Rozczarowanie jako argument na istnienie Boga - bo niższe od Homo Sapiens zwierzęta nie
rozczarowują się. Ale czym właściwie jest rozczarowanie? Zespołem instrukcji elektro-che
micznych, które wycofują nas z zajęć, które nie przyniosły oczekiwanych skutków?
...
Istnienie vel życie jest jakimś grzybem, który sili się sam sobą i sam ze sobą walczy.
Wyraźnie wskazuje to ewolucjonizm, którego jedynym sensem jest wyścig zbrojeń w obrębie
kolejnych wykwitów tego raka. Zbłąkany program.
...
Człowiek jako gatunek który zyskał świadomość mógłby anihilować sam siebie, a prócz tego
resztę żyjących organizmów, właściwie z dwu powodów: istnienie nie ma żadnego celu, a poza
tym jest bolesne.
...
Każda filozofia wydaje się w jakiś sposób eudajmonistyczna. Platonizm ze studiami geometrii,
muzyki i astronomii jest po prostu innego rodzaju eudajmonizmem, niż epikureizm, pomimo tego,
że ten drugi nosi znamiona wulgarności. Nawet Pascal mówił o sobie, że jest szczęśliwy.
...
Rozum ludzki wywodzi się chyba w taki sam sposób z doświadczeń motorycznych, jak ciekawość z
funkcji eksploracji terenu. Jeśli nieznaczna różnica w barwie czy zapachu jakiegoś owoca
mogła skutkować zatruciem, przekłada się to być może również na zdolność do ścisłych
dystynkcji pojęciowych bądź matematycznych. Jakaś funkcja kory, która bada powierzchnię
dotykanych przedmiotów, dla której wypukłość czy rogowacizna jest tym, czym dla myślenia
ułamek albo zbiór. Być może w ogóle zasadą dostatecznie rozwiniętej świadomości jest coś
w rodzaju synestezji.
...
Trzy najbardziej wysublimowane rozrywki - sztuka, religia, filozofia. Każda jest grą szklanych
paciorków, zajmowaniem czymś rąk dzieciom z ADHD. Właściwie wszystko oprócz anihilacji albo
podtrzymywania organizmu przy życiu można uznać za formę rozrywki. Anihilacja jest uwolnieniem
z egzystencji, podtrzymywanie organizmu zaś jest czymś w rodzaju deklaracji chęci dalszej gry.
Samobójstwo nie jest jakoś szczególnie dramatyczne, tym bardziej, że i tak kiedyś się umrze.
Cierpią w ten sposób tylko związani z podejmującym taką decyzję podmiotem.
...
Śmierć jest czym innym niż anihilacja. Śmierć jest zjawiskiem psycho-społecznym, anihilacja
zaś nieodwracalnym rozpadem organizmu i całkowitym wygaśnięciem świadomości. Dla człowieka
religijnego istnieje tylko śmierć, natomiast anihilacja jest pojęciem, które do niczego się
nie odnosi.
...
Sztuka, filozofia i religia jako gry szklanych paciorków angażują nas - do tej pory - możliwie
najsilniej, ponieważ odnoszą się bezpośrednio do tzw. conditio humana, a więc do sensu życia
i do śmierci. Wydaje nam się, że w ich obrębie możemy coś znaleźć. Sztuka opowiada o nas i
o świecie w sposób udoskonalony bądź zdeformowany, filozofia buduje ramy dla chaosu naszej
percepcji, zaś naczelnym przedmiotem zainteresowania religii jest śmierć. Albo też sztuka
daje nam wyobrażenie tego, czym my i świat moglibyśmy być, może w alternatywnej
rzeczywistości, filozofia stwierdza ten fakt, natomiast religia jednoczy nas w świadomości
niedoli, śmiertelności i żałoby.
...
