2 august 2026

prose

Marek Jastrząb
Marek Jastrząb

Trampolina

Maurycy usiadł w kątku, przy kontuarze, w pobliżu półotwartych drzwi, obok muzyka, którego zatrudniono w klubie Pod Wesołym Mamlaczem na etacie wirtuoza. Widział, jak kawiarniane opary wsysały do środka zastępy smakoszy. Co pewien czas wykopywały nasyconych, a brzuchaty szatniarz kłaniał im się cyklicznie.

Lubił tu bywać, kochał być „w przyczajeniu i rozmodleniu”, jak nazywał ten swój kibicowski proceder. Anonimowo patrzeć na gwarny ruch toczących się, dyskusyjnych sabatów. Intelektualnych podróży donikąd. Wędrówek, w których jeszcze nie tak dawno brał udział. O czym niechętnie i niemal z rozżaleniem wspominał sąsiadom od kieliszka. A między stolikami, po dywanowej wykładzinie, laskonogie kelnerki, wystrojone w służbowe uniformy i przyszywane uśmiechy, zwijały się mechanicznie: serwowały temu rachunek, tamtej – wino, a wszystkim bez wyjątku – ciepławe „sorry”.

Rozdygotane paniusie, wystrojone jak choinki na Wielkanoc, z mężami zamiast breloczków, kładły dłonie na szklankach cieczy a la kawa, podczas gdy krępy baryton dawał wycisk słuchaczom. Śpiewał co żwawsze kawałki z „pieśni do słów”, a ujeżdżający po klawiaturze pianista trzepał rytm. By nie wypaść z roli artysty, wadził się z własną nieudolnością, zachęcał, prosił, szturchał klawisze grubymi serdelkami. Grał z nerwem, nie zwracając najlżejszej uwagi na wyczyny śpiewaka, który omdlewająco dyszał w stronę zabłąkanych melomanów. Wkrótce baryton przestał szlochać do słuchu, lecz, uparcie zachwycony własnym talentem, wsłuchany w swoje wizje, nadal improwizował, nieprzerwanie rąbał kolejne arie, aż kilku zniecierpliwionych ludzi, kurtuazyjnymi brawkami dało mu znak, że ma spadać, i zapadła cisza przerywana mlaskaniem.

Tuż przy drzwiach do kibla znajdował się stolik Klubu. Jak zawsze, siedzieli jego znajomi. Postanowił, że zanim wyjedzie z miasta, pożegna się z nimi, więc podszedł do siedzących i opadł na krzesło. Popatrzył na apaszkę Piotra, zamówił herbatę.
– W czym rzecz? – spytał.
– A, tak, mówimy o królach i wojnie – powiedział F. – Niegdyś było oczywiste, gdzie żmija ma ogon, a teraz są na ten temat chytre koncepcje.
Z tego, co słyszał, wysnuł wniosek, że F, profilaktyczny cwaniak, radykał i wolny strzelec jakichkolwiek idei, złagodniał ostatnimi czasy, jakby obluzowały mu się szare komórki. Wycofał się z dotychczasowej agresji, przycichł i przestał odstawiać specjalistę od cudzego postępowania, co, dla Klubowiczów, oznaczało, że się mentalnie rozcieńczył. Nagle zmętniały mu poglądy, stały się płynne i trudno pojmowalne. Krążyły nawet pogłoski, że dokonał w sobie prywatnej weryfikacji. Jakiejś drobiazgowej przebudowy dotychczasowych mniemań. Z dnia na dzień zrobił się uśrednionym wyznawcą każdego trendy–przekonania. Gdy przychodził do Klubu, gdzie czuł się dopasowany do tapety i uroczy jak dawniej, w hitowych glanach i bez krawatowych poglądów, zachowywał się jak płyta, która zanim pękła, przestała się zacinać.

Odwracając się do Maurycego, F. uzupełnił:
– Mówimy, że równość w łóżku to aktualne hasło wyemancypowanej baby. Popatrz na Jolę, prawomocną zdzirę T. Wiesz, co z niej zostało. Zastanów się, co wyrośnie z jej córeczek. Takie same, lub mniej więcej takie same, osowiałe „kreacje”. Ani się nasz T. obejrzy, jak znajdą wybranych jełopów, którzy pozwolą im na pomiatanie sobą. Awans w dół przypieczętował jego los. J. tak go nakręciła, że nie ośmiela się myśleć na własny rachunek. Przysłoniła mu horyzont i jest jego refleksem. Kiedy nie ma jej w pobliżu, T. Kapcanieje i robi się wytarmoszony z wigoru.

