie ma sensu dochodzić, o co mu chodzi, czyta się go tak samo jak Kierkegaarda albo Rilkego, czyli, gdyby ktoś pytał, o czym on pisze, to powiedziałbym “o sobie, o sobie, o sobie”. Trochę jak ja!
Nietzsche to może taki tamtejszy Stachura pół wieku wcześniej. Wartości nowych jak dla mnie nie wynalazł, bo chyba się nie da, żył negacją, negacja dawała mu paliwo. W Ecce Homo pisze sporo o funkcji majeutycznej i wyobraziłem sobie, że olałbym te wszystkie jego publikacje i pojechał do Turyngii z nim pogadać, a może wtedy by mnie oświeciło… chociaż i Stachura rozczarował się Krishnamurtim, więc podejrzewam, że i ja rozczarowałbym się Nietzschem.
Budzi się we mnie duch - decadance -, kiedy myślę - o, ileż tych rozczarowań! Tak, nienawidzę Nietzschego w pewien sposób, bo tyle obiecywał… jak mówiłem, kramiki, tu kramik Nietzschego, tam Loyoli - ot, kramiki, kramiki, kramiki. Może za mikry jestem na te kramiki, a tylko z racji nadmiaru lub braku kilku neuronów mam te tragikomiczne “potrzeby”, jak to napisał de Unamuno, cytuję z pamięci - “wszystkim czegoś brakuje, ale nie każdy jest tego świadomy”.
Więc przyjmuję strategię - “odpowiedź żyje z pytania”. Odpowiedzi znajdują się, a potem umierają. Odpowiedź trwa pół godziny albo dwa dni. Między tym jest, jak to mawiał Herr Nietzsche, duch decadence, albo mizeria. Wszystko tonie w biedzie, pisałem o tym, wszystko krwawi, wszystko ma nadżerkę, wszystko tyje i wgl. jest mało sexy, wyrażając się nonszalancko. Wszystkiego jest za mało, kiedy nie ma odpowiedzi.
Pytanie z resztą jest nieme. Pytanie to po prostu dziura. Po to błąkam się po kramikach, żeby uszczknąć sobie jakiegoś czasem kraba albo łososia. To poniekąd wewnętrzne doświadczenie, mógłbym nazwać się może gastronomem życia wewnętrznego. Ale pytanie jest nieme, to po prostu głód, to po prostu nędza. Ja nie mogę patrzeć na swoją nędzę, bo jestem nędzniejszy niż większość, z racji mojej nadżerki, z racji mojego głodu, z racji tego, że, jak u Unamuno, mi brakuje jeszcze więcej, niż wszystkim. Mam tą świadomość ostrą jak żyletka, i błąkam się od kramiku do kramiku.
Więc pytanie czy głód różnie się zaspokaja. Jeśli jestem pomocnikiem kucharza w lokalnej knajpce, to mogę zwrócić uwagę na jedną rzecz. Spójrzcie na kompozycję dań. Steka je się samego, do pierożków mamy skwarki, szpinak podaje się zawsze z kwaśną śmietaną. Do dań z kapusty nikt przy zdrowych zmysłach nie poleci kawy. Ziemniaczki podajemy z masłem i surówką, pasują do wszelkiego rodzaju mięs.
Więc są te różne odpowiedzi czy potrawy. Na przykład arystotelesowskie i egzystencjalne. Egzystencjalny jest Nietzsche albo Baudelaire. Mnie oni chwytają za jaja albo dają mi z bańki i mówią - “teraz rozumiesz?” A ja na nich patrzę i mówię, cholera, rozumiem, proszę o jeszcze. Ale oni nic więcej już mi dać nie chcą, tylko bredzą coś o swojej misji, która, jak wiemy, i tak się nie powiodła. Dlatego wzorem niektórych odmian zen, w których adept ma pokonać w walce swojego mistrza, odgryzam się Nietzschemu swoim wysilonym grubiaństwem. Ale to jest chyba tok egzystencjizmu. Nietzsche daje mi z bańki, pyta, czy rozumiem, a potem wznosi toast za samego siebie. Powodzenia, Nietzsche!
Ale te arystotelesowskie to jeszcze co innego. Arystotelesowski jest Leibniz albo wgl. pozytywizm. Każdy wie z czym to się je, a zasadą tego jest chyba stosunek sądu do przedmiotu. Piękne gmachy budują arystotelicy. Arystotelicy budują gmachy by je podziwiać. Można wejść do gmachu i podobnie jak w wypadku Nietzschego, zaspokoić swój głód odpowiedzi Leibnizem czy czym tam się chce. Można przeczytać o 10ciu definicjach substancji. Następnie można ciułać swoją nędzną inteligencją zrozumienie chociaż kilku motywów u Akwinaty. Wspaniałe są to gmachy, wspaniale sycą, wspaniale odpowiadają.
Ale i tak wszystko rozczarowuje. Jeśli chodzi o moje doświadczenie, być może potrzebuję diety zróżnicowanej. Dlatego krążę od kramiku do kramku. Przyznaję - bywam zdesperowany, bywam coraz głębiej rozgoryczony. Nie wiem, czy problem jest z moim żołądkiem, czy to po prostu conditio humana. Może i jedno i drugie w jakichś proporcjach. Prawdopodobnie są tutaj jakieś niuanse. Ale wszystko rozczarowuje, więc padam na ziemię i płaczę, a kiedy się wypłaczę, gorzknieję - choć, mówiąc mimochodem, wszyscy twierdzą, że kolejność jest odwrotna - najpierw się gorzknieje, a potem płacze, a płacz przywraca równowagę.
Kiedy jestem zgorzkniały, przepycham chwile, chwilki, czas, tą rurę, po prostu ją przepycham, robię coś, krzątam się, gadam głupoty, flirtuję, piję kawę, szlajam się, oglądam porno, scrolluję, żeby zapomnieć o problemach gastrycznych. Bluźnię wówczas przeciwko Nietzschemu, drwię z Kierkegaarda, palę siedząc na kibelku, wybrzydzam, zwracam swoje ostrze przeciw wszystkiemu, po prostu, żeby coś się działo, żeby zapomnieć o cholernej pustce, o głodzie. Można by to porównać do odżywiania się korą drzewną, bo ponoć ludzki żołądek jest przystosowany do takiej możliwości. Nie jest to smacze, ani chyba bardzo wartościowe, ale przeżuwanie pobudza ślinianki i daje namiastkę sytości.
Więc odpowiedź żyje z pytania, albo dobrym jest to, co syci, a ja żołądek mam bardzo delikatny i kapryśny. Byłbym się udał do dietetyka, żeby mi rozpisał, ile substancji, ile fizyki i ile Ecce Homo mi potrzeba. Bo może to wszystko jest dobre i zdrowe, a tylko w złych proporcjach, o złym czasie, i dlatego macham na to ręką, smęcę, rzygam, pluję.
Ale teraz, pozwólcie, udam się do toalety.
Podpisano: Najskromniejszy