Celem działania niektórych temperamentów jest po prostu zmiana - wyobrażam sobie, że jeśli
dostanę to czy co innego, będzie inaczej, w domyśle - lepiej. Wyobrażam sobie, że jeśli
coś we mnie umiera, to ma powstać coś większego. Ten czas letargu z resztą może trwać
bardzo długo. Ale trudno też prześledzić ten niestabilny i nieokreślony proces, by po-
wiedzieć - gdyby nie przydarzyło się a, nie przydarzyło by się również b. Nie da się nawet
stwierdzić, co jest a, co zaś b. Zwyczajnie gubi się to w naszej percepcji. Mogę jedynie
powiedzieć, kiedy moje siły żywotne intensyfikują się, a kiedy opadają. Mogę tylko powiedzieć,
że z rana miałem nieco mniej entuzjazmu niż po południu, jakkolwiek po południu rozbolała
mnie głowa. A więc znów zdarzyło się coś, co stanęło na mojej drodze do eudajmonii.
Albo parę lat temu wydawało mi się, że klecę poczytne i odkrywcze dziełko. Po latach zaś
buszowania po bibliotekach okazało się, że właściwie nie ma po co pisać. Tak więc
dotychczas naczelnym moim doświadczeniem jest rozczarowanie.
...
Dlatego też interesuje mnie to, czym rozczarowanie jest. Być może moja twórczość, co do
zasady nosząca znamiona "łagodnie demaskatorskiej", ma zaledwie wymiar ekspresyjny, jej
naczelnym celem jest wypowiedzenie swoich rozczarowań i prześledzenie wszystkich motywów
bądź zjawisk i bytów, które na nie się złożyły. Z pragmatycznego punktu widzenia mogłoby
to służyć podjęciu innej niż do tej pory strategii eudajmonicznej. W innym wymiarze
mogłoby to zostać uznane za ekspresję - krzyk albo płacz. W kolejnym za specyficznego
rodzaju modlitwę. Spoglądam bowiem na kolejne rzeczy i nazywam je - nicość, nicość, nicość.
Albo stosunkuję wobec nich - rozczarowujące, rozczarowujące, rozczarowujące.
...
Musiała więc istnieć jakaś potencjalność, którą uchwytywałem w nadzieji, bądź projektowaniu
za pomocą myśli i wyobrażeń. Słowo nadzieja w tym kontekście wydaje się bez sensu - być może
sam fakt, że nie skończyłem jeszcze ze sobą, świadczy za tym, że gdzieś we mnie tli się
jeszcze nadzieja. Być może jedyna słuszna nadzieja jest czym zupełnie innym, niż nadzieją
"na coś". Tymczasem nadzieją zwodniczą jest ten romantyczny sposób projektowania - otóż
wyobrażam sobie co pewien czas coś nierealnego bądź baśniowego. Co jakiś czas wydaje mi się,
że widzę oazę bądź szczyt, który czeka na to, bym go zdobył - tam zaś otrzymam to, czego
tak pragnę. Ale należy też zwrócić uwagę na to, że włócząc się wystarczająco długo od celu
do celu, mam dość nieokreślone wyobrażenie tego, czego mógłbym jeszcze pragnąć. Jeśli
miałbym popuścić cugli wyobraźni, chciałbym np. zająć miejsce Ksenofonta - wywodzić się
ze dawnego Ateńskiego rodu, dowodzić pułkiem w potyczkach ze Spartą, a prócz tego pobierać
nauki u starego Sokratesa. Będąc większym realistą, mógłbym zapisać się do szkoły
jeździeckiej, a moje dotychczasowe studia nad, powiedzmy, sztukami wyzwolonymi, powinny
były mi wystarczyć. Pojawia się również myśl o absurdalności tego złożenia - gdyby nie rozpacz
z powodu własnego położenia, mógłbym osiągnąć moje cele, choć w nie tak potężnym wymiarze, jak
sobie wyobrażam. Mogę tym samym mieć nadzieję na jakąś formę terapii, którą nie był by
pesymizm, choć na chwilę obecną, wydaje mi się, jakby zupełnie każda rzecz, nawet najbardziej
neutralna, była w stanie mnie zranić i powalić na glebę. Tym bardziej pozytywna - przecież
tyle pozytywów pojawiło się i rozwiało w powietrzu. Czym były te pozytywy? Naczelnie chyba
projektowaniem - ostatecznie czym jest sztuka, filozofia i religia, jeśli nie projektowaniem?
Tymczasem pozostaje jeszcze jakiś zmysł, który staje się coraz bardziej niechętny do
wszelkiego projektowania. Skoro zawiodłem się już tyle razy, skoro całe szczęście brało się
z projektowania, to co dalej? Trzeba, być może, czekać, aż wrócą, odnowią się - siły,
gdziekolwiek je lokować i jakimkolwiek terminem je nazywać.