– Ona mu w glacę, a on jej dziękuje ze strachu – dorzuca Ruda, nauczycielskie zjawisko. Jest tutaj brana za chodzącą poczciwość, nieraz jednak rżnie błyskotliwą. Początkowo zagubiona w popisowych oracjach tutejszych mędrców, w ich swobodnym przerzucaniu się z tematu na temat, w uściślaniu, nawiązywaniu, abstrahowaniu, mówieniu śmiało i sensu, za to z przekonaniem, po przejściu erudycyjnej kuracji, nabrała stosownej ogłady, towarzyskiego poloru, szybkiej orientacji w tym, o co tu, do cholery, biega.

Owa sprytna mimikra pozwoliła jej być nie tylko niemą ozdobą klubowych pogawędek, ale pojednawczą negocjatorką. W razie potrzeby, kiedy stolik tracił animusz i należało przerwać nudę, potrafiła rozłożyć T. na czynniki pierwsze, zadać mu bobu, popędzić kota, obedrzeć z nawiedzonej prawdy i pół rzetelnych sentencji; nim zdążył doczołgać się do końca zdania, w ekspresowym tempie poczynał kurczyć się i oddalać od reszty stolika. Malał, niknął w oczach, wątlał i nikczemniał, stając się jej łupem i ze wszystkich stron obśmianą padliną.

Gdzie może, niewinną odstawia, w koczku chodzi, nadgodziny ściboli, a do Klubu z racji P. zagląda. P. jest przystojny, ma spojrzenie dogłębne, zaborcze. Pozuje na notorycznego uwodziciela. Tu i ówdzie bywały, z otwartymi ramionami przyjmowany, na zmiany otwarty, zipiący co rusz to nowszymi prądami, wesoły, jak trzeba, smutny, gdy nie. Obwołany arbitrem, zostawał nim: F. poprawi, T. potrząśnie, ze wszystkich stron podoba się Rudej, a ona wie, co dobre. To dla niego wykierowała się na ludzi. Razem trafili na studia, wspólnie i na oślep ugrzęźli w bagnach i przeręblach rozmów. Uważa ją za siostrzyczkę, tylko jej zwierza się ze swoich podbojów, zgryzów i rozterek, przy czym, nieświadomie, druzgocze jej serce: zachowując się jak niefrasobliwy kokiet.

Ruda już linieje, P. będzie wkrótce zmurszały, stanie się lakoniczny, coraz mniej elokwentny. Dla niepoznaki zębem błyśnie, brzuchem zaświeci, spocone cylindry przetrze i coraz częściej ozdobi twarz niepewnym uśmiechem z naftaliny. Nucąc w ataku nostalgii: „hej! w góry, miły bracie, tam przygoda czeka na cię”, dzieciństwo zacznie wspominać. Ale jeszcze nadrabia miną. Wciąż surowy, nieprzejednany, apodyktyczny, temat zmienia, senne oczy krótkowidza mruży, za rumianą przeszłością wzdycha. To jednak dopiero nastąpi, to dopiero przyjdzie znienacka.

– Tak, moja droga, żeby być idiotą, nie trzeba być nim ciągle – mówi.
– Starczy poudawać mądrego – dodaje – czego żywy przykład siedzi przed tobą.

Popija łyczek. Milczy chwilę. – Skończyłem się, Krystynko… – powiada. Nie, nie powiada: mówi. Jest teraz bezradny. Staje się zaduszkowy, zakłopotany, cylindry szmatką wyciera.
Krystynko, wreszcie padło imię, na które czekała od dawna, od czasu gdy zaczęła karmić się nadzieją, że będą razem.

- Albo może nigdy się nie zacząłem - dorzuca - bo czy mam prawo mówić o sobie, skoro żyłem bez celu, wyzuty z indywidualności, która była zapożyczona i martwa?Jeśli wiedziałem, że nie jest moja, że to jeszcze nie ja, tylko zarodek, wątłe pisklę rzucone na wodę.

- Pisklę? - wtrąca się F. - Każdy może tak powiedzieć!

- Ale ty masz za co być frajerem, masz za co się mylić – odpyszczył P. - zaś ja jestem frajerem za darmo, bo nie miałem tatusia bałwana, który przymykał oko, spuszczał kurtynę, wyprowadzał na spacerek.

- Dosyć - mówi F. - ludzie słyszą, a poza tym wszyscy mamy źle w głowie, co nie oznacza, że nikt nas nie kocha.

- Pax, pax - rzekła Krystyna - nie kłóćmy się, kto z nas ma większe parchy.

- Nie dramatyzuj, bo tobie wyszło - stwierdza T. - w odróżnieniu ode mnie, miałaś całkiem różane życie.

- Zgadza się - rzuca F. - syty z głodnym i całuj psa w nos.

