AUTUBIOGRAFIA

Było to tak dawno temu, że w Listopadzie był Listopad, a Dzień Próżniaka obchodziło się w każdy, mówił, gdy kto pytał, od kiedy się znali. Lecz gdy go indagowano, dlaczego akurat z nim zdawał się najdłużej, do głowy przychodził mu dżem. Nie jakieś pożywne i tłuste wióry z supermarketu, ale zwykłe, truskawkowe smarowidło dopasowane do zwyczajnego chleba. Słoik dżemu stojący na regale, między Encyklopedią Guseł, a Podręczną Historią Krętactwa.

W tych latach nic nie było jak trzeba; nie pasjonowały ich bzdety, te egzystencjalne kociokwiki do poruszania w czas nudów na pudy. Nie fascynował potargany świat odwiecznych pomyłek i cyklicznych powrotów do korzeni, ruchomych faktów, pojęć prostych i niewątpliwych zarazem. Ich był przewidywalny i niezmienny, ograniczony przestrzenią pokoju, w której byli sam na sam ze swoimi problemami.

Piotr przychodził do Karola wtedy, gdy ich staruszkowie zabawiali się w naprawianie świata, a posiadane przez nich żony, przy ludziach zwiewne i rozmarzone uosobienia finezji, przyjaciółki na bij zabij, w domu zaś – zdecydowane zrzędy, skrupulatne i pamiętliwe markietanki, siedząc obok, słuchały zakrapianych oracji mężów. Ale że słuchały bez możliwości wejścia im w słowo, bez szans wepchnięcia się z pociechą w środek rozmowy, wybywały do kuchni, przenosiły się tam, by w swojskim otoczeniu lodówki, wymieniać się najnowszymi przepisami na duszoną małpę w sosie koperkowym.

I podczas gdy ojcowie Karola i Piotra zajęci byli kolejną zabudową świata, i znajdowali się pomiędzy kazaniem o sprawiedliwości, a potrawką z niedojrzałej papugi, oni, wolni od egzystencjalnych trosk, słuchali płyt i patrzyli na znikający dżem wiedząc, że kiedy starzy wrócą, zastaną dwie słodkie dzieciny padnięte na tapczan, jak zbolałe sznyty.
*
Od tego czasu minęło trochę lat. W przeciwieństwie do rozhukanego Piotra, Karol był człowiekiem, którego czas przestawił na poczciwe tory. Długa chandra wytrzęsła z niego dawne zamiłowania do wyrywności i stracił dziewictwo przekonań. Żył w czasie wytłamszonym ze złudzeń i odtąd poruszał się w obrębie spraw zdecydowanie podtatusiałych.

Lecz na widok nieprzerwanej euforii Piotra, odzyskał ochotę do ponownego zmierzenia się z dalszym ciągiem swojego życia.
*
Różnili się we wszystkim, a wzajemny obszar doznań polegał na odrębnych fascynacjach; obejmował PIĘKNO, ZŁO, PRAWDOMÓWNOŚĆ i DOBRO.

Widoczne było, że choć o pewnych sprawach woleli nie mówić, choć wyrażali się niby tym samym językiem, to przecież, nie mogąc dojść do ładu z określeniem jego głównych właściwości, zaplątywali się w rozbieżnościach.

Doskwierała im różnorodność uznawanych TECHNIK ŻYCIA. Co jedna, to wydawała im się lepsza, mądrzejsza, trafniejsza od pozostałych. Podczas gdy pierwsza bębniła o niewątpliwym upadku człowieka i jego zanikającej roli w świecie, to druga, odlakierowana i ufryzowana zgodnie z obowiązującą modą, wskakiwała na opuszczone miejsce z chwilą, gdy zmieniał się wiatr Historii. W zależności od samopoczucia, pojęcia prosperowały w wyznaczonej scenerii; podagra wytyczała kształt i głębię świata: zakreślała granicę intelektualnych dociekań.

Wtedy, przez ułamek sekundy, wydawało im się, że orbitują w tym samym kierunku. W hołubcach wokół jakiejś doktryny, dochodzili więc do wspólnych przemyśleń. Lecz gdy zbliżała się pora na obiektywne sądy, Piotr rozwiewał poglądy Karola. Ten nie zostawał mu dłużny, a więc nasilali bezsensowne dialogi, a więc szermowali oskarżeniami, a więc wdawali się w spory, zacietrzewienia i niekończące się zagrywki poniżej pasa, by, na koniec, wybuchnąć śmiechem, by, w końcu, unicestwić powód do gniewu.

A jako że brak idei, też jest ideą, uznali, że zwózka drzew do lasu będzie tematem całkowicie bezpiecznym. W takich chwilach godził ich wspólny rechot na myśl o wydarzeniach, które zostały za nimi. Zanosili się nim, co pozwalało im się odprężyć, opamiętać, co pozwalało im mieć „potąd” owych wspomnieniowych wzruszeń, roztkliwień i emocjonalnych zawirowań, bo jakoś nie byli przekonani o tym, że świat, z którego się wypisali, powlecze się bez nich dalej, bo męczyły ich prognozy na najbliższe zaś.

Toteż, krztusząc się i parskając stereotypami, czekali na zmianę nastroju, na kieszonkowy cud, bodaj znak, który by umożliwił im rejteradę z codzienności, ucieczkę w stan, w którym na serio, mogli by poharcować wśród słów i zdań tak neutralnych i wydezynfekowanych z aluzji, jak rosołowe z kością, czy mleko prosto z krowiego cycka.

Jaga
8 july 2026 at 21:09

"by poharcować wśród słów i zdań tak neutralnych i wydezynfekowanych z aluzji", a "cud jest najukochańszym dzieckiem wiary” - nie wierzę już w cuda, w zgodę, ani w Boże coś Polskę, wciąż nie mogę się z tego wypisać i wciąż męczą mnie "prognozy na najbliższe zaś" ;))

report

Contact with us



Report this item


You have to be logged in to use this feature. please Register