...
Ale czyż i nie jest tak, że wszyscy pesymiści są samotnikami i domatorami? Być może to rodzaj
temperamentu, który co pewien czas rozpłomienia się i strzela wysoko ponad dachy ludzkich
domostw, by następnie znów spaść i połamać się, i w tym rejestrze świata, w który spadł i w
którym leży połamany, a w którym odnajduje się na codzień większość ludzi, widzi tylko
biedę, szarość i bezcelowość? Jest to forma narkomanii, narkomanii fantazmatów, ponieważ
jeśli tylko zapewnione będą dostateczne warunki, płomień będzie tlił się, a on trwał przy nim,
nic sobie nie robiąc z celów i dążeń pobratymców, będąc dla nich jak obcy, obojętny,
niezainteresowany. Będzie więc trwał przy tym tlącym się popiele, wdychając raz po raz coraz
bardziej rozcieńczoną truciznę, która tyle razy wywindowała go ku szczytom, z których
tyle raz spadł, być może nawet za każdym razem tłukąc kolejne zasobniki energetyczne,
obmyślając tylko strategię, jak tam wrócić, czy jest po co, i czy to w ogóle możliwe.
...
A jednak przypadek Ciorana pokazuje, że da się żyć - bez przyszłości, bez przeszłości, bez
wiary, bez czegokolwiek właściwie. To co on pisze jest dla mnie tak bardzo oczywiste, że
nawet nie uważam go za jakoś bardzo utalentowanego - za utalentowanych mam tylko tych,
którzy wydają się skrywać jakąś tajemnicę... w tym wypadku tajemnicę czegokolwiek, co nie
jest nihilizmem. Więc oprócz mnie i Ciorana właściwie każdy jest utalentowany.
...
Nietzsche może jeszcze pasjonował się horyzontami, które przed nim się otwierają, ale co
z tego wynika dla mnie?
...
U Hegla ponoć, bo nie wiem, z nicości tryska cały ten jego system. I co z tego dla mnie?
Czy kogokolwiek w ogóle oprócz bandy wykształconych schizofreników obchodzi Hegel? Można
w tego typu zapiskach znaleźć kilka sformułowań, które rzucają jakiś cień na cień cienia,
ale niewiele ponad to. Np. czemu filozofowanie ma nie karmić się teologią albo nauką, sko-
ro pierwsze jak i drugie wywodzi się od Plotinusa i Aristotilesa? Głupi filozofowie, którzy
szukają odpowiedzi na pytania, które sami sobie wymyślili, a które nie mają żadnego realnego
znaczenia. To ja chyba wolę disco-polo.
...
Jedynym problemem (filozoficznym...) na dziś wydaje się - zarządzanie. Średniowiecze to
zarządzanie plus transcendencja, wiek XIX to refleksja, na dziś natomiast już tylko -
zarządzanie.
...
Nietzsche plus Bernhardt albo Baudelaire... wznosić sobie jakąś budowlę wewnętrzną, która
i tak się rozpieprzy, ale skoro ze świata został już tylko wykształcony motłoch, i nie ma
czegoś takiego jak człowiek, to być przynajmniej ostatnim człowiekiem... dla własnej graty-
fikacji. Bo okazało się, że można być robakiem - i czemu nie, nic temu nie stoi na prze-
szkodzie. Może prócz nudy. A więc być może na tych gnilnych fermentacjach też da się gdzieś
zajechać. Nietzsche zanim się rozkraczył funkcjonował jako tako... wyciągnąć wniosek z tego.
...
Za złe mieć światu, że jest zbyt głupi, żeby mnie podziwiał.
...
Może jednak świat jest pustkowiem... O czymś pewnie jeszcze myślą ci, którzy jeszcze myślą...
...
Mawiają, że filozofować o Bogu poza wiarą jest filozofować o antychryście. Więc nie filozofu-
ję o Bogu. Przyjmuję Dogmatykę bez zastrzeżeń... jako coś w rodzaju heglowskiego Gmachu. Ale?
Nie wierzę w nią. Nie twierdzę, że nie jest prawdziwa, mówię tylko, że nie potrafię wierzyć.