- F. wie, co mówi, a mówi mądrze - informuje T. i sączy lurę - mam czterdzieści lat i co ja takiego osiągnąłem? Nieco wyrywkowych zwycięstw, ale chciałbym mieć ich więcej, zwłaszcza, że stara uważa mnie za etatowego nerwusa, któremu powiodło się nie wiadomo dlaczego. Ma rację, bo czym tu zaimponować, żadnej przyszłości, podczas gdy małe rosną. Z każdą chwilą, wyraźnie, idą do przodu, powiększają przewagę, ponieważ mają do tego warunki, pomoce, szczęście w czopkach i guglowatą wiedzę na klawisze ...

- Ale mendzisz - westchnęła Krystyna - przypomnij sobie A. Mógłby uzupełnić twoje poczucie winy. Nigdy nie był umięśnionym wieprzem, a ty o nim tak po prostu. Był zagubiony, zwłaszcza gdy Z. puściła go kantem. A co jej dałeś oprócz sterty dzieciaków i dodatkowych zmartwień? Twoje zasługi są rzeczywiście nijakie w porównaniu do gdakania o świetlanej przyszłości, jakim ją omotałeś, zanim obwisło ci uczucie, a ona, biedna, uwierzyła w twoje bzdury, podczas gdy ja nie miałam okazji do gnębienia się poczuciem winy. Hodowałam typka z wiecznymi pretensjami, żyłam konkretnym lękiem o wredną przyszłość i płaciłam za nią swoim systematycznym zanikaniem. Kiedy patrząc do lustra widziałam swoje pomarszczone marzenia, gdy byłam kochana przez człowieka pragnącego zmienić ludzką mentalność, w tym też twoją, myślałam za pośrednictwem jego słów, wyrzekłam się własnej miłości, żeby żyć w cieniu złudzeń, więc rację ma P. bo rzeczywiście, trzeba mieć odskocznię, zaplecze, trampolinę niezależności...

- Bo inaczej jest się tylko błaznem do potakiwania - wpadł jej w gadkę P.
*
Maurycy poczuł zmęczenie. Rewelacje P. już od dawna nimi nie były; słyszał je wielokrotnie, a za każdym razem nie mógł wyjść ze zdumienia, że pozostali z zapartym tchem i kurtuazyjnym zaciekawieniem słuchali ich nadal.

Z coraz większą, bezwzględną niechęcią wracał do tamtych kontaktów. Coraz mocniej bronił się przed nimi. Coraz łatwiej przychodziło mu odmawiać uczestnictwa w rozmowie z kimś, kto mu przeszkadzał pozostawać w snach. Zaczął wchodzić w hermetyczny świat swoich osaczeń i przeczuleń. W nieufną obserwację ludzi, którzy udawali, że cierpią, a chcieli wprasować go w męczącą codzienność.

Już nie tolerował widoku przewlekle zgorzkniałych, a mimo to tryskających energią; zakłócali jego smutek i rozpychali po lękach. Szwendali się po cudzych myślach w zabłoconym obuwiu, udając, że ich cierpienia mają klasę, certyfikat i dobre pochodzenie. Że mają ekskluzywne przeżycia i bardziej zasługują na zrozumienie.

Był rozczarowany miejscem, w którym słowami spreparowanymi z dymu i puszek po piwie grano w dyskusyjnego salonowca. I słyszał zdania zastępujące chustkę do nosa, ordynarną szmatę, w którą smarkano i oglądano jej zawartość pod światło; Klub stawał się miejscem, w którym tramwaj w oku służył za olśniewającą metaforę; wyznaczał ślepym gadkom ślepą drogę. Działy się w nim „zbiegi okoliczności” i zdarzały „przypadki”, „wyjątki uzasadniające regułę”, „ewenementy”. One zaś pęczniały w nim na podobieństwo rozbrzmiewających, bukolicznych, pospolitych rżeń fircyków przykutych do sztampy, oblepionych cierniami.

Odważna jeremiada o naleśnikach ze śmietaną przynosiła im więcej satysfakcji aniżeli sążnisty referat o bohaterstwie. Wyspiański nie miał takiego wzięcia, jak szczegółowa dysertacja o śledziach w oleju. Lowry bladł przy apoteozie szprotki, a Proust przegrywał na punkty z knedlami, więc machnął im ręką na pożegnanie i wyszedł.

Jaga
2 august 2026 at 14:27

Obśmiejmy chytre natury/ choć żmija bywa dwugłowa/ kot jest głupszy od kury/ a śmiech przez łzy, wciąż od nowa...

report

Contact with us



Report this item


You have to be logged in to use this feature. please Register