...
Człowiek mimo wszystko potrzebuje w życiu czegoś, co jest na poważnie. Są jakieś, używając
języka Artauda i Ionesco, centra energetyczne, które mogą wybrzmieć tylko w odpowiednim sta-
nie umysłu, zaś rzemiosło polega na doprowadzieniu do tego. Wtedy, do czasu wyczerpania
zasobów, wszystko jest mniej-więcej tak, jak należy, choćby było najstraszliwsze.
...
Nie zrzuci się kajdan dopóki się żyje, ale te kajdany są zasobnikiem. Życie pokrewne jakiemuś
gatunkowi literatury - życie, którego treścią jest życie samo. Za to sztuką, która z niego
powstaje, sztuka, która powstaje z życia zwróconego ku życiu, to sztuka o życiu. Takie życie
polega na nieustannym ranieniu siebie, by wyciągnąć z tego co innego niż pustkę. Jest to
nieustanne nacinanie ran, które już się zabliźniły, a same rany są z resztą dość zróżnicowane.
Jest rana z Acapulco i rana z Koziej Wólki. Może nosi się pasożyta w mózgu, może powoli
rozwijają się jakieś polipy w krtani albo jamie ustnej. Mimo wszystko niektóre rodzaje bólu
wydają się słodsze niż pustka. Ale i pustki znalazłoby się kilka odmian. Trudno to jednozna-
cznie sklasyfikować, skoro wszelkie słodycze, cierpienia i pustki nakładają się na siebie
nieustannie w odmiennych konfiguracjach. Są więc odmiany słodkie i gorzkie, głębokie
i płytkie, gnijące, robaczywe, fantastyczne, płomieniste, zimne, robotnicze, świątynne,
epistemologiczne... one razem mogą się składać, albo nie składać - w wyższą formę, której
ostateczną miarą jest to, czy daje, czy nie daje zadowolenia. Jeśli jednak daje zadowolenie,
to chyba trudno nazwać je bólem? Ale nie nazywajcie mnie ani masochistą, ani perwersyjnym.
To zbiór luźnych metafor, rzuconych od ręki, by wypowiedzieć podstawowe dystynkcje pomiędzy
afirmacją a negacją. Afirmacja i negacja w tym wymiarze to pojęcia dostatecznie szerokie,
jak "szczęście", albo "byt", tyle, że przeniesione na płaszczyznę w pewnym sensie
solipsystyczną. Dlatego czasami pisałem, że w zależności od nastroju właściwie tę samą rzecz
można dziesięć razy zaafirmować a potem piętnaście razy zanegować. A to dlatego, że różne
ssawki i szczękoczułki odbierają ich smak na tysiące możliwych sposobów. Tym właśnie wydaje
się naczelny problem romantyka.
...
Nienawidzę egoizmu i dominacji o tyle, o ile są nudne i nie przynoszą żadnej
gratyfikacji, a nie mogę pozwolić sobie na to, żeby pierwszy lepszy szczeniak pluł mi na buty.
To po prostu wbrew dobremu smakowi. Każdy egoista z resztą wygląda na przybitego, choćby
miał 10 orgazmów dziennie. Jedyną jego filozofią życiową jest udawać, że nie przegrał...
Być może, nawiązując do Ciorana, że nie przegrał już w chwili narodzin.
...
Z narodzinami substancja prostej nie-egzystencji zaczyna z czasem pragnąć coraz więcej, coraz
bardziej wykluczających się przedmiotów. Mechanizm pragnienia dobrze został przez Freuda
oceniony jako infantylne "TO", ponieważ niemowlęciu nie można wytłumaczyć, że nie ma czegoś
takiego, jak kwadratura koła. Tymczasem romantyk niestety nie zadowoli się niczym innym,
niż kwadraturą koła. Będzie jej przez kilkanaście lat szukał, próbował obliczyć, skonstruować,
poddawał umysł ćwiczeniom z klasycznej metafizyki, geometrii, dialektyki i logiki
matematycznej, z czasem uda mu się dostrzegać nawet zakrzywienie grawitacji w skali nano.
To oczywiście będzie bardzo wyrafinowane i bardzo rzadkie doświadczenie, jakkolwiek możliwe
do osiągnięcia. Ale później znów ktoś napluje mu na buty, może Hegel, może jakiś magister,
w dobrej wierze, pragnąc - jak każdy - zaoferować najlepsze, co ma w swoim kramiku,
budowla z nici chirurgicznych wspartych kryształkami soli utraci dwie kondygnacje,
cudowne ukwiały szmaragdowych płomieni zamienią się w jakieś wąsy abnegacji, pochyłość
zacznie zbliżać się do degrengolady, a potem dotychczasowi sprzymierzeńcy, czyli inni
don Kiszotowie, rzucą, w czasie odpoczynku pomiędzy wzlotem a upadkiem, że Pan nie jest
zdolny działać wbrew własnej naturze, co z początku wywoła nim kilka ukrytych łez
wzruszenia, ale wkrótce ktoś z uniwerysteckim wykształceniem, tonem Savonaroli albo św.
Pawła sklamruje taki wywód przez sformułowanie "kwadratura koła", więc biednemu romantykowi
pozostanie wybrać się na uroczyska i wyrywać garściami kępki trawy, bo szkoda mu własnych
włosów. A zatem wszelką fizykę wrzuci do działu "ezoteryka", "ezoterykę" do działu "tandeta"
a nad tandetą będzie się zastanawiał, czy to Bóg, którego tak kochał, czy antychryst,
choć już sama ta refleksja wyda mu się pretensjonalna, przynajmniej w tym kontekście.
Więc znów wszystko pomału będzie tonąć - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
w turpiźnie i ekskrementach, on zaś znajdzie niemało powiązań literackich, które spiętrzą się
do poziomu planetarnego grzyba. Ciąg dalszy jak zawsze nastąpi, jakkolwiek romantyk
uzbrojony w nowe wnioski będzie dążył do innego rodzaju równowagi niż dotychczas,
skrzętnie omijając wszystko, co mogłoby mu popsuć humor. (Być może tylko z racji uleganiu
lekkim przeziębieniom poszukiwał wykładni holistycznych.) Ale i to jest dobrym pretekstem,
by zabrać się za lekturę Junga albo medytacje nad losem Tołstoja. Nareszcie coś dla duszy!
...
Trzeba być pomysłowym, żeby przetrwać. Trudno powiedzieć, ile się przetrwa. Ostatecznie
chciałbym wznieść jeszcze kilka kondygnacji w gmachu mojej filozofii. Nie chcę umierać
z łapanki. A jeśli bym już trafił na łapankę, chciałbym, by Opatrzność, czymkolwiek
ona jest, pozwoliła mi wznosić ten mój gmach nawet w tych dość niesprzyjających okoli-
cznościach.
To nie tak, że nie mogę być pożyteczny, ale najbardziej mi zależy na moim gmachu. Jeśli
istnieje jakaś instancja, do której można odwoływać się kwestii naszych losów, to przed
śmiercią chciałbym dokończyć mój gmach. Choć mój gmach jest nieco protestancki. Jeśli
Steven Hawking to katolicyzm, a Bhagavad-Githa to protestantyzm, to mój gmach jest
protestancki.
...
Może największym złudzeniem współczesnego artysty czy pisarza jest to, że musi być czytany.
Po co? Przecież mogę już teraz przerwać moją skromną strategię wydawniczą na portalu dla
lepiej - - - - - - - - - -- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
i gorzej piszących, skoro przechylam się w stronę braminizmu. Nie piszę nic odkrywczego,
nie piszę nic szokującego, tylko mantruję. Z pewnego punktu widzenia to wydaje się absu-
rdalne, w tej cywilizacji celów - bo skoro się pisze, to po to, żeby ktoś to czytał.
A właśnie nie - bo cywilizacja celów przeoczyła, iż sama jest bezcelowa. Trafiają do mnie
te umysły, które mówią o bezcelowości. W pewnym sensie celem jest przetrwanie, ale prze-
trwanie ma służyć wzniesieniu gmachu. Nikogo oprócz mnie w tym gmachu nie musi być, bo
i po co? Wystarczą mi dwie wielkości - ja i gmach. I Bóg, jeśli istnieje. (Panie, przenikasz
i znasz mnie; Ty wiesz kiedy siadam i wstaję.)